Sukces Olka ogłoszony salwami armatnimi. Uroczystość zakończenia transatlantyckiej wyprawy Aleksandra Doby relacjonuje Piotr Chmieliński

Salwami armatnimi powitała społeczność florydzkiej miejscowości New Smyrna Beach Aleksandra Dobę w chwili, gdy na horyzoncie pojawił się jego żółty kajak – “OLO”, którym już po raz drugi przepłynął Atlantyk: tym razem na trasie pomiędzy najdalej położonymi punktami na wybrzeżach Europy i Stanów Zjednoczonych. Obwieszczono koniec jego niezwykłej wyprawy, której wynikiem jest wyczyn, jakiego jeszcze nikt w historii nie dokonał.

fot. Nicola Muirhead/@nicolaanne_photo W towarzystwie 27 kajakarzy, którzy uformowali eskortę honorową Olek dotarł do przystani, gdzie oczekiwał go tłum witających wyposażonych w biało-czerwone chorągiewki i transparenty z napisami: ‘Olek you’re my hero/Olek jesteś moim bohaterem’, ‘Olek welcome to New Smyrna Beach’. Największą radością stało się wspólne odliczanie, którego punktem kulminacyjnym był pierwszy krok kajakarza na lądzie. Dla Olka był to moment szczególny i wręcz symboliczny, stały grunt pod nogami przywitał całując ziemię i kładąc się na trawie z poczuciem ulgi, satysfakcji i szczęścia. Obfitująca w wiele dramatycznych wydarzeń podróż zakończyła się sukcesem i pełną realizacją założonego planu.
Komandor Dan Kolassa wita Aleksandra Dobę na wybrzeżu New Smyrna Beach
fot. Nicola Muirhead/@nicolaanne_photo


O wyprawie Aleksandra Doby wiedział chyba niemal każdy mieszkaniec New Smyrna Beach i okolic. Im bardziej zbliżał się do wybrzeży Florydy, tym większe było zainteresowanie i zadowolenie, że to właśnie tu wysiądzie ze swojego kajaka “Aleksander Wielki” (Aleksander the Great), jak wielu go nazywało. Podekscytowanie tym faktem i spontaniczną radość Olek miał okazję poczuć już na trasie z Cape Canaveral do New Smyrna Beach – wzdłuż brzegu spotykał ludzi, którzy czekali na niego, by móc mu pomachać, pozdrowić go, może zamienić słowo. Było ich tak wielu, a Olek był tak spragniony kontaktów z człowiekiem i tak ucieszony ich widokiem, że zachodziła obawa, iż dotarcie do celu może się nieco przedłużyć. 

19 kwietnia w New Smyrna Beach został ustanowiony przez burmistrza Adama Barringera “Dniem powitania Aleksandra Doby” (Welcome Aleksander “Olek” Doba Day). Odczytując na powitanie polskiego kajakarza proklamację tego swoistego święta, Barringer podkreślił niezwykłą determinację, wytrwałość i odwagę człowieka, który służy jako przykład ogromnej siły ducha ludzkiego. “Miasto New Smyrna Beach jest zaszczycone, że wybrane zostało przez Olka jako miejsce docelowe i wita dzielnego podróżnika na zakończenie tak długiej i trudnej podróży” – mówił burmistrz. “Zachęcam wszystkich mieszkańców do świętowania i uhonorowania  niezwykłego wyczynu pana Doby i najcieplejszego powitania w New Smyrna Beach tego wybitnego podróżnika.” Natomiast komandor klubu jachtowego New Smyrna Beach Yacht Club, Dan Kolassa poinformował w swoim przemówieniu, że starszyzna klubu w uznaniu jego zasług przyjęła Olka w swój poczet. O tym jak ważne jest to wyróżnienie i jak bardzo trzeba sobie na nie zapracować niech świadczy fakt, że “ja sam choć mam duże doświadczenie w pływaniu po oceanie, ciągle do tej grupy nie należę” – mówił ze śmiechem komandor.             Po oficjalnym powitaniu przed Olkiem ustawiła się bardzo długa kolejka osób zaopatrzonych w kamery i aparaty fotograficzne, bo wszyscy chcieli uwiecznić na zdjęciu, filmie swoje spotkanie ze zdobywcą Atlantyku. Każdemu uściskowi dłoni, objęciu towarzyszyły słowa uznania, podziwu, gratulacji dla kajakarza. Dla wielu osób stał się on inspiracją, przykładem wytrwałości w dążeniu do celu, dowodem na to, że jak się czegoś bardzo chce i włoży się w to trochę wysiłku, to można osiągnąć swoje zamiary. “Olek, jeśli ktoś powie, że jest twardszy od Ciebie, to go wsadzimy do kajaka i niech płynie do Europy. Zobaczymy, czy da radę” – stwierdził jeden z gratulujących. To gorące przyjęcie spowodowało, że Olek natychmiast zapomniał o zmęczeniu i niewyspaniu. Z radością poświęcał każdemu tyle uwagi, ile się dało, a rozdawanie  autografów i pozowanie do zdjęć trwało blisko 2 godziny. - Jestem bardzo szczęśliwy, że mogłem dopłynąć do kontynentu Ameryki Północnej, zwłaszcza po prawie miesięcznej po awarii steru. Ta awaria i moja determinacja w odczuciu różnych ludzi dodawały atrakcyjności wyprawie i aspektu emocjonalnego. – mówi Aleksander Doba - Jestem bardzo szczęśliwy widząc na brzegu takie tłumy ludzi witających mnie dzień przed świętami Wielkiej Nocy, kajakarzy i kajakarki jako honorowa eskorta za mną. To niesamowite wrażenie. Przyjęcie przez władze miasta, marynarkę wojenną i mieszkańców przerosło moje wyobrażenia. To wynagrodziło mi wszelkie trudy i wątpliwości. Byłem zdeterminowany, żeby dopłynąć do tego celu, i udało się dzięki wsparciu moralnemu i wszelkim możliwościom mojego przyjaciela Piotra Chmielińskiego, bo jemu zawdzięczam, że ten sukces dopełnił się do końca. A tu mogliśmy podziwiać efekty ogromnej pracy przyjaciela i partnera biznesowego Piotra, Hugh Grangera, który przygotował moje przyjęcie w New Smyrna Beach. Bardzo za to dziękuję. Obaj chyba trochę zawalili interesy firmowe poświęcając tyle czasu mojej wyprawie - żartował Olek.

