Rewolucjonistka
W takich miejscowościach jak Rączna, żeby cokolwiek mogło się zmienić, trzeba przede wszystkim czasu. Ludzie muszą zobaczyć, że jakakolwiek praca i próba zmiany dotychczasowej sytuacji ma sens, czyli odzwierciedlenie w złotówkach. W Serfencie już dawno zrozumieliśmy, że żadne publikacje, projekty i rozmowy nic nie dadzą, a dziedzictwo kulturowe, które podziwiamy z daleka, dla samych zainteresowanych jest najczęściej ciężką pracą, niczym więcej. Smutne jest to, że wspomnianego czasu nie ma, co widać chociażby na przykładzie rączniańskich plantacji, o które się nie dba, a więc zarastają i po kilku latach będą nie do użytku. Skończy się dostęp do materiału, skończy się lokalne plecionkarstwo. Banalne? Niestety realne. Ludzie są przyzwyczajeni do ustalonych z dawna porządków: materiał się kupuje u handlarza, wyplata się określone wzory ściśle na sprzedaż, kosze kosztują tyle i tyle, kupiec jest tylko jeden, cen się nie negocjuje, nie szuka innego miejsca zbytu czy kanałów dystrybucji.
Znowu Rączna, tym razem czerwiec. Jadąc przez wieś widzę parujące kotły z gotującą się wikliną, maszyny do korowania ryczą, wokół gospodarstw krzątają się ludzie. Kolejna wizyta i kolejne realia. Kobieta w wieku ok 50 lat przekonuje mnie, że woli korować ręcznie – bo kolor jest ładniejszy i pokazuje mi jak to robi wyciągając starą, wydawałoby się archaiczną korowarkę podczas gdy jej syn demonstruje korowanie białej wikliny przy użyciu maszyny. Oczywiście odwiedzam Panią Zosię, która wzruszona, że znowu się spotykamy, wita mnie przeciągłym spojrzeniem, a żegna łzami w oczach. Jednak dziś wspólnie nie grodzimy, idziemy natomiast do sąsiadów, żeby popatrzeć jak pracują. Okazja jest nie lada, są ze mną wyjątkowi goście. 4 Norweżki, współpracowniczki Serfenty bardzo chcą zobaczyć plecionkarzy przy pracy. Spotykamy rodzinę przy wyplataniu małych koszyczków, oglądamy moczarkowaną wierzbę i maszyny do jej obróbki. Trudno nam jednak dokonać transakcji, gdy dochodzi do kupna. Proponowana cena nie jest do przyjęcia, bo jest za wysoka. Musimy się wycofać z negocjacji, w czym pomaga bystra Pani Zosia rozdając dla każdego po koszyczku.
Przypominają mi się rozmowy o cenie wyrobów z naszym lokalnym plecionkarzem z Beskidu Śląskiego. – „To proszę powiedzieć ile to kosztuje?” - „Ale ja nie wiem, to nie jest na sprzedaż… Wie Pani, tu jest tyle pracy, że nie umiem podać ceny…”. I w ten sposób nic nie kupujemy, a plecionkarz zostaje z koszami, za to bez zarobku. Ale, czy o to chodzi? Obie sytuacje ekstremalnie trudne... Czasem czuję się jakbym uprawiała żonglerkę balansując na granicy. W tej konkretnej sytuacji z pomocą przychodzi nasza Pani Zosia, dobra znajoma rodziny. A następnie zabiera nas w zupełnie nowe miejsce – do domu handlarza, gdzie z wielką przyjemnością szperamy w garażu pełnym wiklinowych cudów, gdzie zostajemy również na przepyszne domowe pierogi gospodyni, pani Basi. Moje przyjaciółki z Norwegii bardzo cenią możliwość obcowania z prawdziwym człowiekiem i namacalnym życiem, są zachwycone całą sytuacją.
Tym, że siedzimy tu razem, my – koordynatorki międzynarodowego projektu poświęconego plecionkarstwu Viva Basket!, cała rodzina plecionkarzy-handlarzy i bohaterka dnia – Pani Zosia. Tak wiele zaczęło się właśnie od niej i czasem się zastanawiam, co ona sobie o tym wszystkim myśli. Na ile rozumie te działania, spotkania, pytania i ludzi, którzy wciąż nowi odwiedzają ją w jej małym domu, pokoju, kuchni i warsztacie zarazem. Jednego jestem pewna, że ona po prostu potrzebuje tych spotkań, bo dają jej namiastkę świata, który istnieje poza Rączną. I tak jak wtedy, gdy przyjechałam po nią, gdy otwieraliśmy wernisaż wystawy „Niech się plecie!” w pobliskim Wygiełzowie, teraz zaczęła marzyć o Norwegii… Ale przede wszystkim ona po prostu dla nas jest, w jej słowach często powraca tęsknota i prośba. Nie wiem ile razy słyszałam pytanie czy zostanę na noc i kiedy znowu przyjadę, napiszę… To ona otwiera dla nas możliwości, mówi gdy inni nie rozumieją i śmieje się z własnych żartów. To wreszcie ona jest lokalną rewolucjonistką, choć nie zdaje sobie z tego sprawy. Razem wyważamy zamknięte do tej pory drzwi i pokazujemy światu Rączną – póki jeszcze trwa.

