Minarety wyrastające niczym las nad brzegami Bosforu, antyczne świątynie uznawane za cuda światowej architektury, spektakularne formy krajobrazu, bogata kultura i wyśmienite jedzenie. Podróż życia wcale nie musi być daleka. Moja zaczyna się w Stambule, a kończy na wybrzeżu Morza Egejskiego – zaledwie 3 godz. lotu z Warszawy.
Allach jest wielki – śpiewny głos muezina nawołujący do modlitwy sączy się przez megafony o piątej rano. Przewracam się na drugi bok i próbuję zasnąć. Nadaremnie. Przez uchylone okno zaczynają dochodzić dźwięki budzącego się miasta: klaksony taksówek, warkot śmieciarek, pokrzykiwania sklepikarzy otwierających swoje małe przybytki. Jestem w Stambule. Zawsze chciałam tu być. Zakochałam się w tym mieście, jeszcze zanim je zobaczyłam. I wiem, że im lepiej je poznam, tym trudniej będzie mi stąd wyjechać.
Zapięta pod samą szyję wychodzę na zewnątrz. Zabukowałam hotel przez internet i teraz cieszę się, że nie spanikowałam, widząc zbiorową łazienkę z odłupanymi kafelkami i ogólny bałagan. To niewielka cena za przywilej mieszkania w Sultanahmet – najstarszej dzielnicy Stambułu. Tu każdy kamień opowiada historię, każda ulica kryje tajemnicę, każdy dom stoi na gruzach wielu innych domów. Mimo wczesnej pory na chodnikach piętrzą się przeróżne towary: bransolety, naszyjniki, pierścionki, kadzidełka i poukładane w piramidy simity – obwarzanki posypane sezamem, sprzedawane też z tac noszonych na głowach. Świeże owoce wprost z podstambulskich sadów i pól mają kolory tak intensywne, że wydają się... sztuczne. Nigdzie na świecie nie jadłam tak słodkich truskawek, czereśni i arbuzów. Przemykam wśród uliczek krętych i wąskich, obrośniętych szczelnie kilkukondygnacyjnymi budynkami, z których obłazi farba. W świetle poranka otomańska stolica wydaje się pokryta gigantycznym liszajem. Wiele domów wygląda tak, jakby się miały lada moment rozpaść. Na Divanyolu Caddesi, czyli ulicy Dywanu, zamawiam turecką herbatę. I wcale nie czarną, tylko wiśniową, zrobioną z różowego, granulowanego proszku zalanego wrzątkiem. Podawana w maleńkich szklaneczkach o kształcie tulipanów, gasi pragnienie i orzeźwia. Nie jestem jednak w stanie delektować się nią tak, jak to robią autochtoni. Oni z celebrowania wolnego czasu uczynili sztukę. Ja mam poczucie, że tego czasu w Stambule będzie mi brakować. Tyle się wokół mnie dzieje. Sprzedawca lodów ubrany w szarawary i bajecznie wyszywaną kamizelkę nie jest tylko sprzedawcą. Jest showmanem, który nadziewa lodową bryłę na długi, drewniany kij i wywija nią w powietrzu na oczach zachwyconej gawiedzi. A ona nie topi się mimo upału, tylko rozciąga i kurczy niczym arabska guma. Parę metrów dalej kobieta spowita chustą odsłaniającą jedynie obwiedzione czarną kredką oczy śpiewa z półplaybacku. Ibrahim, młody Turek stojący obok mnie, przetłumaczył mi fragment jej pieśni... ja kocham ciebie, ale ty nie kochasz mnie, wybrałeś inną. Problem stary jak świat. Wieczorem w restauracji należącej do rodziny Ibrahima, popalając nargilę o smaku jabłkowym, usłyszałam jego historię. Zakochał się on w pięknej Greczynce, a że Grecy nie są w Turcji lubiani, matka ostro się temu związkowi sprzeciwiła. Żon możesz mieć wiele – powiedziała – matkę masz tylko jedną. Ibrahim narzeczoną porzucił.
