Tysiące słoni giną co roku tylko po to, by z ich kłów powstały przedmioty religijnego kultu. Jak powstrzymać tę rzeź?

Setka jeźdźców W styczniu 2012 r. wtargnęła z Czadu do kameruńskiego parku narodowego Bouba Ndjida i dokonała masakry kilkuset słoni. Był to najgorszy przypadek masowego odstrzału tych zwierząt od czasu wprowadzenia światowego zakazu handlu kością słoniową w 1989 r. Napastnicy używali kałasznikowów i granatników. W 2006 r. podobną operację przeprowadzono w pobliżu czadyjskiego Parku Narodowego Zakouma. Każde z leżących na sawannie wzdętych słoniowych ciał jest osobliwym pomnikiem ludzkiej chciwości. Z lotu ptaka widać, które zwierzęta próbowały uciekać, które słonice osłaniały swoje małe – jak wymordowano przerażone stado liczące 50 sztuk. To najnowsze ofiary spośród dziesiątek tysięcy afrykańskich słoni uśmiercanych co roku przez kłusowników. Ale z historycznego punktu widzenia ta masakra nie jest niczym nowym – to zbrodniczy proceder stary jak świat.

 

Filipiński łącznik

Prałat Cristobal Garcia to najsłynniejszy na Filipinach kolekcjoner wyrobów z kości słoniowej. Dla tłumów wypełniających jego kościół w Cebu odprawia właśnie nabożeństwo ku czci najważniejszego wizerunku religijnego Filipin – Santo Nino de Cebu (Dzieciątka Jezus z Cebu). Uroczystość, która odbywa się co roku, nosi nazwę Hubo, od tutejszego słowa, które znaczy „zdejmować suknię”. Kilku ministrantów rozbiera z królewskich szat drewnianą figurkę Chrystusa, kopię tej, którą – jak wierzą tutejsi katolicy – przywiózł na wyspę w 1521 r. Ferdynand Magellan. Zdejmują z główki koronę, ściągają pełen przepychu czerwony płaszczyk, zzuwają buciki, wyłuskują z warstw bielizny. Prałat bierze posążek owinięty w białą ściereczkę i zanurza w kolejnych beczkach z wodą, święcąc ją w ten sposób.

Część Filipińczyków wierzy, że figurka Dzieciątka Jezus to sam Chrystus wcielony. W XVI w. Hiszpanie uznali ją za cudowną i za jej pomocą nawracali tutejszą ludność. Ta drewniana rzeźba, przechowywana dziś za kuloodporną szybą, jest podstawą całego filipińskiego katolicyzmu. – Kto nie czci Dzieciątka Jezus, ten nie jest prawdziwym Filipińczykiem – mówi ojciec Vicente Lina zwany ojcem Jayem, dyrektor muzeum diecezjalnego w Malolos. – Każdy Filipińczyk ma swoje Dzieciątko Jezus, nawet ten najbiedniejszy, który mieszka pod mostem. Co roku w styczniu 2 mln wyznawców ciągnie do Cebu na długą procesję. Większość ma figurki Dzieciątka z drewna lub tworzyw sztucznych. Ludzie wierzą, że im cenniejsza figurka, tym więcej błogosławieństw otrzyma właściciel. Dlatego dla niektórych drewno to stanowczo za mało. Liczy się tylko kość słoniowa.

Poczekalnia przed gabinetem Garcii wygląda jak małe muzeum. Największe wrażenie robią na mnie zamknięte w szklanych gablotach posążki religijne. Jest tu Matka Boska Różańcowa trzymająca Jezuska, jest naturalnych rozmiarów Matka Dobrego Pasterza, a obok Jezus. Wszystko z kości słoniowej, podobnie jak Chrystus na krzyżu, który wisi na ścianie w gabinecie Garcii. Filipińczycy mają dwa podstawowe rodzaje dewocjonaliów z kości słoniowej: lite rzeźby i figury mające kościane tylko głowy i dłonie, a tułowie drewniane, ubierane w pełne przepychu szaty. Garcia przewodzi grupie kolekcjonerów figur. Podczas święta Dzieciątka Jezus swe zbiory wystawia w dobrych hotelach i centrach handlowych. Mówię Garcii, że chciałbym kupić wykonane z kości słoniowej Dzieciątko Jezus w pozycji leżącej. – O takie – mówię, kładąc na ustach palec. – Śpiące Dzieciątko – kiwa głową z aprobatą.

