W USA to policzono. Bardzo trudno jest wyobrazić sobie sumy, którymi operują amerykańscy badacze. Po prostu mało kto korzysta z takich wyrazów. Przygotujcie wyobraźnię, bo padną tu naprawdę astronomiczne liczby.


Jakiś czas temu w odpowiedzi na pytania Amerykanów tamtejszy rząd udzielił informacji, że niestety nie planuje i nie może zbudować stacji kosmicznej podobnej do Gwiazdy Śmierci z sagi "Gwiezdne Wojny", bo go na to nie stać. Ile naprawdę kosztowało zniszczenie tej stacji oraz jej następczyni przez rebeliantów?
 

Według wyliczeń profesora Zacharego Feinsteina z Uniwersitetu Waszyngtona w St. Louis zniszczenie stacji pokazanej w filmie "Nowa nadzieja" (Epizod 4) oraz zbudowanej po tych zdarzeniach kolejnej w "Powrocie Jedi" (Epizod 6) dla galaktycznej gospodarki oznaczałoby prawdziwe załamanie. Po takim krachu, według profesora, niemożliwe byłoby powołanie do życia drugiej republiki przez rebeliantów. Skąd taka pewność? Kiedy Biały Dom oficjalnie odpowiedział na petycję w sprawie budowy Gwiazdy Śmierci, że jej koszt to 850 biliardów dolarów. Tak, biliardów - to 24 zera, w krajach stosujących tak zwaną krótką skalę, jak choćby USA,  stosuje się nazwę kwadrylion. Profesor przyrównał to przedsięwzięcie do projektu Manhattan (jego celem było stworzenie amerykańskiej bomby jądrowej), a następnie zestawił ze światowym produktem brutto. Koszt Gwiazdy Śmierci przekracza go 11 tysięcy razy.  
 

Kolejna stacja to wydatek 419 trylionów dolarów (czyli kwintylionów wedle krótkiej skali). To suma o trzydziestu zerach i raczej pasuje do astrofizyki niż ekonomii. Ale co jeśli pod uwagę weźmiemy budżet nie jednej planety, a galaktycznego imperium? Właśnie tutaj przyda się porównanie do projektu Manhattan. Zakładając, że podobnie jak on stacja kosmiczna pochłonęłaby 0,21 budżetu imperium. Ten został oceniony przez profesora na 92 tryliardy dolarów (36 zer, w USA sekstylion) przez 20 lat istnienia.
 

Ten ułamek wydaje się do zniesienia pod warunkiem, że nikt nie bierze pod uwagę, że w projekty ktoś musiał zainwestować, między innymi wykonawcy. Zniszczenie takiej inwestycji pociągnęłoby za sobą plajtę ogromnej liczby firm i tąpnięcie na rynkach o skali nieporównywalnej z niczym innym. Nie wspominając już reakcję banków udzielających kredytów na takie przedsięwzięcia. Żeby załagodzić taki kryzys i móc spokojnie zbudować nowy porządek w drugiej republice rebelianci musieliby wpompować przynajmniej 20% galaktycznego produktu brutto w gospodarkę. A może od początku o to chodziło imperatorowi Palpatine? Pozwolić wygrać rebeliantom, by później galaktyka pogrążyła się w ekonomicznym chaosie? To byłby naprawdę diaboliczny plan.
 

Źródło: IFLS