Pierwszą ważną budowlą na mojej drodze jest Cysterna Bazylikowa (rezerwuar wody dawnego Konstantynopola), przypominająca gigantyczną podziemną świątynię podtrzymywaną przez 336 kolumn 8-metrowej wysokości. Skręcam w ulicę Atmeydani. Mój wzrok przyciąga smukły egipski obelisk przywieziony tutaj dawno temu z Karnaku, tuż za nim stoi nie mniej imponująca kolumna wężowa pochodząca z Delf. To jedne z ostatnich pamiątek po hipodromie – olbrzymim stadionie zbudowanym przez cesarza Septymiusza Sewera i powiększonym tak, że mógł pomieścić 100-tysięczną widownię za czasów Konstantyna I Wielkiego. Odbywały się na nim uwielbiane przez Bizantyńczyków wyścigi rydwanów, a w ich przerwach spektakle cyrkowe i teatralne. Podobno to właśnie tu 40-letni następca tronu Justynian, zwany później Wielkim, ujrzał piękną mimę i tancerkę Teodorę. Źródła podają, że lepiej niż na grze aktorskiej znała się ona na innym rzemiośle – była wziętą kurtyzaną. Jednak przyszłemu cesarzowi to nie przeszkadzało. Zakochał się od pierwszego wejrzenia i ożenił z nią, choć małżeństwa z aktorkami były w owych czasach prawnie zabronione (aby dostać rozwód, wystarczyło powiedzieć, że żona bez zgody męża obejrzała widowisko). Justynian i Teodora okazali się dobraną parą. Przez wiele lat razem rządzili imperium i sprawili, że Konstantynopol stał się najbogatszym miastem świata.
Mimo że Sultanahmed to niewielka dzielnica, pod Błękitny Meczet docieram dopiero około 10.00. Odkrywam, że od sławnej Haghia Sophii dzieli go zaledwie niewielki park. Siadam na ławeczce wśród drzew, różanych krzewów i rabat porośniętych tysiącami tulipanów – ukochanych kwiatów sułtanów. Słucham szumu największej miejskiej fontanny i zastanawiam się, której budowli należy się tytuł najpiękniejszej. Ich sąsiedztwo nie jest przypadkowe. To miejsce rywalizacji dwóch kultur – chrześcijańskiej, która odeszła i muzułmańskiej, która nastała. Gdy Turcy podbili Konstantynopol w 1453 r. i przejęli jego bogactwa, uznali się za najszczęśliwszy z narodów. Nie mogli się jednak pogodzić z tym, że ich świątynie nie dorównywały urodą i rozmachem greckim. Pragnienie, żeby przyćmić Hagia Sophię, było tak wielkie, że twórca Błękitnego Meczetu dodał doń aż 6 minaretów – tyle, ile miała Al-Kaba w Mekce. Wierni uznali to za bluźnierstwo i wkrótce Al-Kaba zyskała kolejny minaret. Obie budowle są niczym gwiazdy. Meczet jest białoszary, a Hagia Sophia ma barwę wypalonej cegły. Z zewnątrz muzułmańska świątynia sprawia wrażenie bardziej fantazyjnej. Jej kopuły i półkopuły tworzą kaskady, a minarety śmiało strzelają w niebo. Hagia Sophia ukrywa się wśród drzew. Jej gigantyczną kopułę średnicy 32 m podtrzymują przypory. Niestety, masywna bryła bardziej kojarzy się z rozłożystą matroną Grubą Zośką niż Mądrością Bożą. Meczet to z arabskiego „miejsce, gdzie pada się na twarz podczas modlitwy”, i rzeczywiście trudno się przed tym powstrzymać nawet niewiernemu, bo olbrzymie wnętrze Błękitnego Meczetu oszałamia. Nad moją głową na wysokości 43 m wznosi się kopuła średnicy 24 m. Tak jak ściany, pokryta jest niebieskimi i zielonymi płytkami z motywami roślinnymi – liliami, irysami, tulipanami. Wygląda to tak, jakby nie tylko podłogę, ale i ściany pokrywały kobierce.
