- Zawsze ciekawili mnie ludzie, którzy doświadczyli żałoby – mówi Olga Puncewicz, autorka książki „Gór na opak 2, czyli rozmowy z tymi, co zostają”. – To doświadczenie zmienia wszystko. I zdradza, czym okazały się góry dla tych, którzy na wysokościach stracili swoich najbliższych.

Hanna Gadomska: Książka "Góry na opak 2” opowiada o  górach, ale z innej perspektywy. Oddała Pani głos bohaterom drugiego planu - rodzinom wspinaczy. Czy była w nich potrzeba mówienia?

Olga Puncewicz: Osiem lat temu zostałam wdową, mój mąż Piotr Morawski zginął na stokach ośmiotysięcznika Dhaulagiri w Nepalu, wtedy zmieniła się moja perspektywa. Na pierwszym planie – zamiast sukcesów i wyzwań – znalazła się żałoba, tęsknota, rozpacz, które z czasem postanowiłam przekuć w coś pozytywnego.

Szukałam ludzi, którzy będą dla mnie drogowskazem, którzy w żałobie są dalej albo – co wiele lat temu było dla mnie niewyobrażalne - przeżyli żałobę i żyją dalej.  Z tych poszukiwań powstała pierwsza część Gór na opak, która na rynku pojawiła się w 2011 roku.

6 lat później postanowiłam porozmawiać z kolejnymi bliskimi ludzi gór, z tą różnicą, że tym razem z perspektywy większości rozmówców to ja byłam weteranem, to ja przeżyłam żałobę, a oni? A oni zgodzili się porozmawiać i opowiedzieć o sobie, o swoich bliskich, o życiu po stracie.

Co zmienia doświadczenie straty?

Wszystko. W dzisiejszych czasach, proszę mi wierzyć, trudno sobie wyobrazić, że jak do kogoś dzwonimy to on nigdy nie oddzwoni, nie odpisze. Jeszcze trudniej sobie wyobrazić, że ten człowiek z krwi i kości, często pełen życia, że go nie ma i że ta jego nieobecność to na chwilę, na czas jakiś tylko na zawsze.

To jest doświadczenie pustki. Jest taka książka Joe Simpsona, na jej podstawie powstał film, nosi tytuł „Dotknięcie pustki”, jest to opowieść autobiograficzna, bohater walczy o życie i ma poczucie, że nie ma nic, jest tylko on sam, jego walka, którą tylko on może wygrać lub nie. Żałoba to dotknięcie pustki, z tą różnicą, że już nie ma czego wygrać, wszystko co ważne jest już stracone. Na zawsze. I jak się z tego podnieść? Jak się wyrwać. Jak zobaczyć i znaleźć nowe życie, nowy sens? Żałoba zmienia smaki i zapachy, zmienia nas, zmienia wszystko dookoła.

Pisze pani „Zawsze ciekawili mnie ludzie, którzy doświadczyli żałoby”.

Pewnie dlatego, że osobiście uważam, że warto o żałobie mówić, warto to doświadczenie oswajać, warto pokazywać, że przez to trudne doświadczenie można przejść. Mam nadzieję, że dzięki temu co robimy wielu osobom pomogliśmy wrócić do życia, zobaczyć jego jasne strony.

„Są ludzie, którzy obrażają się na góry” – czytamy. Czym okazały się góry dla tych, którzy na wysokościach stracili swoich najbliższych?

Bohaterowie mojej książki różnie o tych górach myślą. Paulina Kozub-Chwastek, której mąż zginął w Alpach, która przez lata się wspinała, a pasją wspinaczkową zaraził ją jej własny tata, mówi w wywiadzie, że ani jej, ani jej rodziny góry już nie cieszą. Staszek Berbeka zaś, którego tata zginął po historycznym, pierwszym zimowym zdobyciu Broad Peak mówi, że teraz w góry mu bliżej, że lubi w nich spędzać czas.

A pani na góry się nie obraziła?

Ja nadal lubię góry, z wielkim sentymentem wspominam swoją podróż do Nepalu. Pojechałam tam z zamiarem zbudowania symbolicznego grobu Piotra, by się z pożegnać, bałam się tej podróży, emocji, które mogą mnie tam dosięgnąć, a majestat gór, piękne widoki, cisza, w jakiś sposób pozwoliły mi pierwszy raz po śmierci Piotra, znaleźć odrobinę spokoju. Wróciłam z przekonaniem, że góry są piękne i że rozumiem lepiej pasję Piotra i tak myślę do dziś.

Cały czas mówimy o żałobie po tych, których zabrała ich własna pasja. Od razu podnoszą się głosy oburzenia: „To jest absolutny egoizm. Dopóki się wspinają nie powinni mieć rodzin”.

Ja też się zgadzam z tym, że himalaiści nie powinni mieć rodzin, tylko to jest teza, która broni się w teorii, nie wytrzymuje praktycznej próby. Rzadko ktoś się bierze z pustki, jeśli nawet nie ma żony i dzieci czy poukładanego życia osobistego, to ma rodziców, rodzeństwo, zatem praktycznie zawsze są ci, którzy czekają i którzy będą cierpieć, gdy zginie.