O wielkości filipińskiego czarnego rynku mówi kontrabanda przechwycona przez celników: 5400 kg kości skonfiskowanej w 2009 r. w Manili, 7700 kg odkrytej tamże w 2005 r. i 6100 kg przygotowane do wysłania na Filipiny z lotniska na Tajwanie. Biorąc pod uwagę, że para ciosów z jednego słonia waży średnio 10 kg, przejęty towar daje razem blisko 2 tys. zabitych słoni. Według Stałego Komitetu Konwencji Waszyngtońskiej (CITES) o międzynarodowym handlu zwierzętami i roślinami gatunków zagrożonych wyginięciem Filipiny są jedynie krajem tranzytowym, a większość zarekwirowanej kości przeznaczona była na rynek chiński. Ale Jose Yuchongco, szef tamtejszej służby celnej, w 2009 r. mówił: – Filipiny są częstym punktem docelowym przewożonych nielegalnie ciosów słoni, przypuszczalnie dlatego, że tutejsi katolicy uwielbiają dewocjonalia z tego materiału. Co więcej, w Cebu słowo goring oznacza zarówno kość słoniową, jak i świętą figurę.

 

Ekumeniczny czarny rynek

– Kość słoniowa, kość słoniowa, kość słoniowa – wylicza sprzedawczyni w Galleria Savelli na placu św. Piotra w Watykanie. – Nie spodziewał się pan tego tyle, prawda? – pyta. Watykan nie podpisał konwencji waszyngtońskiej, więc zakaz handlu kością słoniową go nie obowiązuje. Sprzedawczyni tłumaczy mi, że mogę kupić krucyfiks z kości, który zostanie poświęcony i wysłany na mój adres pocztą. Wprawdzie świat już dawno wymyślił substytuty kości słoniowej we wszystkich jej praktycznych zastosowaniach, takich jak kule bilardowe czy klawisze fortepianów, ale jej wykorzystanie do celów religijnych przetrwało nietknięte niczym owad w bursztynie. W ubiegłym roku prezydent Libanu Michel Sleiman ofiarował Benedyktowi XVI pokrytą złotem kadzielnicę z kości słoniowej. W 2007 r. prezydent Filipin Gloria Macapagal-Arroyo wręczyła papieżowi Dzieciątko Jezus z kości słoniowej. Na Boże Narodzenie w 1987 r. prezydent Ronald Reagan z małżonką odkupili od państwa figurę Matki Boskiej, którą otrzymali od Jana Pawła II. Wszystkie te prezenty trafiły na czołówki gazet. Nawet prezydent Kenii Daniel Moi, jeden z propagatorów światowego zakazu handlu kością słoniową, ofiarował kiedyś kieł słonia papieżowi Janowi Pawłowi II. Moi wykonał też jednak znacznie ważniejszy gest – podpalił 13 ton kenijskiej kości. To chyba najbardziej spektakularny akt w dziejach ochrony słoni.

 


Dzieciątko nigdy nie ma za dużo

Ojciec Jay jest kuratorem organizowanej co roku przez archidiecezję wystawy figur Dzieciątka Jezus należących do jego parafian. Ponad 200 eksponatów – jasnych figurek poubieranych niczym królowie tonie w świeżych kwiatach. Dzieciątka z kości słoniowej zdobią złocone korony, klejnoty, naszyjniki od Swarovskiego, wymalowane ręcznie źrenice oczu z importowanego z Niemiec szkła, rzęsy z kozich szczecinek. Nić, którą haftowane są szaty, to szczere złoto z Indii.

Zdumiewające przepychem eksponaty są własnością rodzin o raczej skromnych dochodach. Wierni zadłużają się, by je kupić, potem umieszczają w testamentach. – Nie nazywam tego ekstrawagancją, lecz ofiarą składaną Bogu – mówi ojciec Jay, przyglądając się dziecięcym wizerunkom. Część z nich dekorowana jest kwiatami rzeźbionymi w masie perłowej z muszli głowonogów zwanych łodzikami. – W kulcie Dzieciątka Jezus nie ma takiego określenia jak „za dużo” – mówi ojciec Jay. – Większość starych wyrobów z kości słoniowej przekazywana jest w rodzinach z pokolenia na pokolenie. Nowe pochodzą z Afryki. Oczywiście z przemytu – wyjaśnia. – To próba wyprostowania krzywego: kupuje się kość słoniową podejrzanego pochodzenia i robi z niej święty przedmiot. Jasne? – chichocze. – A przecież to jest paserstwo.

