Myanmar to piękna kultura, wspaniała architektura, pejzarze z tysiącami pagód, tyleż samo posągów i posążków Buddy - od malutkich podobizn, aż do gigantycznych budowli. Ale Myanmar - to przede wszystkim ludzie, i taki pozostanie w moich wspomnieniach. 
Azja - jak pozytywny w każdym wydaniu narkotyk. Tam chce się wracać - by przeciskać się przez tłumy, jeść co kucharz stworzy, widzieć coś, co tylko tam ujrzeć można, otaczać się zapachami, widokami, przeżyciami ...i nasłuchiwać dźwięki ptactwa, które tylko z ZOO się zna.

"W końcu podjeżdża lokalbus. Z siedzenia obok kierowcy zostaje wygoniony pasażer - ja zajmuję jego miejsce. Trochę to głupie, głupio mi z tym, ale jak się już wcześniej okazywało, i później jeszcze kilka razy okaże - turystę traktuje się bardziej wyjątkowo. No coż... Ruszamy. Jedziemy szybko, ale w miarę bezpiecznie, na tyle, że powoli zasypiam, głowa mi opada z tego upału, duchoty, kurzu, zmęczenia i słońca.

Po jakimś czasie - postój w połowie drogi. Busdriver oznajmia, że muszę się przesiąść do innego lokalbusu. Ten, którym jechałem, jedzie do Sagaing. OK. No problem. Przesiadka. "Nowy" lokalbus jest już w zdecydowanie innym stanie niż poprzedni. Wszystko stare, porwane, zakurzone i niemyte. Nieważne! Wszyscy się najedli, w końcu ruszamy. Jedziemy jednak dziwnie wolno. Rozpędzamy się, silnik wyłączamy i toczymy się tak aż do 10 km/h. Silnik odpalamy i znowu się rozpędzamy. Ta karuzela będzie trwać jeszcze przez następne pół godziny.

Busdriver przez cały czas mi coś opowiada i nie rozumie, że ja żadnego słowa nie rozumiem. A gdy widzi, że ja nic nie pojmuję - to tłumaczy mi po swojemu: głooośniej i woooolniej - że niby tak do mnie dotrze. Ale nie dociera. Angielski? W tym wypadku nie do użycia. Cały czas jakoś toczymy się do przodu. Opowieści, silnik start, silnik stop.

Stacja paliw. Wysiadka. 10-15 minut polewamy silnik zimną wodą. Naturalne chłodziwo do przegrzewającego się silnika. Jak się później okaże, nie będzie to odpowiedź na ten dziwny styl jazdy. Przy okazji tankujemy. Na stacjach paliw zajmują się tym dziewczyny. By było jasne - w żadnych obciachowych firmowych kombinezonach. Kobiety kończą się tutaj na 1.65 cm, obowiązkowo długa barwna do kostek spódnica, piękne ciemne oczy, uroda, smukła sylwetka, delikatne dłonie, thanaka i zadbane czarne długie włosy. I niestety, ten absurdalny w tle dystrybutor. Nawet z tak idiotycznym tłem, kobieta zachowuje się tu i wygląda jak kobieta.

W międzyczasie pojawia się kierowca nr 2 (pierwszy rozwalił sobie wcześniej głowę w trakcie chłodzenia silnika ...włosy we krwi, na T-shircie itd. Szybko się zagoi, więc później będę dalej jechał obok tego zakrwawionego). Busdriver nr 2, widząc turystę, wyciąga od razu swojego touch-phona ...i zaczyna pokazywać jakieś pornole i śmieszne (?) filmiki zgrane w telefonie. Dorosły facet, z radością małego dziecka, który odnalazł swą radość. W końcu ruszamy... Seans filmowy jednak się nie kończy. Busdriver jadąc, cały czas pokazuje mi swoją filmotekę, zupełnie olewając to, że prowadzi auto. Więc co jakiś czas, odbijamy od środka drogi na pobocze. Po jakimś czasie wymiękam już. Z jednej strony atakują mnie azjatyckie stękania i pojękiwania, z drugiej - niczym piloci kamikadze widzę, że celujemy naszym busem w innych jadących. Busdriver w końcu odpuszcza. Jedziemy, rozpędzamy się i toczymy... Taktyka ta sama co wcześniej.   

Na horyzoncie jakiś tumult ludzi na drodze. Wypadek. Autokar, zbita szyba, za nim lokalbus przewrócony na bok, ktoś w pośpiechu zbiera rozsypane po drodze pomarańcze. Obok przewróconego busa, kilka osób i dwa leżące ciała (?). Policji brak, pogotowia brak. Naszego zatrzymania też brak. Jedziemy dalej. W trakcie dalszej jazdy - żadnej miniętej karetki, żadnej policji. Jeśli zginął człowiek - to chyba trudno, inni przeżyli. Smutna konkluzja. Ciała może zostaną zapakowane na busa, wzięte do następnej wioski, tam gdzieś podrzucone z krótkim info i tyle. Nie ma winnych, nie ma sprawy.

