cz.III - Ciężko, smacznie i pięknie
Jak długo można jeść na obiad spaghetti bez owoców morza, kiełbaski lub zupę z proszku, kiedy dookoła pływa tyle smacznych kęsków... Po kilku dniach opuszczamy więc Park Narodowy Low Islets i płyniemy na położoną 25 km na WNW Wyspę Snapper. Jest to skalista wyspa znajdująca się blisko brzegu i 2 NM od ujścia rzeki Daintree, gdzie kręcono film Krokodyl Dundee. Nie ma interesującej rafy ani bajecznych plaż, ale co ciekawe to właśnie na tej wyspie Królowa brytyjska zjadła lunch podczas swojej wizyty w 1970 roku. Do dziś przy plaży stoi drewniany stół i ławy zapraszając do relaksu w tym miejscu. My jednak nie korzystamy. Ucztę mamy na , bo Mariuszowi udało się na wędkę złapać kilka rybek. Nasyceni, następnego poranka żeglujemy do Port Douglas.



To bardzo urokliwe małe miasteczko na wskroś przesiąknięte turystyką. W małej marinie od samego rana na keje przybywają nowe grupy turystów, wypływające na zewnętrzną rafę oraz na Low Islets. Są też wycieczki w mangrowce na poszukiwania krokodyli oraz w pobliską Daintree River. Po drugiej stronie miasta znajduje się długa i malownicza plaża o nazwie 4 Miles Beach, a także pola golfowe otoczone ekskluzywnymi hotelami. W miasteczku poza jednym supermarketem sama gastronomia i sklepiki z pamiątkami oraz turystycznymi gadżetami.
Przez 3 dni Mariusz maluje drzewo wewnątrz Talavery, a ja w tym czasie zapewniam dzieciom atrakcje poza jachtem. Trzeciego dnia spacerowania po uliczkach tego miasteczka, poznajemy się już z częścią mieszkańców, a kierowca autobusu nauczył się nawet składać i rozkładać nasz wózek :). Autobusem jeździmy bowiem do tutejszego zoo. Trzeba bowiem poza morską przyrodą pokazać dzieciom kangury i misie koala. Zoo jest niewielkie, podzielone na trzy części: ptaki, las i kangury. Misie jak zwykle upojone narkotycznymi liśćmi eukaliptusa, których zjadają 1 kg dziennie, śpią smacznie na gałęziach. Kangury są bardziej towarzyskie, dają się karmić i pogłaskać.
Krokodyle wylegują się w południowym słońcu, jest też pyton i wielkie jaszczurki. Dla Stasi to ogromne przeżycie, a najbardziej fascynują ją ptaki, których jest mnóstwo. Piszczy z radości i zaskoczenia, kiedy zielona papuga ląduje na stoliku, przy którym jemy lunch i wkłada dziubek do naszego kubka z lodami!




