Jedno ugryzienie warana może przynieść pewną śmierć zwierzęciu nawet tak potężnemu jak bawół. Któż chciałby się do takiego zbliżać?

Warany z Komodo to największe żyjące na świecie jaszczurki. Słyną z siły, wagi i śmiercionośnego uśmiechu wysłanego dziesiątkami ostrych, zakrzywionych zębów. 
 

Do Parku Narodowego Komodo przyjeżdżają setki turystów dziennie. Większość odbywa 4-godzinną podróż statkiem z pobliskiego portu Labuan Bajo, która sama w sobie jest ekscytująca ze względu na obecność jednej z najpiękniejszych na świecie raf koralowych. Nie trudno spotkać na swojej drodze grupy delfinów, gigantycznych płaszczek, meduz. Przeprawa potrafi być niebezpieczna ze względu na wystające rafy i zdradzieckie prądy, ponieważ to tutaj styka się Morze Flores i Ocean Indyjski i w wielu miejscach można zauważyć nurt tak silny, że niemal widać linię podziału między morzem a oceanem.
 

Zobacz galerię zdjęć z Komodo
 

Warany z Komodo nie mają w środowisku konkurencji, znajdują się na samym szczycie łańcucha pokarmowego a jedynym zagrożeniem dla nich są ludzie i one same. (Czy wspominałam już, że są kanibalami?). Rozmawiając z miejscowymi usłyszałam, że ich znajomi z pobliskich wysp nie przejmują się przepisami o ochronie i kiedy zobaczą wielkiego warana natychmiast zabijają go z obawy o swoje gospodarstwo i dzieci, które nie miałyby szans w przypadku starcia z gadem. Większe zagrożenie dla waranów związane jest jednak ze zmianami w środowisku jakie generuje działalność człowieka.
 

Do Indonezji pojechałam na stypendium Rządu Indonezyjskiego. Już wtedy od dawna pasjonowałam się jaszczurkami, a wizyta na Wyspie Komodo była jednym z moich największych marzeń. Po kilku miesiącach, gdy przestały mi przeszkadzać różnice kulturowe, a zaczęłam doceniać walory indonezyjskiego stylu życia, postanowiłam wyruszyć w swoją pierwszą „dziką” podróż.
 

Kiedy nasz statek zacumował w wiosce na Wyspie Komodo byłam zdumiona. Dookoła nas biegały roześmiane dzieci, a matki zrelaksowane siedziały na gankach lub powoli przechadzały się po chodniczkach. Nigdy wcześniej nie słyszałam, aby na Wyspie Komodo żyli ludzie. Wydawało mi się to szaleństwem, miałam pewne obawy czy spanie w wiosce jest aby na pewno bezpieczne. Tym bardziej zaszokowana byłam, kiedy następnego ranka Pak Alias, nasz host i kapitan statku Indahnesia, zawołał abyśmy szybko wybiegli z domku, ponieważ oto na wzgórzu, 50 metrów od domu, wylegiwał się dorodny, 3-metrowy waran. Wydawał się równie oswojony z naszą obecnością jak mieszkańcy wioski z jego.
 

Jaszczury równe człowiekowi
 

To podczas tej wizyty po raz pierwszy usłyszałam o legendzie przekazywanej z pokolenia na pokolenie, w którą do dziś wierzą mieszkańcy Komodo. Historia opowiada o miejscowej kobiecie, która w trudnych czasach urodziła bliźnięta – ludzkiego chłopca i smoczą dziewczynkę. Od tego momentu miejscowi uważają warany za stworzenia równe człowiekowi – nigdy nie zabijali waranów, wręcz przeciwnie - dzielili się jedzeniem ze starszymi osobnikami, a gdy te umierały chowali je na specjalnym cmentarzu mieszczącym się kilka kilometrów od obecnej wioski. Nie byłam w stanie uwierzyć, kiedy kapitan naszego statku opowiadał nam o tym jak w młodości, polując na jelenie, zostawiał zawsze połowę zdobyczy dla waranów.
 

Domy miejscowych ustawione są na wysokich palach ze względu na napływ wody w porze deszczowej, ale również z uwagi na miejscową zwierzynę – warany, jadowite węże, ale też dziki, które często przechadzają się w nocy po wiosce. W cieniu tych domostw mieszkańcy odpoczywają i pracują, ręcznie rzeźbiąc smoki z drewna sandałowego, które potem sprzedają na straganach w przystani oddalonej o godzinę spacerem.
 