Tysiąc lat temu książę kijowski Włodzimierz postanowił porzucić pogaństwo i wybrać nową religię. W tym celu wysłał swoich posłów m.in. do Konstantynopola. Po powrocie zdali mu oni następującą relację. ...I przyszliśmy na ziemię Greków, i poprowadzili nas tam, gdzie oni służą swemu bogu, i nie wiedzieliśmy, czy jesteśmy w niebie, czy na ziemi: bo nie ma na ziemi takich wspaniałości i nie wiemy, jak o tym opowiedzieć... Pod wpływem tej relacji książę Włodzimierz stał się, oczywiście, wyznawcą obrządku grekokatolickiego i odprawił swoje 800 nałożnic. Przekraczając próg Hagia Sophii, nie dziwię się jego decyzji. Choć wydłubano z niej wszystkie szlachetne kamienie, choć różnobarwne bogato złocone mozaiki są odrapane, choć podłoga nierówna i zniknęło niemal całe wyposażenie, Hagia Sophia pozostaje niedoścignionym wzorem. Jest lekka i majestatyczna zarazem. Onieśmiela ogromem, a doznań wręcz mistycznych dostarcza światło padające pod różnym kątem.
Linana, jednego z największych osmańskich architektów, miniatury ukazują jako brodatego starca z wielkim turbanem na głowie. Zapewne dlatego, że przeżył niemal 100 lat i 3 sułtanów. Urodził się w rodzinie greckich chrześcijan, a na islam przeszedł już jako 20-latek. Co ciekawe, Sinan był janczarem i jak większość architektów tamtych czasów miał kompleks Hagia Sophii. Przez lata wytrwale studiował każdy element jej konstrukcji. I w końcu zbudował meczet w Adrianopolu, który zdaniem jednych dorównał, a innych – nawet przewyższył ją rozmiarami. Sinan był autorem projektów 107 meczetów, 57 uniwersytetów, 52 małych meczetów, 38 pałaców, 8 mostów – w sumie niemal 500 budowli. Cały Stambuł naznaczony jest jego geniuszem.
Za najwybitniejsze dzieła tego architekta uchodzą położone w Dzielnicy Bazarów Meczet i Mauzoleum Sulejmana Wspaniałego. Mijam właśnie zaprojektowane przez niego Łaźnie Roksolany, ukochanej żony Sulejmana. Niestety, nie zażyjemy już w nich słynnego tureckiego hammamu. Tam, gdzie kiedyś było królestwo pary, mydła i masażu, znajduje się dziś sklep z najpiękniejszymi dywanami. Zaledwie kilkanaście minut dzieli to miejsce od – Topkapi. Na teren zespołu pałacowego, dawnej rezydencji sułtanów, prowadzi Brama Powitalna oflankowana wieżami więziennymi, dekorowana dawniej głowami straconych zdrajców. Przed bramą wszyscy oprócz sułtana zsiadali z koni i na dziedziniec wchodzili pieszo. Od tej pory goście musieli milczeć, a każdy ich krok był śledzony przez karły lub niemowy.