W bezwietrzny dzień płyniemy 34km do położonego przy zewnętrznej rafie Batt Reef. Jest to już tylko rafa i nie ma żadnej wyspy. Ma się więc wrażenie, że stoimy na środku morza i gdyby nie wysokie na 2.000m góry przy Port Douglas, to trudno by było dostrzec ląd. Wiatru prawie nie ma tylko lekkie porywy popołudniowej bryzy z NE. Pogoda w ostatnich dniach jest bardzo niestabilna i mamy duży kłopot z wybraniem miejsca na rzucenie kotwicy. Prognozy mówią o wietrze z kierunków zmiennych o sile  5-10kt, czyli prawie nic. Najlepiej było by stanąć na noc w okręgu lub takim zamkniętym atolu, tylko tu takich nie ma, a przestawiać się w nocy nie mamy zamiaru. Podejmujemy decyzję o kotwiczeniu na zachodniej stronie rafy która daje nam ochronę od prawie wszystkich kierunków, poza tendencjami zachodnimi czyli SW; W; czy NW. Tę możliwość zostawiamy otwartą, a nawet gdyby się skręcił wiatr na te kierunki, to przy sile do 10kt to i tak by nic się nie stało. Wszędzie dookoła widać wielkie głowy korali i dopiero po godzinie znajdujemy, jak nam się wydaje, dogodne miejsce do kotwiczenia. Mając na uwadze te częste katastrofy zdarzające się na rafie przy takiej pogodzie, od razu po zakotwiczeniu zakładam sprzęt do nurkowania i idę obejrzeć pod wodą miejsce w którym stoimy. Prawie zawsze przy rafach jest tak, że nie widać korali, które są głębiej, a jak się przypływa na wysokiej wodzie, której później ucieknie ze 3m, to o wypadek nie trudno. Oczywiście zwykłe uderzenie Ubrany, jak komandos Stanek, w czarny kombinezon z kapturem zasłaniającym całą twarz, który znalazłem na Low, z nożem przy nodze, naładowanym harpunem w ręku i z 2 litrową butelką ze sprężonym powietrzem wskakuję do wody. Do pasa mam przywiązaną motorówkę, którą z powodu braku obstawy, zmuszony jestem cały czas holować i razem z nią nurkować.
Kiedy pod wodą rozejrzałem się dookoła to aż trudno było uwierzyć, a ze zdumienia aż przepłukałem  maskę. Widoczność pod wodą jest prawie taka sama jak nad nią, dobre 50 metrów i pełno rekinów. Nie są to jednak ludojady, ani rekiny tygrysie, tylko te rafowe. Nie atakują one ludzi, ale gdyby je sprowokować, to potrafią zrobić krzywdę. Parę lat temu zabawiałem się z nimi w ten sposób, że upolowanej rybie obcinałem nożem tylną płetwę i tak okaleczoną wypuszczałem na wolność. Z reguły po2-3 minutach pojawiały się rekiny zwabione jej nienaturalnymi ruchami. Jeżeli miała na tyle szczęścia i umknęła przed nimi do jaskini w koralach, to można było zaobserwować wściekłość, zaciętość i agresywność tych zwierząt. Wyszczerzone zęby, powyginane całe ciało, opuszczone płetwy piersiowe i oczy wypatrujące tylko cel ataku wskazują na to, że żarty się już skończyły...
Tym razem spokojnie opływam miejsce kotwiczenia i zadowolony z wyboru odpływam na polowanie, które bardzo szybko zaspokaja nasze potrzeby. Raz tylko podpływa do mnie taki 2metrowy shark i wyraźnie widać, że ma ochotę na troć, którą przed chwilą upolowałem. Nie namyślając się dźgam go mocno grotem strzały od harpuna, a on z niesmakiem uciekła na jakieś 20m ode mnie i pływa wokół mnie już do końca polowania.

Rekiny to takie bezpańskie, duże psy wałęsające się po polach i pożerające wszystkie słabsze i chore istoty, a te rafowe to takie pitbule, kręcą się pod nogami z gotowymi do ukąszenia wyszczerzonymi kłami, szczególnie okazale prezentowanymi kiedy ktoś kradnie jabłka z ich ogrodu. Jednym ze sposobów radzenia sobie z nimi jest wyprzedzający atak. Trzeba im pokazać, że się ich nie boimy i w razie czego jesteśmy gotowi stanąć do walki i pokazać im może i blefując ale kto tu rządzi. Pod wodą jesteśmy tak samo wielcy jak rekiny, a one wcale nie mają na nas ochoty skoro wokół pływają miliony smakowitych rybek, kalmarów i krabów. Dlatego za próbę kontaktu z nami trzeba im dać szybką i bolesną nauczkę  od przynajmniej myślącego człowieka. Uderzenie czy dźgnięcie harpunem musi być na tyle silne aby rekin się wystraszył ale też na tyle słabe aby nie wbić mu grota w ciało, bo wtedy straciło by się harpun. Bez niego to tak jak by być na hali rybnej w Gdyni i oblizywać cieknącą ślinę na samą myśl o posiłku , ale nie móc nic kupić np. z powodu braku pieniędzy. Pewnego razu, tuż po celnym strzale do tuńczyka, przepływający opodal rekin tygrysi rzucił się natychmiast i połknął tę rybę, która była przecież jeszcze przytroczona linką łączącą ją z harpunem. Oczywiście nie miałem zamiaru wypuścić z ręki mojej karty płatniczej na halę rybną i wiosłując co sił  wielkimi, 3x dłuższymi od normalnych, płetwami, starałem się zatrzymać tego lumpa. Po kilkudziesięciu sekundach tej nietypowej jazdy wynurzyłem się tylko ,aby zaczerpnąć powietrza i krzyknąć Monice, że "rekin ukradł mi harpun i że nie mam zamiaru mu tego darować!"  Nie wierząc, że kiedykolwiek go zobaczę zanurzyłem się ponownie i...na głębokości około 4-5 pięter zobaczyłem go jak stał z rybą w pysku tak jak by czekał na mnie. Nie mógł dalej uciec bo linka o długości 4m z harpunem na końcu utknęła między koralami, a on tylko szarpał łbem licząc na to że się uwolni.
Idąc na polowanie nigdy nie zapominam, aby przytroczyć do lewej, wewnętrznej części łydki 30cm nóż ,który w sytuacji ratowania życia byłby ostatnią deską ratunku. Walka z rekinami, spotkanie z krokodylem, sieci czy uwięzienie ręki pod koralem lub we wraku, to tylko parę przykładów użycia tego narzędzia. Tym razem został jednym ruchem uwolniony i z całą siłą wbity w ogon Tiger Sharka, a on nie wiem czy z bólu czy z zaskoczenia otworzył pysk i ja po chwili triumfalnie wynurzyłem się z harpunem w ręku.
One są tu zawsze, patrolując jak pies ogrodnika swoje rafy, podpływają pojedynczo lub w grupach  za każdym razem powodują wytrysk adrenaliny.
Czasami kopię je płetwami jak ich jest za dużo...