Radość z osiągnięcia zamierzonego celu jest tym większa, że trwająca 167 dni wyprawa (167 dni pływania) obfitowała w dramatyczne zdarzenia. Najpierw seria sztormów i silne wiatry, które zepchnęły kajakarza z obranej trasy, by wreszcie spowodować poważne uszkodzenie steru i przymusowe lądowanie na Bermudach w celu jego naprawy. W trakcie wodowania kajaka z żaglowca „Spirit of Bermuda“, na pokładzie którego Olek powrócił na swoją trasę, zmiażdżony został pałąk – ważny element konstrukcji kajaka gwarantujący jego niezatapialność. Kiedy bez pałąka kajak nabrał tempa i zaczął zbliżać się do Florydy w czasie szybszym niż pierwotnie zakładano, podróżnik wpadł w sidła golfsztromu. Po przejściu rejonu tego silnego prądu, zaczął być popychany na zachód przez kolejne silne wiatry wiejące ze wschodu. W efekcie konieczna była zmiana trasy, kierunek Cape Canaveral zamiast prosto na New Smyrna Beach. - Kajak miałem ustawiony nie w kierunku Cape Canaveral tylko prawie na północ, kąt płynięcia prawie 330 stopni – tłumaczy Olek. - Prąd drogi nad dnem czyli wypadkowa działania moich sił, mojego płynięcia, dryf od wiatru i jeszcze prądu była taka, że poruszałem się w kierunku na 240 stopni czyli na południe od trasy do portu. Jak raz po raz zaglądałem na mapę, to byłem przerażony – ładowałem się w jakieś kompletnie nieznane miejsce na południe od portu Canaveral. Przez kilka godzin miałem bardzo poważne obawy, ale w końcu udało mi się wpłynąć na właściwą drogę.
   
Od początku stycznia Atlantyk nie oszczędzał Olka, fundując mu jedną ‚atrakcję‘ za drugą. Siła woli, siła ducha i przemożna wiara w realizację celu doprowadziły go jednak do szczęśliwego zakończenia. Olek twierdzi: „Mam chyba wspaniałego anioła stróża, który ciągnie mnie w kierunku, w którym trzeba. Dziękuje tobie aniele stróżu, że dopłynąłem tam, gdzie zamierzałem.“ 
   
W Polsce czeka Olka kolejne powitanie, niemniej uroczyste niż na Florydzie. Czekają na niego wszyscy, którzy przez te kilka miesięcy dopingowali go, kibicowali, na swój sposób wspierali. Ale przede wszystkim czeka rodzina: żona Gabi, synowie z rodzinami. - Któregoś dnia – opowiada Gabi - starsza wnuczka, pięcioletnia Olga, zapytała swoją mamę, dlaczego dziadek popłynął kajakiem. Kasia, nasza synowa, odpowiedziała, że dziadek spełnia swoje marzenia. Na to Olga: mamo, a ja mam marzenie, żeby dziadek szybko wrócił i już nie pływał.“  Czy dziadek posłucha?

Piotr Chmieliński
New Smyrna Beach, Florida
20 kwietnia, 2014