Afryka - zaplanuj podróżZdjęcie: iStock Photo

Podróż do Afryki to dla wielu przede wszystkim wyprawa pozwalająca odczuć pierwotne bogactwo fauny, dzikość safari. Choć Czarny Ląd błyskawicznie się zmienia, nadal jest to możliwe.

Tytuł opowiadania Ernesta Hemingwaya Śniegi Kilimandżaro, sprawił, że najwyższa góra Afryki dawno temu stała się moim marzeniem. I chociaż otaczają ją liczne legendy o złych duchach strzegących srebra leżącego na wierzchołkach, mimo wszystko postanowiłam rzucić jej wyzwanie. Ruszyłam na spotkanie Czarnego Lądu.


Powitanie z Afryką nie wypada najlepiej. Lotnisko Kilimandżaro (tak się nazywa), położone ok. 30 km od Aruszy, miasta uznawanego za turystyczną stolicę Tanzanii, tonie w mroku. Samolot wylądował z opóźnieniem, jest środek nocy. W gronie współpasażerów próbuję znaleźć wspólników do taksówki, ale poza mną wszyscy są klientami biur podróży, więc ktoś już na nich czeka. Autobusów o tej porze nie ma, taksówkarze niczym hieny dopadają mnie, rzucając astronomiczną cenę 150 złotych za kurs do miasta...


Wybieram się do toalety i tam po raz pierwszy mam do czynienia z Masajami. Na drzwiach do przybytku wiszą płaskorzeźby dwóch masajskich głów: jedna z warkoczykami, druga – ogolona. Jasne, że wybrałam pierwszą opcję. Kiedy wpadłam na mężczyznę przy pisuarze, przypomniałam sobie o zwyczajach tego plemienia. Warkoczyki zaplatają sobie mężczyźni, kobiety wolą praktyczną w gorącym klimacie łysinę.


Wracam do hali lotniska. W kantorze wymiany walut siedzi blondwłosa biała dziewczyna. Intuicja mnie nie myli – mogę liczyć na pomoc. Zaraz kończy pracę i może zabrać mnie do Aruszy. Rozmawiamy po angielsku. Po 10 minutach jazdy pada pytanie, skąd pochodzę. – From Poland – wyjaśniam.
– Cześć! Asia jestem! Asia Sowińska, a właściwie teraz to już Mfwangavo – przedstawia się moja wybawicielka. Nie wierzę własnym uszom. I to ma być ta dzika Afryka?


Aruszę trudno nazwać urzekającym miastem. To przede wszystkim węzeł transportowy, siedziba lokalnych władz, centrum zakupowe, a dla turystów – baza wypadowa na safari. Niewątpliwym atutem krajobrazu jest pobliski wulkan Meru (4566 m), przez niezorientowanych brany za Kilimandżaro. Nie ma tu zbyt wiele do obejrzenia – mało interesujące muzeum, obwieszony flagami sąd, gdzie odbywa się proces oskarżonych o ludobójstwo w czasie wojny w Rwandzie, oraz – chyba najciekawsze dla turystów – barwne i gwarne miejscowe bazary. Sekcję mięsną lepiej ominąć szerokim łukiem, tym bardziej, że smród jest tam nie do zniesienia i kłębią się roje much. Dalej pod kolorowymi parasolami siedzą kobiety i sprzedają mango, w warsztatach obok powstają sandały ze zużytych opon samochodowych. Potrzeba matką wynalazku – mówi stare powiedzenie, a w Afryce jak chyba nigdzie indziej wciela się je w życie.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Gość Gość
    Do moderacji
    2009-09-20 17:45

    Jak się podróżowało samotnie po tanzanii?pozdrawiam m

Autor

  • Monika Witkowska

    Monika Witkowska

    Podróżniczka, zapalona żeglarka i miłośniczka gór. Zjeździła wszystkie kontynenty, odwiedziła również Tanzanię i – oczywiście – zdobyła Kilimandżaro.

Ostatnio czytali

  • artur
  • tami
  • Flaneur
  • Agnieszka_K
  • WOREWIE
  • Witcher
  • arabel
  • Flower
  • AnnaMariaT.
  • Justys

Czytali także

Aktualności

Blogi NG

  • LosWiaheros

    Bangkok to zjawisko. Niektórzy mówią, że to „miasto z dreszczykiem” myśląc o jego nocnym obliczu. Dla mnie osobiście Bangkok będzie miastem z ...

  • LosWiaheros

    Najbardziej turystyczna wyspa Tajlandii + najbardziej popularna plaża na tej wyspie + najbardziej "kurewska" ulica przy tej plaży = ...

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się