Jak każde miasto w Wilnie również czekają na nas tzw. obowiązkowe atrakcje turystyczne i miejsca, których nie można nie zobaczyć. Dla Polaków na pewno są to Ostra Brama czy Cmentarz na Rosie. Stolica Litwy ma jednak do zaoferowania znacznie więcej niż historię i nostalgiczne landmarki.

Od niedawna jedną z największych i najciekawszych atrakcji w mieście jest byłe więzienie na Łukiszkach. Zamknięte zaledwie dwa lata temu, dziś funkcjonuje jako miejsce spotkań towarzyskich i kulturowy hot spot. Mroczne cele i korytarze docenili twórcy serialu „Stranger Things”. To między innymi tu kręcono najnowszy sezon hitu Netfliksa.

Pozdrowienia znad Wilna

Do więzienia trafiłem poprzednim razem. Teraz czeka mnie wyczekiwany lot balonem nad Wilnem. To również jedna z obowiązkowych atrakcji w stolicy Litwy. Startujemy w parku Vingis. Razem z nami 7 innych balonów. Mamy szczęście do pilota. Giedrius Leškevičius w zabawny sposób zapoznaje nas z zasadami obowiązującymi zarówno podczas lotu, jak i lądowania. Cała załoga, a leci nas w sumie 17 osób, od początku bierze czynny udział w napełnieniu powłoki gorącym powietrzem. Kosz najpierw leży na trawie. Po około 10 minutach przekręcamy go i wsiadamy do środka.

Pierwsze minuty lotu wydają się nierealne. Jesienny park Vingis powoli się oddala, a zza drzew wychodzi panorama miasta. Dopiero teraz widzę, jak malownicze jest Wilno. Stare Miasto, Ratusz, Katedra… – rozpoznaję najważniejsze miejsca. Cały kosz pokrzykuje z zachwytów. Ja również. Resztę energii i uwagi kieruję w dłonie. Grzechem byłoby nie uwiecznić takich widoków na rolce aparatu, ale jeszcze większa strata będzie, jeśli upuszczę telefon.

Po oswojeniu się z wysokościami pytam naszego pilota, dlaczego balony stały się tak popularne akurat w litewskiej stolicy.

– To przez położenie miasta – tłumaczy – W okolicy jest wiele pól, na których możemy lądować, a to istotne, ponieważ zawsze, kiedy startujemy, nie wiemy, gdzie dokładnie zniesie nas wiatr. Poza tym Wilno nie jest wielkie, więc przez godzinę można zobaczyć z góry całe miasto – dodaje.

Godzina mija bardzo szybko. W tym czasie pilot daje mini recital. Śpiewom – a repertuar ma naprawdę bogaty: od Louisa Armstronga po Nat King Cole’a – akompaniuje ogień rytmiczne buchający z palnika.

– Pod nami kręcili serial „Czarnobyl” – wtrąca przewodniczka i pokazuje na szare blokowiska.

Peryferia miasta rzeczywiście wyglądają klimatycznie.

Po lądowaniu na każdego czeka certyfikat z nowo nadanym imieniem (ja na przykład jestem Wielkim Księciem Litewskim) oraz lampka szampana. Dlaczego? Ponoć, kiedy jeden z pierwszych balonów wylądował na wsi, mieszkańcy bali się, że piloci to diabły – w końcu przylecieli znikąd i byli czarni od sadzy. Aby udowodnić, że są ludźmi, napili się szampana. Ta historia w ustach Giedriusa brzmiała dość przekonująco.

Czas na sztukę!

Nie można zwiedzać Wilna bez pominięcia aspektów historycznych, jednak warto spojrzeć na nie przez pryzmat współczesności. W tym właśnie celu obieramy kierunek na MO Museum, gdzie filantropi zebrali około 5 tys. najważniejszych litewskich dzieł sztuki od lat 60. XX wieku do dziś. W kolekcji znalazły się dzieła zarówno artystów, którzy byli niewygodni dla sowieckich władz, jak i tych, którzy rozpoczęli tworzyć już po 1991 r.