To tam przypływają statki z turystami, którzy uiściwszy należną opłatę (podczas mojego pobytu w Indonezji wzrosła ona o jedno zero dla turystów z zagranicy) mogą wraz z przewodnikiem udać się na kilkugodzinny spacer dookoła wyspy. Miejscowi przewodnicy zawsze dzierżą w ręku około 2 metrowe kije w kształcie litery „Y” i łamaną angielszczyzną tłumaczą, że używają ich do ochrony przed „smokami”. Zaniepokojeni goście niepewnie kroczą w stronę waranów, aby wkrótce przekonać się, że te często są zbyt leniwe by nawet obrócić głowę w ich stronę. Jednym z powodów jest to, że kilkaset metrów dalej wiszą ochłapy mięsa, które huśtając się na gałęzi roznoszą zapach padliny i przyciągają warany, podobnie jak kuchnia w której strażnicy jedzą obiady, zazwyczaj w jej cieniu leży kilka waranów, czekając na resztki z obiadów. Bardzo szybko można ocenić czy waran jest głody – wystarczy spojrzeć na rozmiar brzucha. Dobrze najedzony Waran może przytyć o ponad 50 kilogramów! Nic dziwnego, że nie ma ochoty na pościgi.
 

Ciemne strony raju
 

Przystań i brama do parku są bardzo zadbane, jednak kiedy odejść nieco od szlaku łatwo zauważyć, że to miejsce odbiega od rajskiego wyobrażenia kreowanego przez agencje turystyczne. Codziennie morze wyrzuca na plażę tony plastiku generowane przez sąsiadujące z morzem miasta. Widok tych niebezpiecznych, ale bądź co bądź, przepięknych jaszczurek przechadzających się po plaży pełnej plastikowych kubków był przytłaczający i przypomina, że ten „raj na ziemi” ma również swoje ciemne strony.
 

Podczas pobytu na wyspie poznałam najstarszego syna naszego kapitana, 15-latka o smoczych oczach. Mimo że był muzułmaninem, nosił imię hinduskiego bóstwa, którego symbolem są węże. Siwa szczerze wierzył w łączącą go z waranami więź i jak nikt inny ożywał na wiadomość, że w okolicy jest orah (tak miejscowi wołają na warany). Pasję ewidentnie odziedziczył po ojcu, gdyż również w jego oczach pojawiał się błysk kiedy opowiadał o swoich przygodach z waranami. Siwa był najbardziej zaradnym chłopcem jakiego w życiu spotkałam, potrafił naprawić wszystko, od agregata po podwodne śruby w statku. Pod nieobecność ojca był odpowiedzialny za trójkę młodszych braci i dwie siostry, a w chwili wolnego wybiegał na wzgórza w poszukiwaniu rodzeństwa smoczego.
 

Teraźniejszość spotyka baśń
 

Nie po raz pierwszy w Indonezji spotkałam się z mirażem starych, animalistycznych wierzeń z nowymi, napływowymi religiami. Już wcześniej widziałam protestantów składających bóstwom ofiary z liści bethelu i tytoniu, aby następnego dnia, w odświętnych strojach, iść do kościoła. Nie zaskoczyło mnie również to, jak gorliwie mieszkańcy Wyspy Komodo wierzą w swoją bliskość z naturą. Może to właśnie ta historia uratowała Warany z Komodo przed wyginięciem?
 

To miejsce wydało mi się baśniowe i po raz kolejny dało mi do zrozumienia jak ważne podczas podróży jest rozmawianie i poznawanie miejscowych ludzi, to oni, a nie tablice przy wejściu do parków, mają najciekawsze historie do opowiedzenia.
 

Postanowiłam również, że muszę jeszcze wrócić na Wyspę Komodo. W czerwcu/lipcu 2015 udało mi się namówić Adriana Crapciu, fotografa z Rumunii, aby towarzyszył mi podczas kręcenia filmu o życiu Siwy i jego kontakcie z waranami. Wiadomości o filmie "Siwa and Orah” można go śledzić tutaj.
 

Tekst: Tessa Moult-Milewska