Co za osobowości, co za spotkanie... Któryś już raz odwiedzam Lucimię, naszą wiklinową mekkę Serfenty, a w tym roku bohaterkę projektu, w ramach którego opisujemy lucimskie, plecionkarskie umiejętności by je wprowadzić na Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kultury. I …mogłam się spodziewać… mimo telefonów i umówionych wcześniej spotkań, to co zastajemy, to lucimska spontaniczność i tutejsze swobodne podejście do tematu. Tu nikt się nie spieszy, a „jak się załatwi, to będzie”.

Ten luz i jednocześnie brak pewności czy uda nam się zrealizować napięty plan – naszym celem jest tym razem film o miejscowej tradycji – pewnie powodują, że pierwszej nocy śni mi się sen z Lucimiakami w roli głównej. Mamy się spotkać z jednym z młodszych twórców, który, gdy dowiaduje się, że będzie jedynym młodszym przedstawicielem rzemieślników w naszym filmie – nagle popada w niemoc, upija się i przepada z kretesem… Jednym słowem tragedia. Drugi nie ma czasu i szuka wymówek, a w momencie, gdy go zaczynam go namawiać, budzi mnie nieprzyjemny dźwięk telefonu. Wyłączam go i tylko spod lekko przymkniętych powiek widzę kto dzwoni – Dunia.

Gdy jestem już na nogach, okazuje się, że jedno z ważniejszych spotkań do filmu musimy przełożyć sic!, ale za to odwiedzi nas ona, osoba, od której telefon obudził mnie rano. Dunia wpada do Lucimi ilekroć tu jesteśmy i jak się okazuje – również tym razem być musi i …wybiera najlepszy moment. Wiele lat temu prowadziła w Kazimierzu Dolnym sklep - galerię z unikatowymi, starannie dobieranymi przez siebie produktami z zakresu sztuki ludowej. Kosze grały w nim jedną z głównych ról, a żeby je sprowadzić, Dunia przemierzała swoim małym czerwonym autem tysiące kilometrów skupując unikatowe plecionki od twórców z najbardziej oddalonych i ukrytych zakątków kraju. To właśnie m.in. dzięki jej kontaktom i wskazówkom, często odtwarzanym z pamięci, lub kapownika – jak go sama nazywa – udało nam się dotrzeć w miejsca nienotowane w żadnym z muzeów czy spisów twórców ludowych. Tak było np. z koszami z leszczyny z Podkarpacia czy słomianymi pętelkowcami z Podlasia. Kontakty Duni stały się kontaktami Serfenty, a możliwość powołania na nią, była często bardzo pomocna. Trafiliśmy na nią przypadkiem – jak to przeważnie bywa – wiele lat temu, podróżując plecionkarskim szlakiem Polski i szukając zaczepienia w Kazimierzu Dolnym. Była tam szkoła kształcąca m.in. plecionkarzy, mogły też więc wciąż istnieć osoby znające ten fach czy może kontynuujące w jakiś sposób umiejętności. Jak mogliśmy, pytając przypadkowego człowieka na ulicy, trafić właśnie do Duni? Takich rzeczy się nie wie, ale na samą myśl o tym, jak wiele kontaktów zaczęło się właśnie w ten sposób – spontanicznie i naturalnie jednocześnie– uśmiecham się w myślach.

No więc, wiele lat później, spotykamy się ponownie w Lucimi, miejscowości, którą Dunia znalazła wiele lat przed nami i podobnie – zapałała miłością do wiklinowych „kabłącoków”. Z chęcią zgadza się na nagranie w swoim odlotowym, tęczowym stroju. Jak zwykle pełen spontan i piękna historia… Efekty wkrótce! Dunia, dziękuję.

 

Paulina Adamska