R.C.

Po raz drugi i ostatni wsiedliśmy do reżimowego Viazul-a, aby się z Kubańskiego Disneylandu wydostać. Sprawę postawiłem dość jasno. Choćbym miał spać na poboczach, bo nic nam się nie zatrzyma do „tego” nie wsiądę. Nie chcę grać roli radosnego turysty, który poznaje Kubę, jakiej nie ma, dotując jednocześnie reżimowe biznesy. Pier… nie jadę. Kropkę nad naszą decyzją postawiła obsługa biura, w którym można było dokonać rezerwacji. Obleśne tłuściochy próbowały nam wmówić, że musimy jeszcze dorzucić jakieś 20$, bo z „crusero - skrzyżowania” nic nie jeździ na wybrzeże i zostaniemy na drodze niewątpliwie czekając na niechybną śmierć. Ale za autobus 24$ od głowy zapłaciliśmy, aby po pięciu godzinach wysiąść na skrzyżowaniu głównej dwupasmowej autostrady biegnącej przez środek wyspy z podrzędną drogą na wybrzeże. Ani po jednej, ani po drugiej nic w sumie nie jeździło.

Nie zdążyliśmy jeszcze wyrzucić naszych plecaków z luków bagażowych, tłuściochy z obsługi się nie mieściły, więc musieliśmy dokopać się do nich sami, już biegła w naszym kierunku całkiem ładna Kubanka w przykrótkiej czerwonej mini. Wdrapała się na nasyp w przydługich szpilkach i radośnie nas przywitała - witam, już na Państwa czekamy. Boże, kto na nas czeka, dlaczego i po co, zastanawialiśmy się z Żanetą idąc za Kubanką w przykrótkiej mini i przydługich szpilkach do przydrożnego centrum obsługi klienta zagranicznego. Zanim skończyła wyciągać kolorowe foldery i szykować się do przedstawienia niezwykle ciekawej oferty turystycznej za kosmiczne pieniądze byliśmy już na zewnątrz. Drogę zastawił nam taksówkarz, gdzieś w międzyczasie zdążyła po niego zadzwonić. Za 20$ zawiozę was na „playe - plażę” – powiedział. Ale powiedział to dość niepewnie, chyba sam nie wierzył, że może dostać dwie miesięczne Kubańskie pensje za przejechanie 30 kilometrów zardzewiałym gruchotem, przepięknym zresztą. Na plaże zawiózł nas za dychę, co prawda po drodze próbował nas „opchnąć” do „najlepszej” knajpy kolegi na krokodyla a na miejscu zorganizować nam nocleg w norce u kolejnego kolegi.

Chodząc pomiędzy domami w wiosce Playa Larga szukając noclegu trochę byłem oszołomiony swoistą Indyjskością miejsca. W sumie brakowało tylko świętych krów, aby ta wioska położona nad plażą o tej samej nazwie, lub odwrotnie, przypomniała hinduskie nadmorskie „katastrofy ekologiczne”. Generalnie była w dość rozległej rozbudowie, także z tarasu naszego pokoju mieliśmy widok przede wszystkim na składowiska materiałów budowlanych. Jak zameldowaliśmy się w naszym pokoiku z tarasem zrzuciliśmy bagaże i poszliśmy szukać plaży Larga, podobno gdzieś tam była. Zmęczeni szukaniem skończyliśmy pod kilkoma palmami z butelką rumu z nadzieją, że jutro pójdzie nam szukanie tej plaży lepiej. Następnego dnia plaży nie znaleźliśmy, ale za to poznaliśmy parkę przesympatycznych Polaków, stewardesę i inżyniera, którzy także szukali gdzieś tutaj plaży i których serdecznie pozdrawiamy.