Paulina Adamska-Malesza
Zdjęcie: Drude Isene

Więcej zdjęć z Rącznej w galerii:
The revolutionary
In such places as Rączna if anything could change, at first you could have a time. People need to see that trying to change the current situation has sense, which reflects in the money. In Serfenta we have understood that no publications, projects and interviews won’t give anything and cultural heritage, which we admire from afar, for those interested is mostly hard work, nothing more. The sad thing is that there's no time mentioned, as can be seen even on the example of Rączna’s plantations, for which nobody takes care, so they are overgrown and in a few years will be unusable. There won’t be no access to the material and the local basketmaking will be finished. Trivial? Unfortunately real. People are used to set the long-orders: stuff you can buy at the dealer, you can weave just specific patterns closely for sale, baskets cost as much and so, there is only one buyer, nobody will negotiate the prices and nobody looks for another place for selling and distribution channels.
Rączna again, june this time. When I'm driving through the village see the steaming cauldrons of boiling wicker, hear the peeling machines roar and around the farm people bustling about. Another visit and another reality. A woman aged about 50-ty convinces that she prefers to peel willow by hand - because the color is prettier and shows me how to do it pulling the old, seemingly archaic stripper while her son demonstrates barking wicker with a machine. Of course I'm visiting Mrs. Zosia, who’s touched that we meet again, greets me with a long look and says goodbye with tears in her eyes. However, today we won’t fencing together, but we're going to the neighbors to watch how they work. It's a great opportunity, I brought special guests. 4 Norwegians, co-workers of Serfenta really want to see basketmaker at work. We’re meeting the family at weaving small baskets, watching pondweeding willow and equipment for its processing. We find it is hard to make a deal when it comes to buy. The proposed price is not acceptable, because it is too high. We need to withdraw from the negotiations, in which helps smart Zosia giving everyone small basket.
I remember the conversations about the price with our local basketmaker from Silesia Beskid. - "Please tell me how much does it cost?" - "I don't know, it's not for sale ... you know, there's so much work that I can’t give a price ...". So we don’t buy anything and basketmaker stays with baskets, but no earnings. But is that it? Both situations are extremely difficult and sometimes I feel like I'm juggling - balancing on the border. In this particular case with the help comes Mr. Zosia, a good friend of the family. And later she takes us to a whole new place - home of the dealer of baskets where we all are happy to rummage in the garage full of wicker wonders where a wife – Basia invites us for homemade dumplings. My friends from Norway really appreciate the opportunity of enjoying a real and tangible human life, they are delighted with the whole situation.
So we’re sitting here together, we - the coordinators of the international basketry project Viva Basket!, the whole family and the hero of the day - Miss Zosia. So much has just started thanks to her, so sometimes I wonder what she is thinking about all this. How she understands these activities, meetings, questions and the people who are still new visiting her in the little room, kitchen and workshop. One I'm sure she needs these meetings, which give her a substitute for a world that exists outside Rączna. And just like when I came upon her as we were opening our exhibition "Let's it weave!" in a nearby Wygiełzów, now she began to dream about Norway ... But above all, she is just for us, in her words there is longing and often request. I don’t know how many times I have heard the question – let’s stay for the night, and when I come again? If I will write to her?... She opens for us the possibilities, explaining our idea to the others and laugh at her own jokes. At last, she is the local revolutionary, but are not aware of it. Together we’re forcing closed doors and showing Rączna to the rest of the world – while it still lasts.
Paulina Adamska-Malesza
The picture: Drude Isene

More pics in the gallery:
http://www.national-geographic.pl/foto/fotografia/fotografia-5359009be4/