Potężni mężczyźni w stringach przepychają się w piaskownicy. Na ringu widać jednak krople krwi. - To, co Europejczykowi może wydawać się śmieszną zabawą, w kulturze wschodu jest świętem. Tak jak walki sumo.

 

Japońskie legendy początek walk sumo datują na wczesne lata VIII w p.n.e.  Czczono w ten sposób bóstwa, zapewniając sobie tym samym obfitość zbiorów i wieczne szczęście. Charakter walk zmienił się od tamtych czasów. Kiedyś nierzadko były to pojedynki na śmierć i życie. Z biegiem lat przekształciły się w igrzyska zapewniające gawiedzi rozrywkę już nie tak krwawą . Główni bohaterowie mają pozostać przy życiu. 

Największe zawody w Japonii

Trudno nie zauważyć hali Bodymaker Colosseum w Osace, w której odbywają się największe zawody sumo w Japonii. Otoczona z każdej strony różnokolorowymi proporcami znacznie odróżnia się od tradycyjnych szaro-betonowych brył japońskich domów.

Grand Sumo Tournament odwiedza w ciągu kilku miesięcy sześć japońskich miast. Zawody trwają przez dwa tygodnie, a każdy z turniejów zapewnia komplet publiczności od rana do wieczora. Na próżno szukać na biletach informacji o początku i końcu walk. Najwierniejsi kibice, których wcale nie brakuje, przychodzą tuż po godzinie ósmej rano. Pozostali wypełniają halę wraz z pojawianiem się na ringu coraz to cięższych i bardziej utytułowanych zapaśników.

Wojownicy, ale delikatni

Pod halę zawodów sumo nie podjeżdżają żadne limuzyny. Wojowników, bo tak ich się tutaj też nazywa, widać za to już w metrze, kiedy to w tradycyjnych sandałach i specyficznym ubiorze wychodzą z wagoników komunikacji miejskiej i żwawym krokiem udają się na zawody. Gracja, z jaką przemierzają ulicę, lekkość, z jaką niosą swój ciężar - robi naprawdę duże wrażenie.

Każdy może podejść do zawodników. Nie ma bramek, zasieków czy ochroniarzy. Nie dziwi nikogo, gdy panie w podeszłym wieku ściskają się z wojownikami -  i nie chodzi tu bynajmniej o różnicę wieku, a raczej kwestię postury i ewentualnych kontuzji po spotkaniu z ważącym ponad 150 kilogramów bohaterem japońskiej ulicy. Na szczęście mężczyźni potrafią być delikatni.

Rytuał to podstawa

Uśmiechnięci przekraczają bramy hali. W dłoniach niosą prezenty otrzymane właśnie od fanów. Widać, że każda ze stron czerpie radość ze spotkania, a to co dzieje się przed walkami jest równie ważne, jak wyniki samego turnieju. 

Rozpoczynają się zawody. Pierwsze dwie godziny walk wydają się całkowicie niezrozumiałe. Na środku hali, na ringu usypanym z gliny i piasku, zamiast ogromnych zapaśników pojawiają się znacznie mniejsi mężczyźni. Z upływem czasu napięcie rośnie, hala wypełnia się ludźmi a ja powoli poznaję i układam sobie w głowie zasady, o których do dnia zawodów nie miałem bladego pojęcia. Wydaje się, że czym niższa ranga zawodników, tym rytuał podnoszenia nóg, tupania i klaskania jest dłuższy. Waga rośnie i rośnie też wrzask dobywający się z ust kibiców. Jest coraz głośniej. Takiego dopingu nie widziałem nigdzie i nigdy. 

Tupanie i klaskanie

Choć sama walka toczy się na ogół kilkanaście sekund, rytuał który odbywa się przed może trwać wiele minut. Aby oczyścić arenę, każdy zawodnik wchodzący na ring posypuje ją solą, a potem w charakterystyczny sposób przenosi ciężar ciała z lewej nogi na prawą. Dla laika wygląda to komicznie, ale to ważny moment - w ten sposób przepędzane są złe moce. Nogi - to początek. Do nóg za moment dochodzą ręce, które wędrują z góry na dół i w odwrotnym kierunku, aby na końcu spaść z hukiem na podłoże pociągając za sobą całego zapaśnika. 

Kiedy już zawodnik jest gotowy - wykonuje Chirochozu, kucając i oczekując na znak sędziego. Miałem wrażenie, że sędzia robi swoje, a główni bohaterowie - swoje, przy czym  jedna strona nie zwraca uwagi na drugą.  Sypanie solą, kucanie i wstawanie mogą być powtarzane, jeśli wszyscy uczestnicy walki nie są dostatecznie do niej gotowi.

Po kilku godzinach obserwacji zorientowałem się, że aby uchwycić moment, kiedy walka się rozpocznie, nie należy patrzeć na sędziego czy na zawodników, należy przyglądać się człowiekowi ze szczotką porządkującego, co jakiś czas ring. Pod nim według tradycji składa się ponoć ofiary ze zwierząt. Zaprzestanie procedury sprzątania ringu, na którym skupieni zawodnicy ustawiali się do walki, było dla mnie znakiem, aby unieść aparat.

Nie chciałbym być ignorantem, ale dziwny to sport, gdy człowiek ze szczotką decyduje o rozpoczęciu walki. Jeszcze dziwniejszym był fakt, że po jednym dniu kibicowania na turnieju sumo stałem się prawdziwym fanem tej dyscypliny. Do dnia walk porównywałem ten sport do wrestlingu z udawanymi upadkami i markowanymi uderzeniami. Nic bardziej mylnego. Na ringu widać krople krwi, na twarzach zawodników zadrapania i siniaki.

Urok tradycji

Widok blisko 200-kilogramowych kolosów masujących sobie plecy po fantastycznej zapaśniczej walce uświadomił mi, jak niewiele pozostało dyscyplin tak zakorzenionych w tradycji. Warto spędzić tu kilka godzin, poznać zasady i zobaczyć, jak wielkim szacunkiem wśród Japończyków cieszą się wojownicy sumo. Choć dzisiaj najlepsi zawodnicy wcale Japończykami nie są. Mistrzowie przybyli z Mongolii. 

Tekst i zdjęcia: Dariusz Roman