Do 27 lutego w MO Museum można oglądać wystawę fotograficzną Celebrate for Change. Zebrane zdjęcia przedstawiają pełną gamę zmian, jakie towarzyszą ludziom przez całe życie. Litewscy fotografowie uwiecznili na zdjęciach nie tylko obrzędy religijne czy rodzinne ceremonie, ale też wydarzenia towarzyszące przemianom ustrojowym w kraju. Niektóre kadry mogą przypominać rzeczywistość znaną z PRL-u. Jako że jesteśmy w muzeum sztuki współczesnej, to na wystawie nie brakuje akcentów przełamujących stereotypy i kanony.

Poza wystawami również warto mieć oczy szeroko otwarte. Możemy trafić przykładowo na ekspozycję wykonaną z historyjek dołączanych do kultowych gum do żucia Donald.

Zamek w Trokach to nie wszystko

Wilno, Troki i Kowno to litewski klasyk, jeśli chodzi o wyjazdy do naszych sąsiadów. Po zabawie w stolicy ruszamy zatem do niewielkiego miasteczka położonego między jeziorami Galwe, Tataryszki, Łuka i Giełusz. Według przewodników główną atrakcją turystyczną w Trokach jest zrekonstruowany zamek na wyspie. Zwiedzanie go zajmuje nie dłużej niż godzinę. Ze względu na wspólną historię Polski i Litwy na ekspozycji nie brakuje dokumentów w języku polskim.

Żeby obejrzeć twierdzę z każdej strony, zajmujemy miejsca na pokładzie niewielkiego katamaranu. Chwilę później płyniemy już powoli po jeziorze Galwe. Wokół akwenu krąży wiele legend. Jedna z nich mówi, że jezioro nie zamarza i nie odmarza, dopóki nie dostanie głowy topielca. Oczywiście mieszkańcy Troków nie czekali na tragedię i wrzucili do wody kilka sztucznych głów. Można je zobaczyć, nurkując. Jezioro cieszy się ogromną popularnością wśród płetwonurków. Miejscowa szkółka oferuje nawet podstawowe kursy.

W kuchni z Karaimami

W podróżach najbardziej lubię poznawać miejsca i historie mniej znane lub nieoczywiste. Podczas zwiedzania Troków okazało się, że największym bogactwem tego niewielkiego miasteczka są Karaimi, a właściwie ich spuścizna w postaci architektury i kuchni. Wzdłuż głównej ulicy – Karaimskiej, jakżeby inaczej – stoją niemal same karaimskie domy z drewna. Po czym je rozpoznać? Po trzech oknach: jedno dla Wielkiego Księcia Litewskiego Witolda, drugie dla Boga, a trzecie dla mieszkańców. Między parterowymi domkami chowa się kienesa, czyli karaimska świątynia.

Karaimi osiedlili się w Trokach pod koniec XIV w. po tym, jak Wielki Książę Litewski Witold przywiózł kilkaset rodzin z Krymu. Do dziś miasteczko jest uważane za centrum duchowe i administracyjne wspólnoty na Litwie. Obecnie nad jeziorem Galwe mieszka około 250 Karaimów.

Nasza przygoda z karaimską kulturą nie ogranicza się do podziwiania architektury. W knajpce Kybylnar bierzemy udział w warsztatach z lepienia kybynów, czyli pierożków w kształcie półksiężyca nadziewanych wołowiną lub baraniną. To najpopularniejsze danie karaimskiej kuchni. Obok świeżo upieczonych kybynów właściciel stawia na stole kieliszki z krupnikiem. Napój o złotawym kolorze przygotowuje się na bazie różnych korzeni oraz wschodnich przypraw, w tym goździków. Mocny i rozgrzewający, pasuje nie tylko do pierożków z wołowiną.

