„Można powiedzieć, że jestem na linii frontu międzygatunkowej wojny” - mówi Andrew Skowron, fotograf na rzecz zwierząt, który zamiast karabinu używa aparatu.

Andrew Skowron fotografią zwierząt zajmuje się od 8 lat. Dokumentuje losy zwierząt hodowlanych. Pokazuje, w jakich warunkach żyją, są transportowane i zabijane. Unaocznia, jak zaciera się granica między żywą istotą a towarem. Skowron współpracuje ze stowarzyszeniem Otwarte Klatki, a z jego bezpłatnego archiwum zdjęć na stronie andrewskowron.org korzysta wiele organizacji prozwierzęcych na całym świecie. Skowron walczy o prawa zwierząt, wojując aparatem. Jego działania możecie śledzić na Instagramie: @andrewskowron.

 

Hanna Gadomska: Oglądając te zdjęcia, zakrywałam oczy.

Andrew Skowron: Wiele osób tak reaguje. Wiele mówi, że nie może na nie patrzeć. Wiele szuka usprawiedliwienia. Pytają mnie, po co to robisz, po co to pokazujesz, po co epatujesz…

Jakbyś robił coś złego?

- Właśnie tak. Po latach pracy doszedłem do wniosku, że ludzie szukają usprawiedliwienia na to, że nie chcą widzieć prawdy. Nie chcą być świadomi, bo tak jest wygodniej. Tylko to bardzo egoistyczne. Ludzie wolą nie wiedzieć i pchać się w nieświadomą konsumpcję. Paraliżuje ich strach przed prawdą.

Chcesz ich uświadamiać „na siłę”?

- Chcę dać okazję do spojrzenia na to, co wydaje im się normalnością, że może wcale nią nie jest. Moi rodzice pochodzą ze wsi, całe dzieciństwo spędziłem na wioskach. Byłem świadkiem tego, co się dzieje ze zwierzętami. Chowało się świnie, potem trzeba je było zabić i zjeść. I dla mnie to była normalność. Tak po prostu było. Z czasem jak dojrzewałem, zacząłem obracać się w innych środowiskach, zobaczyłem, że nie musi tak być. Stwierdziłem, że z tą normalnością jest mi nie po drodze. Od dwudziestu paru lat nie jem mięsa.

Był jakiś moment przełomowy?

- Nie, to był proces. Zacząłem zauważać, że hipokryzją jest dla mnie podział empatii. Ktoś zamyka oczy, jak biją pieska, a jednocześnie je kanapkę z szynką. Tu jest przyzwolenie, tam nie ma. A przecież jesteśmy na takim etapie ewolucji, że nie musimy zabijać zwierząt. To że wciąż jemy mięso to tylko wygodnictwo. Podobnie jest z hipokryzją w rzeźniach. Widziałem kiedyś krzyż w wielkim kurniku i różaniec nad klatką z szynszylami hodowanymi na futro. Nie rozumiem tego.

Czujesz się rzecznikiem tych zwierząt?

- Można powiedzieć, że jestem na linii frontu międzygatunkowej wojny, a aparat jest narzędziem mocniejszym niż karabin maszynowy. Chcę pokazać, co się dzieje za murami ferm, a porównałbym to do zwierzęcego obozu koncentracyjnego. To jest po prostu zamiana gatunków, a metody pozostają te same .

Wchodzisz do takiej fermy i widzisz tysiące wyhodowanych sztucznie kurczaków brojlerów, które w pewnym momencie są tak grube, że nie są w stanie chodzić i dożywają góra 6 tygodni. Świnie kastrowane na żywca w pierwszych tygodniach życia. Hale w chlewniach mieszczą kilka tysięcy macior – jedna obok drugiej. Wszystko to nakręcane kołowrotkiem konsumpcji. Zwierzę jest tylko towarem. Kierowca transportu z poranionym bydłem powiedział mi kiedyś, że jeździ z przegranymi.

Najgorszy widok, jaki zastałeś?

- Transport gęsi w 36-stopniowym upale, stara ferma klatkowych kur niosek, stojąc w której, nie potrafiłem uwierzyć, że coś takiego istnieje czy odgłosy podczas kastracji  prosiąt. Bo to nie tylko widok. Na moich zdjęciach nie da się usłyszeć tego jęku, tego pisku, tego kwilenia. Musiałem wychodzić, bo nie byłem w stanie tego wytrzymać.

Uodporniłeś się? Zahartowałeś?

- Nie, nadal to odchorowuję. Był moment, kiedy wydawało mi się, że się znieczuliłem. Wystraszyłem się, że  w końcu zaniknie mi empatia. Zdarza się, że wchodzimy do fermy całym zespołem i to są takie emocje, że nikt ze sobą nie rozmawia. Zauważyłem kiedyś, że zdarza nam się – wiem, to absurdalne - takie niezadowolenie, że nie było żadnego hardcore’u. Dopiero potem dociera, że to przecież dobrze.

Doszedłem do wniosku, że ten tryb: wejść i pokazać, co zobaczyłem, to nie znieczulica, a świadome działanie. Na miejscu często działa strach i adrenalina. Kiedy już jestem za murem fermy, pojawia się koncentracja. Skupiam się tylko na tym, żeby zrobić materiał. Dopiero kiedy obrabiam materiał, dociera do mnie ciężar sprawy. Dużo się zastanawiam. Czasem nawet przydaje się rozmowa z terapeutką, żeby nie przenosić tych złych emocji na życie. Uświadomiłem sobie, że wykonując tę pracę, balansuję na granicy stresu pourazowego, takiego jaki mają korespondenci wojenni. 

I znów porównanie do wojny.

- Ja i inni fotografowie często działamy w konspiracji. Czasem wchodzimy legalnie, ale nie zawsze się to udaje. Mimo że nie pokazujemy konkretnych miejsc, chodzi raczej o ukazanie formy hodowli.

W opinii hodowców to my jesteśmy zagrożeniem. Dostałem kiedyś wiadomość od pewnej zootechnik, że nie jestem u nich mile widziany, bo przedstawiam ich w złym kontekście. Jakby system hodowli był  czymś normalnym. 

Zauważasz już rezultaty swojej pracy?

- Wiele osób do mnie pisze na Instagramie, dziękują za to, co robię. Otrzymuję wiele wsparcia z całego świata. Widzę też, że sytuacja się zmienia. Jest coraz mniej ferm futrzarskich, zamykają się i nie powstają nowe. Zacząłem poszerzać swoje działania o Europę Wschodnią, chcę pokazać, że jeszcze dużo jest do zrobienia w kwestii praw zwierząt. Życzyłbym sobie, żeby w pewnym momencie po prostu nie było możliwości robieniach takich zdjęć, bo nie będzie gdzie. 

 

Zobacz galerię zdjęć Adrew Skowrona >>>