Umówmy się: nikt z nas nie jest sterylny, no może poza świeżo urodzonymi noworodkami. Jednak i one w ciągu kilku godzin stają się środowiskiem życia dla milionów mikrobów, z którymi nie rozstają się aż do śmierci.

W rozmaitych zakamarkach naszego ciała miejsce do życia znalazło ok. 1000 różnych typów bakterii (o grzybach i wirusach już nawet nie wspomnę). Ich liczba 10-krotnie przekracza liczbę komórek ciała człowieka gospodarza, a łączna masa sięga 1,5 kg. Sama skóra jest domem dla ponad 500 gatunków, z których jedynie mały odsetek można uznać za niebezpieczny. Na każdym cm2 ludzkiej stopy żyje sobie mniej więcej pół miliona mikrobów. Większości nawet jeszcze nie zbadano.

Naukowcy dostarczają jednak coraz więcej dowodów na to, że bez bakterii nasze życie byłoby o wiele trudniejsze, jeśli nie niemożliwe. Znana hipoteza „zbyt czystego środowiska” głosi, że ograniczony do minimum kontakt z brudem w dzieciństwie usposabia do późniejszych alergii, chorób skórnych i astmy. Badacze wyjaśniają, że obecna w bakteryjnych błonach komórkowych endotoksyna jest jedną z substancji najsilniej pobudzających pewne komórki odpornościowe (Th-1) i wytwarzanie interferonu oraz powierzchniowych białek chroniących przed intruzami drogi oddechowe. Jednocześnie hamuje ona produkcję białek prozapalnych, zaangażowanych m.in. w rozwój miażdżycy i chorób z autoagresji. Jeśli jako dzieci nie mieliśmy okazji potarzać się w trawie czy obsypać piachem, w późniejszym życiu będziemy bardziej narażeni np. na cukrzycę typu 1 czy zespół drażliwego jelita. Zresztą jak się dobrze zastanowić, to wszystko co jemy w zasadzie jest... brudem, kurzem, pyłem, ziemią. To z niej (i słońca) czerpią rośliny, a często i zwierzęta, które później zjadamy. Szczury, ptaki, bydło, nawet słonie i naczelne od czasu do czasu wzbogacają dietę jakąś smaczną gliną. Małpy regularnie pogryzające lokalne glinki mają w jelitach mniej „pasażerów na gapę”. Ziemi próbują dzieci na całym świecie (ku przerażeniu rodziców), intuicyjnie wyczuwając, że w ten sposób budują odporność na otaczający je – przecież wcale nie sterylny – świat. Glinę jedzą ciężarne w Afryce Subsaharyjskiej. Wzbogacają w ten sposób dietę w wapń, a zarazem uodparniają dziecko na lokalne bakterie i pasożyty.

Flora bakteryjna okazuje się zresztą tak indywidualna jak odcisk palca. Sporządzając jej cenzus, można by rozpoznać mordercę na podstawie brudu pozostawionego przezeń na miejscu zbrodni. Zasiedziałe na skórze mikroby chronią nas przed atakiem „obcych”, a do tego uwalniają specjalne cząsteczki ułatwiające gojenie, ograniczając stan zapalny powstający w wyniku płytkich otarć. Innymi słowy – brudna skóra lepiej się goi (nie dotyczy to rzecz jasna ran głębszych, przenikających przez całą skórę w głąb tkanek).

Bakterie nadają nam też osobisty zapach i np. atrakcyjność... dla komarów. Te uwielbiają ludzi noszących na skórze gronkowce i bakterie z rodzaju Leptotrichia, Delftia czy Actinobacteria. Znacznie mniej przyciągają ich ci z większą różnorodnością mikrobów na skórze, ze sporym udziałem Pseudomonas czy Variovorax. Wniosek: chcesz być rzadziej gryziony – nie używaj dezynfektantów (zwykłe mydło wystarczy), bo to zmniejsza różnorodność bakterii. Zmiany w bakteryjnej florze naszego ciała, wywołane m.in. stosowaniem antybiotyków, ale także środków dezynfekcyjnych, mogą być przyczyną zaburzeń trawienia, wyprysków skórnych, chorób dziąseł, a nawet... otyłości. Tak, tak, otyli mają w jelitach inną mieszankę bakterii niż szczupli, przez co z tej samej ilości pożywienia przyswajają więcej kalorii.

Natura nie znosi próżni, więc w miejsce bakterii usuniętych podczas mycia, albo np. płukania jelit, wkraczają inne, często groźniejsze dla zdrowia i mniej znane naszemu układowi odpornościowemu. Zresztą nasza obsesja na punkcie czystości jest wyjątkowo niekonsekwentna – zlew mamy zdezynfekowany, ale już kuchenne zmywaki i ścierki to istny rezerwuar mikrobów. Pewna amerykańska uczennica dowiodła, że prawie w trzech przypadkach na cztery lód spożywczy dostępny w restauracjach ma więcej groźnych bakterii niż woda z tamtejszych sedesów. Nic dziwnego, w końcu publiczne toalety często są już samospłukiwalne i samodezynfekujące. Ale żeby z nich wyjść, musimy nacisnąć klamkę lub odsunąć zasuwę jeszcze ZANIM umyjemy ręce (czego i tak nie robi 1/3 ludzi). Z drugiej strony łazienkowe klamki i tak są czystsze niż piloty do TV; przynajmniej w szpitalach. W USA te gadżety odpowiadają za roznoszenie tzw. MRSA, czyli szczepów gronkowca opornych na większość antybiotyków, i przyczyniają się do 90 tys. zgonów  wywołanych zakażeniem tą bakterią w szpitalu.