Jedziemy dalej. Ściemnia się. Jedziemy bez świateł. Półmrok. Światła pozycyjne. Ciemność nocy - światła długie, wszystkim po oczach. A co? ...lepiej w końcu widać. Szyby uwalone, więc mam wrażenie, jakby w nocy jeszcze dodatkowo jakaś gęsta mgła była. Nie wszyscy jednak włączają światła. Niektórzy bez świateł - bo nie mają, bo nie działają, a po co?. A do tego piesi na ulicy. Chodniki jak są, to albo rosną na nich drzewa, albo kwitnie handel. Po 4 godzinach jazdy: w końcu Mandalay! Reasumując: 130 km = 4 godziny jazdy. Dzień w Myanmar jak co dzień - niepowtarzalny."(...)

Choć to mały zaledwie ułamek - to jednak! - po raz kolejny udowadniam sobie, że by poznać, choć kawałek świata, nie wystarczą przeczytane x-razy artykuły, reportaże, obejrzane youtub´owe dokumenty. To trzeba zobaczyć na własne oczy, zatoczyć wielkim łukiem 22 tysiące kilometrów, by ponownie poczuć duchotę Azji, wcisnąć się w tłumy uliczne, wpaść w lokalny nurt życia i wrócić z T-shirtową opalenizną. Być co trochę zaczepianym szczerym uśmiechem, nagabywanym super ofertami i chęcią podwiezienia czymkolwiek - gdziekolwiek.

Taka jest Azja i takie jest Myanmar! Barwne jak pełna paleta barw. Od super luksusowego busu, po wagony z drewnianymi ławami, lokalbusiki wypchane ludźmi, warzywami, zwierzętami od środka aż ponad dach. To także bardzo często domy - 4 ściany, 4 okna bez szyb, światło słońca, wychodek na zewnątrz.

Wśród zmieszanych ulicznych zapachów starego przypalonego patelnianego oleju, z równie przypalonymi spalinami aut - oczywiście jedzenie! Podane na talerzu, na klejącym się stole, z babciną ceratą... Nieapetyczne? Spróbuj, a cale europejskie "bio" badziewie wyląduje w kuble. Na stołach oczywiście brak soli, pieprzu itd. To byłaby niezła obraza dla kucharza, gdyby ktoś po swojemu jeszcze przyprawiał. Tu nie trzeba żadnych dodatków. Kto był - to wie.

Półżywe kurczaki pozamykane w klatkach, stoły uginające się pod warzywami, owocami, rybami, mięsem ...oczywiście w ukropie słońca. To uroki targów ulicznych. Pani sprzedaje ryby, a obok naprawa mopedów, ktoś łapami przebiera mięso, fryzjerzy krzątający się wokół swojego klienta - na włosach wcześniejszych klientów. I pytania: "where are you came from?" Nie sposób w tej barwności nie zanurzyć się w rozmowę.

Urokliwi Myanmarczy, umalowani jedynym w swoim rodzaju kosmetykiem thanaką - birmańskim sposobem na słońce. Tradycja trwająca już 2 tysiące lat! Kosmetyk (z utartego na proszek drzewa wymieszanego z wodą) pełniący przede wszystkim funkcje kremu z filtrem, ochraniającym przed promieniami słonecznymi. Dla wielu to zwykły kosmetyk, dla większości to jednak niepowtarzalny makijaż, dodający uroku do i tak już pięknego narodu.

Podróże czymkolwiek - gdziekolwiek, to jak podróże filozoficzno-sentymentalne. Pytania: jak długo można się przemieszczać paręnaście kilometrów z punktu A do Z. 4 godziny? czy może 12? albo 17 godzin? Jak długo bym się nie bujał na nierównych torach, czy dziurawych drogach, czas w podróży i tak zbyt szybko płynie ...przecież co trochę z kimś rozmawiasz!

Zdziwienia chyba nigdy nie ogarnę, widząc po raz kolejny azjatycki paradoks - pracy niby nie ma, ale wszyscy pracują. Każdy ma coś do zrobienia. Od małego, po dużego, kobiety i mężczyźni. Może nie przynosi to żadnych wielkich zysków, ale każdy ma jakieś zajęcie. Pan od wypisania biletu (oczywiście ręcznie!), pan od sprawdzenia, jeszcze inny ponownie sprawdzi i upewni się, że sprawdzono, inny przyklei coś, jeszcze inny wyda resztę, zaprowadzi, wskaże itd. itd.

Moment, kiedy instynkt przetrwania uruchamia się z dusznego letargu, bądź pojawia się adrenalina rosyjskiej ruletki (nie wiem co bardziej i szybciej) - to miłość do przechodzenia na drugą stronę ulicy. To już parę lat temu pokochałem. Wszystko można sprowadzić do piramidy (prze)życia. Im większy metalowy pancerz/argument - tym masz większe atrybuty i siłę przetrwania. Wpierw bus, tir, za nimi auto, motortaxi, rower i na końcu ciało ludzkie. Jak znajdzie przesmyk między nimi - przechodzi do następnego etapu gry. Ogólnie rzecz biorąc: przechodząc przez ulicę, miej oczy dookoła głowy. Paradoksalnie, w Europie łatwiej jest stracić życie na drodze. Oczywiście przy zielonym świetle.

Myanmar - zdecydowanie dla tych, którzy cenią więcej niż tylko romantyczne plaże, bezcelowe spacerowanie po nadmorskiej promenadzie lub kolacje przy świeczkach. O tej porze roku rządzi tu zdecydowanie kurz we włosach, kurz w nosie, na języku, klejący się T-shirt i upieprzone buty.

Sebastian Placzek