Cykl „Górale z Tybetu” zajął pierwsze miejsce w ubiegłorocznej, IV edycji Wielkiego Konkursu Fotograficznego National Geographic w kategorii „fotoreportaż”.

Dorpatan, przycupnięte na stoku ośmiotysięcznika Dhaulagiri, zamieszkują kupcy i pasterze, a od niemal pół wieku – także tybetańscy uchodźcy, którzy zmuszeni byli opuścić rodzinne strony, prześladowani przez chiński reżim. Ta mała społeczność jest częścią 20-tysięcznej rzeszy Tybetańczyków przyjętych przez Nepal (w Indiach żyje ich ok. 100 tys.).
Zjawili się tu w 1960 r., tuż po ucieczce Dalajlamy z Tybetu. Dziś w obozie w Dorpatanie, u stóp jedynego nepalskiego rezerwatu łowieckiego, na długości ok. czterech kilometrów żyje 210 Tybetańczyków – 23 rodziny. Najstarsza jest wdowa Kyiga – ma 99 lat. Mieszka w chacie starego typu: to jedna izba wysoka na cztery metry. Dom dzieli z córką Yangą i rojem himalajskich pszczół, które brzęczą nieustannie wewnątrz frontowej ściany. Sąsiedni dom zajmują Karma Tsamzo (70 l.) z mężem Karsu (75 l.), który odpowiada za produkcję świec w miejscowej świątyni. Oni jako pierwsi przedarli się tu przez Himalaje. Marsz przez najbardziej niegościnne góry na Ziemi zajął im miesiąc. Po Kyidze, Karmie i Karsu pojawiali się kolejni. Z początku nawet 300. Ale trudno się tu utrzymać ludziom, którzy przywykli do koczowniczego trybu życia. Tybetańscy osadnicy o uprawie ziemi nie wiedzieli nic. Pomógł Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża i szwajcarscy wolontariusze. Dali ludziom kosy, łopaty i kopaczki. Pokazali, jak orać, siać i sadzić. Nawet dziś kosy od Szwajcarów to w obozie skarb, bo w Nepalu nie ma sklepów żelaznych. Zresztą wioska w zasadzie jest odcięta od świata. Droga kończy się w Darbang, a dalej prowadzi tylko pieszy szlak. Czasem nad głowami tubylców zawarczy śmigłowiec, którym przylatują bogaci myśliwi z Europy i USA. Polują na jelenie, błękitne owce i niedźwiedzie, którymi chwalą się nepalskie władze.
Wielu uchodźców nadal zajmuje się pasterstwem i przygranicznym handlem, choć ostatnio to coraz trudniejsze. Jeszcze dwa lata temu tybetańscy kupcy osiedli w Nepalu zapuszczali się głęboko na ojczyste tereny, skupując owce i herbatę. Pogranicznicy przymykali oko. – Obowiązywało niepisane porozumienie. Sprzedawaliśmy konie, handel rozwijał się bez przeszkód – mówi Namgyal, sołtys Tybetańczyków z płaskowyżu Dorpatan. – Dziś nie ma na to zgody. Granica jest szczelnie zamknięta. Nasi ludzie mogą zostać na targu najwyżej cztery dni.
Jak żyje się w tak ekstremalnych dla Europejczyka warunkach, do tego z dala od ojczyzny? Bartek Solik i Bartek Dobroch, dwaj górale z Podhala, postanowili to opisać słowem i obrazem. Najpierw był szalony pomysł, by przejść granicę tybetańsko-nepalską z grupą uchodźców, ale odradzono im to ze względu na ryzyko – tak dla globtroterów, jak i Tybetańczyków, z którymi chcieli wędrować. Projekt „Górale dla Tybetu” zmieniał się zatem wraz z okolicznościami. Ostatecznie stał się opowieścią o ludziach, którzy zaaklimatyzowali się do życia poza własnym krajem, ale i o tych, którzy nie radzą sobie w nowej rzeczywistości. Do Dorpatanu zawiodła dwóch Bartków opowieść Phuntsoka Dhargyala, Tybetańczyka, który dwa lata studiował w Polsce na Uniwersytecie Warszawskim. Phuntsok opowiedział Bartkowi Solikowi o swojej rodzinnej wiosce w Nepalu. Plonem wyprawy w Himalaje stała się fotograficzna opowieść nagrodzona przez National Geographic.