Kowno w rytmie sacrum i profanum

Z Wilna do Kowna jedziemy dwupiętrowym pociągiem po nowo wyremontowanych torach. Już na dworcu kolejowym wita nas mural przedstawiający biegnącego mężczyznę z walizką. Jak się zaraz przekonam, murali i szeroko pojętego street artu jest w Kownie bardzo dużo. Kolorowe grafiki widnieją nie tylko na starych budynkach – dając im tym samym drugie życie – ale też na murach, sklepach czy siedzibach instytucji publicznych.

Fani oryginalnych przestrzeni koniecznie powinni odwiedzić najbardziej znane podwórko w mieście. Mowa o Kiemo Galerija. Plenerowa galeria powstała kilkanaście lat temu z inicjatywy artysty Vytenisa Jakasa i miała być odpowiedzią na dystans między sąsiadami oraz brak pamięci o byłych mieszkańcach sąsiadujących ze sobą kamienic. Jakas umieścił na ścianach podwórza zdjęcia żydowskich rodzin, a z czasem swoje ślady zaczęli zostawiać również inni artyści. Dziś jest to jedno z najweselszych miejsc w Kownie. Turyści są mile widziani przez całą dobę, jednak należy pamiętać o zachowaniu ciszy – w końcu w kolorowych budynkach cały czas mieszkają ludzie.

Kowno najlepiej zwiedzać piechotą. I tak z Kiemo Glerija przechodzimy na niewielkie wzniesienie, gdzie znajduje jedna z najważniejszych świątyń w mieście, a może i na Litwie. Kościół Zmartwychwstania Pańskiego w Kownie został wybudowany w 2005 r. w podziękowaniu za dwukrotne odzyskanie niepodległości przez Litwę w 1918 i 1991 r. To chyba jeden z niewielu kościołów, w których główną atrakcją jest nie ołtarz, a dach. Prowadzą na niego schody lub winda. Wybieramy szybszą drogę. Na dachu mieści się kaplica, jednak większość turystów wjeżdża na górę, aby podziwiać malowniczą panoramę miasta.

A może nocleg w klasztorze?

Na obrzeżach Kowna znajduje się Klasztor w Pożajściu – największy zespół klasztorny na Litwie. Perłę barokowej architektury doceniają nie tylko turyści, ale również twórcy filmowi. Za murami monastyru kręcono między innymi mini-serial „Katarzyna Wielka” z Hellen Mirren w tytułowej roli. Budowę kompleksu ufundował w XVII w. wielki kanclerz litewski Zygmunt Krzysztof Pac. Na przestrzeni lat klasztor zajmowały różne zgromadzenia. Napis na bramie głównej głoszący, że kobiety nie mają wstępu to pozostałość po kamedułach. Obecnie zespół klasztorny zwiedzać mogą wszyscy.

Dwie godziny wystarczą na zwiedzenie podwórza, dziedzińców otoczonych krużgankami, kościoła Najświętszej Maryi Panny (warto zajrzeć na zakrystię oraz pod ziemię, do pierwszego miejsca pochówku fundatora klasztoru) oraz do oficyny południowej, gdzie znajduje się ekspozycja poświęcona historii obiektu sakralnego i rodu Paców. Do dyspozycji gości jest również Dom Pielgrzyma, w którym można zjeść oraz zostać na noc. Pokoje nie odbiegają od hotelowych standardów, więc o typowo klasztornych warunkach nie ma mowy. Widok zza okna przypomina jednak, że znajdujemy się w wyjątkowym miejscu.

Jesień to idealna pora, żeby wyjechać na Litwę. W największych miastach nie brakuje skwerów i parków, przez co latem jest zielono, a od września na gałęziach pojawiają się kolejne kolory. Jest pięknie, ale przecież nie samą estetyką człowiek żyje. Do 8 listopada pierwsze 10 tys. turystów zza granicy może wziąć udział w programie Stay in Lithuania. O co chodzi? To proste – jeśli spędzimy minimum trzy noce w jednym z wybranych hoteli, ostatni nocleg będziemy mieli za darmo. Aby skorzystać z promocyjnej oferty, należy zarejestrować się TUTAJ.