Określenie „pałac” w odniesieniu do Topkapi jest nieco mylące. To raczej kompleks pawilonów, dziedzińców, ogrodów, sal audiencyjnych, łaźni, budynków dla służby. Na terenie Topkapi żyło 40 tys. osób. Cechą charakterystyczną muzułmańskiej architektury jest ukrywanie prawdziwej twarzy przed światem zewnętrznym. Dotyczyło to również monarszych rezydencji. Za to wnętrza toną w przepychu, ociekają klejnotami, złotem, pięknymi przedmiotami i bajecznymi wzorami układanymi z ceramicznych płytek pochodzących z Izniku. Po całym kompleksie można chodzić godzinami. Jednak obowiązkowym punktem każdej wycieczki jest wizyta w haremie, okrzykniętym źródłem rozkoszy i jednocześnie wszelkiego zła i intryg. Kiedyś do tej najbardziej niedostępnej części pałacu wejścia bronili czarni eunuchowie. Dlaczego czarni? Podobno lepiej od białych znosili kastrację... W haremie mieszkało kilkaset kobiet, które do dyspozycji miały około 300 pomieszczeń. Nadrzędną rolę odgrywała tu matka sułtana. Jej władza nad mieszkankami haremu była ogromna. To ona decydowała, która z niewolnic dostąpi przywileju obcowania z jej synem. Kobiety sprowadzane do haremu nie mogły być muzułmankami, zwykle były to branki lub znane z urody Gruzinki i Kirgizki, które w niewolę sprzedawali rodzice. W haremie były edukowane muzycznie, plastycznie, uczyły się tańczyć i zabawiać sułtana. Jeżeli urodziły mu syna, awansowały w tutejszej strukturze. Jednak dzieci, szczególnie płci męskiej, nie miały łatwego życia w haremie. Aby zapewnić sobie spokojne rządy, sułtani często mordowali swoich braci, a nawet potomków.
Kakofonia dźwięków dobywających się z magnetofonów, opary dymu buchające z łodzi przycumowanych do przystani Eminonu, na których grilluje się złowione w Bosforze ryby. Stoję na stopniach Nowego Meczetu, dokończonego w XVII w. na życzenie matki sułtana Mehmeda IV. Jak okiem sięgnąć, widzę tylko stragany. Za ladę służą tutaj drewniane wózki, składane plastikowe stoliki, chusty rozłożone na ziemi, tekturowe walizki, krzesła, wieszaki. A w roli sprzedawców występują głównie mężczyźni, od sędziwych starców z długimi brodami czytających poranne gazety do podrostków zaczepiających każdego, kto dostanie się w pole rażenia ich głosów. Można tu kupić dosłownie wszystko: najnowszy model dżinsów D & G, perfumy Chanel, pasek Versace albo koszulkę Diora. Jest tu też mniej markowy asortyment: w stosach piętrzą się czajniki, zastawy stołowe, dywany, owoce, przyprawy, koszule nocne w kwiatki lub motylki, ciepłe bambosze, gotowana kukurydza, piekarniki, suszarki, książki, płyty CD i DVD. Chcę wyruszyć w rejs Bosforem, jednak nie mogę oderwać oczu od tego spektaklu gestykulacji, pokrzykiwań, negocjacji i zaczepek. Czuję się jak widz w amfiteatrze.

Same góry i dwóch dominujących sąsiadów. A jednak Andora wie...

Czy jest jakiś pożytek z marznącej mżawki w górach? Owszem! ...

W numerze marcowym Travelera znajdziecie Voucher do wykorzys...

Fundacja Viva! w porozumieniu z firmą Baj-Pros Eko informują, że rozpoczynają akcję „makulatura dla zwierząt”. Dzięki niej bę...
Pod patronatem National Geographic Polska ukazał się album fotograficzny: "Ptolemais zaginione miasto w Libii". Publikacja je...
Andora to jedno z najmniejszych państw na świecie znajdujące się w Pirenejach zaledwie 200 km od Barcelony na pograniczu Fran...
Bangkok to zjawisko. Niektórzy mówią, że to „miasto z dreszczykiem” myśląc o jego nocnym obliczu. Dla mnie osobiście Bangkok będzie miastem z ...
Najbardziej turystyczna wyspa Tajlandii + najbardziej popularna plaża na tej wyspie + najbardziej "kurewska" ulica przy tej plaży = ...
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.