Wszyscy śmieją się z logo Polskiej Agencji Kosmicznej. Tymczasem warto przypomnieć o udziale Polaków w kosmicznym wyścigu, który wcale nie zakończył się po Zimnej Wojnie. Przeciwnie, ma nowych graczy i jest równie ciekawy.

Ostatnio o polskich badaniach kosmosu słychać przede wszystkim w kontekście dyskusji o logo Polskiej Agencji Kosmicznej. Po jego wybraniu odezwało się wiele krytycznych głosów. A gdzieś po drodze zapomniano zapytać: jak nam idzie w kosmicznym wyścigu? Idzie całkiem nieźle.
 

W ostatnią środę w warszawskim Centrum Nauki Kopernik spotkali się naukowcy i przedsiębiorcy na Forum Sektora Kosmicznego. Nazwa może i budząca skojarzenia z literaturą s-f, ale jak się okazuje polscy naukowcy są obecni w projektach badań, inżynierowie tworzą rozwiązania techniczne i wyposażenie satelitów. Nasz udział w Europejskiej Agencji Kosmicznej to około 3%, ale ma on znaczenie.
 

Kosmiczny patchwork i księżycowy udar
 

Gdy słyszymy o kolejnym satelicie wystrzelonej w kosmos, lądowniku badającym księżyce i planety czy na przykład łaziku pędzącym po Marsie najczęściej opisuje się to prosto: satelita amerykański, chiński, rosyjski, niemiecki i tak dalej. Ale prawda jest o wiele bardziej skomplikowana. Jeżeli przyjrzeć się dokładnie badaniom kosmosu to każdy z projektów tworzony jest przez zespoły międzynarodowe. Konkretne części saletit, od baterii przez silniki i zasilacze, aż po manipulatory, powstają w różnych firmach i laboratoriach.
 

Ten kto płaci, do tego to należy – mówi z uśmiechem Marcin Dobrowolski, prezes firmy Astronika. Jego firma tworzy między innymi mechanizm dla europejsko-rosyjskiej misji Lunar-Resurs (Luna 27), która ma zbadać skład podłoża Księżyca. Polacy opracowali mechanizm udarowy do wiertnicy, która wbije się w Srebrny Glob i zacznie go badać. Do tej pory pobierano próbki z powierzchni, teraz wiertło ma wbić się na 2 metry głębokości.
 

- Wiertnicę projektuje firma z Włoch, jest to projekt esowski (czyli Europejskiej Agencji Kosmicznej ESA – przyp. aut.) - tłumaczy Dobrowolski. Dodaje, że jego firma stworzyła w ubiegłym roku dla NASA mechanizm wbijający penetrator. Dzięki temu lądownik dosłownie “wsadzi nos” w obcą planetę i będzie wysyłać na Ziemię dane do analizy dla naukowców.
 

Takich historii jest znacznie więcej, wystarczy choćby wymienić zakończone sukcesem lądowanie Philae z sondy Rosetta na powierzchni komety. Polscy naukowcy z z Centrum Badań Kosmicznych PAN w Warszawie i innych ośrodków badawczych stworzyli penetrator, za pomocą którego lądownik Philae pobrał próbki z komety.
 

Miejsce Europy w kosmicznym wyścigu
 

Już dawno skończyły się czasy, gdzie kosmiczny wyścig miał jedynie dwóch graczy. Obecnie poza Stanami Zjednoczonymi i Rosją w swoje programy silnie inwestują Chiny oraz Indie. Europa także w tym uczestniczy, choć ESA ma zupełnie inną strukturę niż agencje kosmiczne pozostałych państw. Każdy z członków ESY ma w niej określony procent udziału, to przekłada się na zamówienia, wykorzystanie technologii i oczywiście pieniądze. Tort jest bardzo smakowity, a przy stole wielu chętnych.
 

- Naszym obecnym celem jest to by europejski program stał się tańszy. Jest tak dlatego, że kraje uczestniczące w ESA walczą między sobą, konkurują. Polska chce mieć kontrakt, Austria też, każdy się o to stara – mówi Elisabeth Klaffenböck z Austrian Aeronautics and Space Agency – W Usa i Chinach jest zupełnie inaczej, bo tam program jest spójny. Ale pracujemy nad tym, potrzebujemy solidarności, jedności. Niestety kiedy przychodzi co do walki o kontrakt wszyscy o tym zapominają.
 

Dodaje, że konkurencja “zewnętrzna”, czyli między programami kosmicznymi Chin, USA, Rosji, Indii i Europy jest bardzo dobra. Dzięki niej panuje większa mobilizacja wśród zespołów badawczych. Ale ESA musi poradzić sobie z konkurencją wewnętrzną, żeby stać sie silnym graczem na arenie międzynarodowej.  
 

Błażej Grygiel