Potrzebujesz z rana filiżanki kawy? Nie wyobrażasz sobie życia bez herbaty? A może wspomagasz się często napojami energetycznymi? Wszystkie łączy jeden składnik - kofeina. Czy to niewinna substancja, czy też, jak twierdzą niektórzy, narkotyk jak wiele innych?


Sukces kofeinowy
 

W dżdżysty (a jakby inaczej?) poranek w kwietniu 1984 roku, Schultz otworzył w Seattle mały bar espresso w rogu sklepu z ziarnami kawy, oferując tajemnicze napoje jak caffe latte, o jakich podobnym do Dunkin' Donuts nawet się nie śniło. W ciągu kilku dni na chodniku zaczęły ustawiać się długie kolejki, a Howard Schultz nigdy nie żałował swojej decyzji. Wkrótce opuścił firmę i otworzył własny bar espresso, zwany Il Giornale. Dwa lata później wykupił swojego byłego pracodawcę, a teraz na całym świecie jest ponad 20 tys. kawiarni Starbucks.
 

Schultz nie lubi podkreślać roli, jaką mogła odegrać kofeina w sukcesie jego firmy – Nie sądzę, żeby to była kofeina. Myślę, że rytuał, romans tego wszystkiego, są naprawdę ważn – stwierdza.
 

Jednak kofeina też tam jest. Kilkanaście kilometrów autostradą od biura Schultza, w palarni ziaren kawy Starbucks w Kent, w stanie Waszyngton, kierownik Tom Walters przekonał się o tym na własne oczy. – Proszono mnie bym nie robił bezpośredniego połączenia między kawą a kofeiną – mówi Walters przechadzając się miedzy górami 70 kilowych worków jutowych ze świeżo zebranymi ziarnami z Kolumbii, Kostaryki, Nikaragui i Indonezji – ale widzimy tu cholernie dużo kofeiny. Gdy wypiekamy ziarna, kofeina tworzy rodzaj osadu na piecu. Tak więc, gdy jesteśmy zbyt zajęci, by zrobić sobie przerwę na kawę, niektórzy ludzie po prostu jeżdżą palcem po obudowie pieca, oblizują go i w ten sposób dostają kopa.
 

To pobudzenie tłumaczy dlaczego tak wiele z najbardziej popularnych napojów na Ziemi - cola, kawa, herbata - zawiera akurat kofeinę. Czy to student sączący mokkę w laboratorium czy mnich popijający zieloną herbatę przy modlitwie w świątyni, kofeina to ulubiony stymulant ludzkości w pracy każdego dnia, na całym świecie.
 

W nocy zresztą też. Wracamy do migających świateł i ogłuszającego hałasu w londyńskim klubie Egg, gdzie Lee Murphy tańczy teraz w rytm hitu „Give It What You've Got!” Bierze długi łyk z jednej z jego dwóch puszek Red Bulla. – Słuchaj, stary, wiem, że to jak narkotyk – przekrzykuje hałas – ale bez tego nie dam rady.