Kolacja jak w wykwintnej fish restaurant, całkowity brak wiatru i dobry sen ... ale tylko do północy.
Wtedy właśnie wiatr skręca na ten najmniej korzystny dla nas czyli SW i przybiera na sile do 20kt. Około 0200 rano nie ma mowy już o spaniu, co chwilę zanurzający się dziób i przelatująca górą fala, czy przypominający dźwięki piekielne hałas łańcucha kotwicznego trącego po koralach, uświadamia nam że stoimy jakieś 20-40m rufą do korali wychodzących przy odpływie nad powierzchnię wody. O 0400 rano służby zmieniają prognozę pogody na tą, którą przeżywamy live od 4 godzin i już wiemy, że zaraz o świcie musimy szybko i bardzo sprawnie podnieść kotwicę i uciec jak najdalej od tego miejsca. Ach...gdybym miał na Talaverze sonar patrzący do przodu, to nie musiał bym czekać do rana.
Dobrze, że chociaż Monika usypia co chwilę budzące się dzieci, ale oczy wyobraźni lub jak to często określam- wizualizacja trudnych sytuacji- nie daje spokoju, a pytanie, jak zorganizować opuszczenie jachtu i zejście do gumowej tratwy, która i tak pewnie po chwili została by rozpruta o korale jak ziemniaki obierane w przemysłowej obieraczce? Co  z Jackiem, który nie ma przecież kamizelki? Stasię wezmę ze sobą, a Monika? Kiedyś pomagałem wydobywać zatopioną motorówkę, w której w środku znalazłem przemoczonego pluszowego misia.
Oczy wyobraźni podczas długich godzin oczekiwania na świt podpowiadają różne możliwe scenariusze. Trzeba mieć do tego stalowe nerwy i nie lubię się tym zajmować  ale uważam, że trzeba to robić bo to tak jak by to już się przeżyło, to taki rodzaj wizualizacji dzięki której można sobie wyobrazić sytuację, przygotować odpowiedni sprzęt i opracować procedury. Kiedyś mój przyjaciel powiedział : idź na Titanica-to instruktażowy materiał jak się zachować na tonącej jednostce. Najważniejsze to nie dać się zaskoczyć!
Mnie i tak na samą myśl co chwilę szklą się oczy...



No i w końcu wstaje słońce, Monika wychodzi z koji niezbyt wypoczęta, silnik Talavery
już pracuje ładując tak niezbędne w tej sytuacji akumulatory. Krótka, ale szczegółowa odprawa i już idę na dziób. Tym razem obie ręce mocno trzymają się jachtu, bo dziób raz nurkuje pod wodą podcinając mi stopy, raz wylatuję do góry, co też daje mi krótką szansę popracowania windą kotwiczną. Monika za sterem i silnikiem pracuje starając się napływać na łańcuch tak, abym mógł windą go podnosić. Z rzuconych 50m mamy już pod pokładem ponad połowę kiedy z windy łańcuch zostaje wyrwany i ponownie szybko luzuje się do wody. Nie ma szansy, aby go zatrzymać, bowiem jakie jakiekolwiek próby dokonania tego ręką grożą jej utratą, a conajmniej zmiażdżeniem palców. Łańcucha mamy w kluzie 120m, a więc jeżeli wydamy go całego, to     Przez sen słyszę szum wody opływającej kadłub, równą pracę silnika i rozkoszne bujanie pędzącej po fali Talavery. Budzi mnie śmiech zadowolonej Stasi bawiącej się z Jackiem w kokpicie, a z nocnego koszmaru pozostał tylko jeszcze piasek w oczach i wielka satysfakcja z wyjścia z trudnej i zaskakującej sytuacji, bo przecież co by było gdybyśmy rzucili kotwicę bliżej korali lub jej nie podnieśli ...