Postanowiliśmy rozprawić się z tematem taktycznie. Wypożyczyliśmy następnego dnia rowery i pojechaliśmy szukać. Co znaleźliśmy? Dość fajne jaskinie głębokie podobno na 70 metrów, w których popływaliśmy oglądając najpewniej endemiczne gatunki ryb i roślinek zamieszkujące ten dość specyficzny teren. Następnie na wpół ugotowani dojechaliśmy do plaży gdzieś w połowie drogi pomiędzy Giron a Larga o nazwie El Tanke - Łódź. I o dziwo w głębinach morskich nie było kolejnej repliki łodzi, na której Che przypłyną na Kubę robić rewolucję tylko kuter, taki zwykły stalowy. I nawet on był nieciekawy. Najciekawsze na plaży El Tanke były korale. Mnóstwo korali porastających skały w odległości kilkunastu metrów od brzegu. Byliśmy w szoku, że zachowały się one w tak dobrej formie. Spędziliśmy cały dzień dzieląc jedną maskę z rurką na czterech zachwycając się podmorskimi ogrodami a na deser „w krzakach” zjedliśmy rybę zapijaną mochito za całe 5$ od głowy za rybę, mochito stargowaliśmy z 3$ na 1,5$.

Plaża El Tanke tak bardzo na się spodobała, że w kolejny dzień, już sami, zatrzymaliśmy się na niej w drodze z dość dziwnego miejsca, jakim jest Playa Giron. Ale o tym, dlaczego na wielu Kubańskich plażach można „podziwiać” torpedowanie i wyrzutnie taktycznych rakiet balistycznych postanowiłem, że napiszę w Varadero, aby mieć całkowity pogląd na Kubańskie plaże.

Po kilku dniach spędzonych na Playa Larga okazało się, że ludzie są bardzo sympatyczni, ten najpiękniejszy kawałek plaży to ten, na którym w pierwszy dzień wypiliśmy butelkę Havana Club Anejo Especial. Reszta wybrzeża porośnięta jest gęstym lasem namorzynowym, po którym nie omieszkaliśmy pospacerować w poszukiwaniu krokodyla. Stołowaliśmy się przy drodze w budzie gdzie przesympatyczny, zbyt chyba mocno uśmiechnięty chłopak robił nam codziennie tosty z serem i szynką za kilka centów oraz kawę za ułamek tej ceny. U sprzedawcy spod naszego tarasu kupowaliśmy pachnącą papaję i limonki do rumu a on w zamian wyzywał nas od najgorszych pokazując środkowy palec tłumacząc, że skoro nie mamy pieniędzy to mamy wyp.... z jego pięknego kraju. Tak jakoś bardzo niekonwencjonalnie zareagował na próbę utargowania ceny, ale miejscowi wytłumaczyli nam, że to wariat. Oczywiście była to nieprawda, on już po prostu „poczuł krew”, – czyli zapach amerykańskich dolarów.

Przyjechał też cyrk. Na śniadaniu w budzie dowiedzieliśmy się, że dziś będzie fiesta, a gdzie? – wieczorem idźcie w tamtym kierunku, za muzyką – i poszliśmy. W nadziei, że dojdziemy gdzieś na jakąś imprezę ambitnie błądziliśmy po dżungli i chaszczach. Kiedy już mieliśmy zawracać ciemności się rozświetliły, w ogrodzeniu z drutu kolczastego pojawił się niewielki przesmyk za którym stał postawny jegomość sprzedający bilety. Jeśli nie wiemy ile, co kosztuje dajemy najmniejszy, jaki mamy przy sobie banknot, nigdy raczej nie wydają nam reszty, ale też nie żądają więcej. Fiesta okazała się objazdowym cyrkiem, takim prawdziwym, w którym króliki są wyciągane z kapelusza, kobietę przecina się piłą w skrzyni a klowni mają wielkie czerwone nosy. Całość naprawdę była świetnie zorganizowana, bawiliśmy się znakomicie prawie tak samo jak Kubańskie dzieciaki.

Jak na wybrzeże Karaibskie plaże Larga i Giron to jakieś kompletne pomyłki. Nie o to chyba chodzi, aby naszukać się wśród architektonicznych katastrof kilkudziesięciu metrów plaży, takiej sobie. Całe szczęście mieliśmy ciekawe towarzystwo i plaże EL Tanke, na którą chętnie wrócilibyśmy popływać wśród korali.

+++
Zapraszamy również do galerii fotografii z podróży w miarę możliwości uaktualnianej:
+++
https://www.shutterstock.com/pl/g/rafal+cichawa/sets
+++
Zapraszamy na naszą stronę FB - Przygoda Podróżowania
https://www.facebook.com/PrzygodaPodrozowania
+++