Mnie trudno oceniać, ja w góry nie chodziłam, ja nie postawiłam pasji ponad wszystko, ja rozmawiałam z rodzinami tych, którzy byli obok, bo sama kiedyś miałam takie życie. Rozmowa z panią Joanną Wojciechowską (red.: mamą Martyny Wojciechowskiej) przypomniała mi jak cudownie jest, gdy dostaje się dobre wiadomości, gdy ta nasza najbliższa osoba zdobywa szczyt. Sukcesy uskrzydlają, powodują, że przez jakiś czas nie myśli się o własnych kosztach, o tęsknocie, o strachu, myśli się tylko o tym co dobre. Gdy najbliżsi odnoszą sukcesy to wtedy dla rodziny wszystko ma sens, nawet wielomiesięczne czekanie.

Mówi Pani „Nie chciałam straszyć żałobą. Epatować cierpieniem”. Jak mówić o stracie bez tej otoczki z bólu?

Starałam się pytać rozmówców o życie po żałobie, czy w ogóle jest, co sądzą o tej sytuacji, na którą się nie pisali. Innymi słowy, nie zajmowaliśmy się rozdrapywaniem ran, a szukaniem pozytywów nowego życia, z szacunkiem do przeszłości. Oczywiście w każdej rozmowie są wspomnienia tych najtrudniejszych chwil, ale nie są głównym tematem.

Czy to były trudne rozmowy?

Tak, były trudne, najtrudniej było je kończyć (śmiech). A tak na poważnie, to ja mam trochę do siebie żal, bo jak teraz z perspektywy czasu czytam te wywiady, to wydaje mi się, że w kilku momentach wycofałam się zbyt wcześniej, nie pociągnęłam tematu, bo wydawało mi się, że kolejne pytania mogą zaboleć. Mam żal, że wygrało we mnie współczucie, wspólnota wspomnień, a nie żyłka dziennikarza, badacza, ciekawego rozmówcy, ale może to tylko tak mi się wydaje, może to do głosu próbuje dojść perfekcjonizm.

Przy okazji udało się usłyszeć kilka sekretów anegdot z górskiego środowiska?

Wielkie wrażenie robią na mnie wspomnienia Przemka Kowalskiego o jego bracie, bardzo podobają mi się też opowieści o psie Wandy Rutkiewicz.  Lubię wszystkie wspomnienia świadczące o tym, że himalaiści nie tylko śniegiem i wiatrem żyją, że są ludźmi z krwi i kości, że też na nizinach mają przygody, wypadki. Nie wiedziałam na przykład o tym, że Artur Hajzer był zapalonym żeglarzem, a po opowieściach jego żony Izy, gdy myślę o Arturze to w głowie mam obraz wilka morskiego, choć nigdy go na łódce nie widziałam.

Czego nauczyła się pani od swoich rozmówców?

Nauczyłam się słuchać. Ja lubię gadać (śmiech), a tu trzeba było zamienić się w słuch. Cieszę się, że jesienią ubiegłego roku przejechałam wiele kilometrów i poznałam osobiście ludzi, którzy zgodzili się ze mną podzielić kawałkiem swojego intymnego świata.

Przede wszystkim poczułam wspólnotę i nie mam tu na myśli wspólnoty cierpienia, poczułam wspólnotę wspomnień i nadziei na przyszłość. Chyba wszystkie osoby, z którymi rozmawiałam, które przeżyły żałobę z optymizmem patrzą w przyszłość zęść z nich jest dumna, że dała sobie radę, część wie, że przyszłość zbuduje w oparciu o fundament z przeszłości.

W książce wręcz przeważają te „jasne” emocje: wiara, wdzięczność, pogodzenie.

O! To dobrze, to znaczy, że w jakimś stopniu mi się to udało. Będąc w żałobie nie sądziłam, że z tego da się wyjść. Jestem człowiekiem niecierpliwym, do tego żyjemy w szybkich czasach, a żałoba to film poklatkowy, wszystko zwalnia, co gorsza jest tak dużo czasu na ból, na smutek, na płacz, ja chciałam, żeby zamiast zwolnienia to ten trudny czas jak najszybciej minął, niestety się nie dało. Każda łza musiała być wypłakana, każde zwątpienie przeżyte, samotność ciągnęła się bez końca, aż do tego wszystkiego przywykłam i pewnie wtedy powoli zaczęło się robić lepiej.

Wydaje mi się, że żałobę trzeba przeżyć, nauczyć się cierpliwości, w jakimś stopniu pogodzić ze swoimi trudnymi emocjami, krok po kroczku iść do przodu, aż któregoś dnia , że słońce świeci, że rosół znów ma smak, a jesień pachnie palonymi liśćmi.

Mam wrażenie, że ta książka jest o „szczęściu mimo wszystko”.

TAK! Próbowałam pokazać, że życie ma sens, właśnie mimo wszystko. Nawet gdy trudno ten sens znaleźć, nawet gdy człowiek doświadczy straty najbliższej osoby, to w moim przekonaniu nie można się poddać, trzeba żyć dalej. Życie jest tylko jedno, do tego tak szybko mija, zatem trzeba żyć, nie oglądać się za długo, żyć tu i teraz.

Zdaje sobie sprawę, że to  wszystko brzmi banalnie. Wydaje mi się, że to co w życiu się sprawdza, to co ważne, często ociera się o banał, a ma w sobie mądrość naszych przodków, naszych doświadczeń. Nie wiem jak mądrze powiedzieć, że życie jest jedno i że warto je przeżyć dobrze, nawet gdy zdarzają nam się ogromne nieszczęścia, chyba lepiej potrafili to wyrazić moi bohaterowie.

Rozmawiała Hanna Gadomska.