Odkryj Polskę

                                            Przyrodą zainspirowani - Jan Wnęk

    Odporyszów - małą wieś położoną na piaszczystych wzniesieniach Powiśla Dąbrowskiego otaczają rozległe łąki starorzecza. Takie ukształtowanie terenu sprzyja powstawaniu prądów wznoszących, z których chętnie korzystają podniebni wędrowcy. Krążąc w kółko, potrafią bez wysiłku wznieść się na dużą wysokość.
    Ten niezwykły widok od najmłodszych lat fascynował Jana Wnęka. Potrafił godzinami siedzieć i patrzyć na bociany wykorzystujące prądy powietrzne. Wnęk latem pracował na roli i zajmował się ciesielstwem. Zimą zaś oddawał się swojej pasji - rzeźbieniu. Kiedy w połowie XIX w. wygrał konkurs zorganizowany przez księdza proboszcza Stanisława Morgensterna na wykonanie rzeźb do zespołu obiektów sakralnych otaczających odporyszowskie sanktuarium, stabilna sytuacja finansowa pozwoliła mu powrócić do  młodzieńczych marzeń. Na wzór ptasich skrzydeł z wiązowych listewek oraz cienkiego płótna zaczął budować prototyp lotni. Ciągnięty przez konia sprawdzał, czy da radę nim sterować za pomocą rzemyków. Dopiero po tych próbach poprosił księdza Morgensterna o zgodę na skok z kościelnej dzwonnicy. Proboszcz nie odmówił. W dniu Zesłania Ducha Świętego w 1866 r. Wnęk uniósł się w powietrze. Prądy powietrzne zaniosły go aż na równinę pól zwaną Czarne Niwy, odległą od Odporyszowa o 2 kilometry. Potem były kolejne i kolejne próby. Ostatnia z nich przeprowadzona w czerwcu 1869 r. zakończyła się upadkiem Wnęka w zarośla tarniny. Obrażenia, których doznał były na tyle dotkliwe, że po 2 miesiącach zmarł. Zrazu zaczęły krążyć plotki o sabotażu; szeptem już dodawano, iż stał za tym - Michał Sowiński, jego pomocnik.
    Znakomity konstruktor nie pozostawił po sobie żadnych szkiców. To, co wiemy o jego wyczynach pochodzi z relacji naocznych świadków, z którymi miał okazję rozmawiać w latach 30. XX wieku prof. Tadeusz Seweryn, kustosz i dyrektor krakowskiego Muzeum Etnograficznego.

    Tajemnic związanych z postacią Jana Wnęka jest znacznie więcej. Nie znamy, na przykład, miejsca jego pochówku. Można tylko snuć domysły, czy to czas tak skutecznie zatarł wszelkie ślady po mogile, czy z uwagi na swe znakomite projekty na tyle wyprzedzające epokę, że u jemu współczesnych obserwatorów budzących podejrzenia o kontakty z siłami nieczystymi, po prostu spoczął w miejscu należnym takim ludziom. Badacze zagadek wieków minionych ubolewają nad tym faktem, gdyż wydobycie szczątków i ich zbadanie pod kątem jakichś urazów, złamań pozwoliłoby zdobyć pośredni dowód potwierdzający ustne relacje o tragicznie zakończonym locie Jana Wnęka. Gdyby wieża w kształcie nadanym jej przez Wnęka przetrwała do naszych czasów, szukalibyśmy z pewnością jakichś zaczepów na podeście, z którego startował. Niestety, trafiona pociskiem zapalającym, spłonęła w 1915 r.
    Pod koniec XX wieku wiedzę o osiągnięciach Jana Wnęka próbowało upowszechnić Tarnowskie Stowarzyszenie Lotnicze. Na przeszkodzie stanął brak świadectw pisanych. Wnęk mający za publiczność ludzi niepiśmiennych nie mógł konkurować z Lilienthalem otoczonym tłumem reporterów. Co prawda o jego lotach pisały gazety w 1867 roku, ale bez większego echa. Trudno też uwierzyć, iż informacja o kimś, kto skonstruował latającą machinę, nie znalazła się w policyjnej notatce służbowej, która potem przesłana została do siedziby cyrkułu do Tarnowa, a stąd do Wiednia, czy na przykład w księgach parafialnych spoczywających w archiwach Kurii. Wciąż liczymy, że komuś uda się w końcu odnaleźć interesujące nas dokumenty, a Jan Wnęk zajmie należne mu miejsce w historii światowego lotnictwa.