Po siedmiu godzinach żeglugi dopływamy do bardzo wąskiego przejścia między koralami. Jest to jedno z wejść do atolu utworzonego z Arlington, Upolu, Michaelmas, Oyster i Vlasoff Reef. Wchodzimy od zachodu w czasie odpływu, a więc prąd pracuje dla nas i korale są w miarę widoczne. Przejście tego przesmyku, o szerokości pomiędzy bojami nie przekraczającej 20m, zawsze jest ekscytujące, ale tym razem po przeżyciach ostatniej nocy jakoś do nas to nie dociera, a my sami pragniemy tylko spokoju. Mamy też nadzieję, że wyjaśnimy tajemnicę niknącej wyspy. Liczymy też na kalmary których chcemy najeść się do syta.
Vlasoff Reef i Cay do którego zmierzamy to maleńka wysepka usypana przez ocean z piasku tak delikatnego, że można wręcz powiedzieć z pudru.
                                                                                                                                                                                                                                                      



Przy wysokiej wodzie ma najwyżej kilka metrów kwadratowych zaś na odpływie do kilkuset ale rafa, która otacza tę wysepkę jest imponująca. Dokoła widać i słychać żółwie wynurzające się, aby zaczerpnąć powietrza, 3metrowy



Najważniejsze są jednak kalmary, które wieczorem podpływają tak blisko do oświetlonej burty kiedyś , że dają się bez problemu łapać dzidką. Dzidka to swojego rodzaju dzida o długości 2,5m, zakończona 5-cio zębowym grotem, którą poluję właśnie na kalmary. Nie zawsze podpływają tak blisko burty i wtedy łapię je na lurę zwaną squid jigiem. Wyrzucasz jiga w czeluść nocy i po chwili czujesz potężne szarpanie na wędce. Holując to coś do oświetlonej burty widać, jak kalmar wyrzuca z siebie czarny jak dupa murzyna atrament, co do złudzenia przypomina rozrywające się w powietrzu pociski artylerii przeciwlotniczej. Po krótkiej walce trzymasz go już nad wiaderkiem i teraz tylko trzeba go zdjąć z haczyka...
Po takiej nocy Talaverę
jakby ktoś pomalował na czarno, a ręce jeszcze przez tydzień będą mówiły o rodzaju polowania. Najbardziej brudzą się podczas ich czyszczenia chociaż ta praca jest chyba najprzyjemniejsza  z czyszczenia całego sea foodu i jedyna którą można wykonać gołymi rękoma nie używając żadnego noża i bez ryzyka pokaleczenia się. Oczywiście trzeba najpierw usunąć papuzi dziób, który posiada każdy kalmar używając go do rozłupywania muszli i innych twardych części jego pożywienia. My łapiemy te mniejsze sztuki takie do 30cm, ale te wody zamieszkuje też kalmar gigant mierzący do 18 metrów długości z dziobem papuzim mogącym łatwo rozłupać ludzką głowę. Ślady ich uzbrojonych przyssawek wielkości koła od samochodu można znaleźć na wielorybach. Oplecione mackami i wciągane pod wodę statki przedstawiane na starych rycinach uważane były początkowo za wybujałe fantazje żeglarzy...dzisiaj już się tak nie uważa.
Czasami do tych większych, oczywiście nie do tych gigantów, strzelam z harpuna, o czym z przerażeniem przekonał się kiedyś Jarek jak mu wrzuciłem do pontonu tryskającego czarną farbą prawie metrowego kalmara i próbującego mackami, zaopatrzonymi w uzbrojone w haczyki przyssawki wielkości 10-cio groszówki, przyczepić się do jego nóg.Potem został oczywiście pożarty przez najbardziej bezlitosnego myśliwego, jakim jest człowiek.
Co noc łapiemy pół wiaderka tych pyszności i obżeramy się nimi piekąc je od razu  na czekającym, rozgrzanym grillu lub kiedy już nie możemy więcej, to na śniadanie razem z jajecznicą. Nie wiemy tylko jak tą ostatnią potrawę nazywać: kalmary ze smażonymi jajkami czy jajecznica na kalmarach? Wydaje mi się się, że ze względu na ilość kalmarów pierwsza wersja dokładniej opisuje tą wyjątkową potrawę.




Pewnej nocy podczas nocnych harców z głowonogami tak się rozpaliłem sukcesami, że musiałem się uspokajać powtarzając sobie: wolniej, spokojniej. Na nic się te zabiegi zdały, bowiem najpierw utopiłem Dzidkę, która służyła mi już od 10lat, a po tym jak do wody wpadł harpun wyskoczyłem w środku nocy za burtę. Niestety bez światła, maski i płetw nic nie mogłem znaleźć. Obudziłem Monikę i prosząc o asekurację, tym razem już odpowiednio wyposażony  wskoczyłem jeszcze raz. Na głębokości 8metrów najpierw znalazłem spear guna, jak kangury nazywają harpun i chcąc, czy może musząc, się wynurzyć zauważyłem kątem oka leżącą 2 metry głębiej Dzidkę. Jest zawsze ryzyko, iż gdybym się wynurzył i ponownie zanurkował, to szczególnie w nocy mógł bym jej nie znaleźć, a przynajmniej nie za szybko. Dlatego też z wytrzeszczonymi już oczyma, bólem w uszach i obawą przed zaśnięciem pod wodą, kontynuuję to zanurzenie. Dopływając do Dzidki ukazało mi się w świetle latarki ze sto kalmarów w typowym ich szyku. Widok był tak nie realny, że po złapaniu dzidy w rękę, będąc już lekko śnięty, próbowałem jeszcze jednego upolować . Niestety nie udało się i po wyjściu na powierzchnię zaczerpnięcie powietrza przeze mnie było głośniejsze od żółwiego i słyszalne chyba na wszystkich rafach. Lekko oszołomiony, ale nader szczęśliwy wyszedłem z wody i po wypiciu 1/2litrowego kufla czerwonego wina zasnąłem jak niemowlę.



Vlasoff Cay jest bardzo malutką wysepką, ale niezwykle pojemną, o czym przekonujemy się w weekend. W sobotę rano ląduje przy niej samolot na wodnych płozach z parą turystów. Wstawiony w piasek parasol, schłodzony szampan w kieliszkach oraz kąpiel w morzu. W ulotce pewnie było też napisane: niezapomniane pół dnia na bezludnej malowniczej koralowej wysepce.... Brzmi bajecznie, szczególnie że po pół godziny na drugim krańcu plaży długości 100m ląduje .... helikopter z drugą parą turystów. Też jest parasol i szampan, może tylko szybciej ulatują złudzenia o czasie we dwoje. Wszystko to za jedyne 600AUD. W międzyczasie przypływamy i my się wykąpać, są też 3 inne motorówki. Ale w niedzielę, pewnie za sprawą pięknej pogody ruch na tym niewielkim kawałku piasku, robi się jak na Marszałkowskiej. Po południu doliczam się 15 motorówek tylko z jednej strony wyspy! Są też 2 katamarany, nie licząc innych jednostek na pozostałych wyspach i rafach wewnątrz Arlingtona. My nawet nie myślimy o popłynięciu na wyspę w takich warunkach. Pierwszy raz Stasia kąpię się z Mariuszem na głębokiej wodzie wokół Talavery. Nie boi się, mimo że muszę ją lekko zrzucić z rufy w ramiona taty. Uśmiechnięta unosi się w rękawkach na wodzie i śmieje się, kiedy Mariusz pod nią nurkuje. Z upolowanych ryb robimy pyszną zupę rybną a'la Talavera, którą wszyscy co z nami pływali dobrze znają:)



A w eterze ... gorąco. Weekendowi wędkarze ciągle informują się przez radio o połowach. O północy budzi mnie pytanie jakiegoś nieźle podchmielonego Australijczyka: Hi guys! Pochwalcie się co złapaliście? I całą noc słychać bujne opowieści o krwawych walkach, ogromnych ilościach i gigantycznych wymiarach.  A niedziela to wysłuchiwanie nadawanego na kanale 16 komunikatu SECURITE dotyczącego ... krokodyla! W pobliżu Turtle Bay, gdzie spędziliśmy kilka dni 3 tygodnie wcześniej, zauważono ponad 3 metrowego krokodyla. Służby proszą o obserwację, szczególną ostrożność przy kąpielach oraz raporty z tego miejsca. 
Ciągle jednak dręczyło nas pytanie: to co z tą wyspą? Żeglując na Vlasoff Cay, przepływaliśmy obok Upulu, kotwiczymy teraz w jej pobliżu, a jej ... nadal nie ma. Wypytujemy pilotów z sobotnich samolotów. Widzieli jak się rozmywała, rozmywała, aż jednego dnia ... zupełnie zniknęła pod powierzchnią. Ponoć formuje się na nowo ...  

cdn...