Potem tłumaczy mi, że powinno się jawnie kupować nowe przedmioty z kości, aby ukrócić oszustwa polegające na barwieniu kości słoniowej herbatą czy colą, dzięki czemu wygląda na starą. – Mówię im: kupujcie nowe, aby dzieje świętego wizerunku zaczynały się od was. Kiedy pytam, w jaki sposób nowa kość trafia na Filipiny, tłumaczy, że przemycają ją muzułmanie z leżącej na południu wyspy Mindanao. Potem, robiąc gest oznaczający wręczanie łapówki, wsuwa mi dwa palce do kieszeni koszuli. – Trzeba posmarować. Na przykład funkcjonariuszom straży przybrzeżnej. Niech pan sobie wyobrazi drogę z Afryki do Europy i na Filipiny. Trzeba na niej opłacić mnóstwo ludzi.

Szmugiel w brudnych majtkach

Nie liczyłem, że wykryję związki Garcii z czarnym rynkiem, ale czekało mnie zaskoczenie. – Będzie pan musiał to przemycić do USA. – Jak? – Najlepiej zawinąć w brudne, śmierdzące majtki i polać keczupem – mówi. – Żeby wyglądały na zafajdane i zakrwawione. Tak to się robi. Garcia podaje mi nazwiska ulubionych snycerzy, wytwórców dewocjonaliów z kości. Wszyscy są z Manili. Dodatkowo informuje, u którego można liczyć na dużo kości słoniowej, ostrzega, którego żona będzie próbowała mnie naciągnąć, a który nie dotrzymuje terminów. Dostaję adresy i telefony. Jeśli chcę przemycić figurę, która nie zmieści mi się w walizce, mogę dostać papier z filipińskiego Muzeum Narodowego zaświadczający, że mój wyrób to antyk. Wytwórca może też wydać dokument, że przedmiot wykonany jest z imitacji kości słoniowej lub został wyrzeźbiony, nim zaczął obowiązywać zakaz obrotu tym towarem. Niezależnie od tego, co w końcu kupię, Garcia obiecuje to poświęcić. – Nie jestem taki jak ci stuknięci na punkcie zwierząt księża, którzy nie chcą święcić figur z kości – mówi.

Biznes rzeźbienia w kości słoniowej w Manili kontroluje zaledwie kilka rodzin. Niczym termity pracowicie obrabiają tony ciosów. Dwóch z najpoważniejszych kupców ma siedziby w dzielnicy produkcji dewocjonaliów Tayuman. Niemal w każdym warsztacie i sklepie poleconych przez Garcię ktoś zdradzał mi kolejną metodę przeszmuglowania kości do USA. Proponowano pomalowanie wyrobów zmywalną bejcą naśladującą drewno. Inny pomysł polegał na tym, że prócz Jezuska z kości dostałbym kilka identycznych figurek z żywicy, dla niepoznaki. Gdyby mnie skontrolowano, mógłbym kłamać celnikom, że to wszystko żywica.

Według jednego z największych handlarzy w Manili głównymi klientami są księża, balikbajowie (Filipińczycy mieszkający za granicą) i geje. Handlarz antyków z Nowego Jorku przyjeżdża tu na zakupy regularnie, podobnie kupiec z Meksyku. Kupują hurtowo krucyfiksy, Madonny i Jezuski, a potem przemycają towar w bagażu.

Filipiński rynek kości słoniowej nie jest duży w porównaniu na przykład z chińskim, ale ma wielesetletnią tradycję. A ponadto jest bezczelnie jawny – kolekcjonerzy i handlarze publikują zdjęcia swoich skarbów w serwisach internetowych.

Stały Komitet Konwencji Waszyngtońskiej – CITES – jest jedyną światową instytucją, która ma za zadanie pilnować przestrzegania obowiązującego od 1989 r. międzynarodowego zakazu obrotu kością. To CITES miał zapobiec powtórzeniu się rzezi słoni, do jakich doszło w latach 80. XX w., kiedy Afryka utraciła przypuszczalnie połowę pogłowia tych zwierząt, ponad 600 tys. sztuk. Skoro CITES nie widzi filipińskiego handlu, to co jeszcze przeoczył?

 


Słoniowy mnich

Rzeźbiarze w kości słoniowej z Phayuha Khiri i Surinu należą do najsłynniejszych w Tajlandii. W centrum miasteczka zamiast symbolicznej fontanny stoi krąg z czterech wielkich ciosów. Miejsce niewiele się różni od Tayumanu – manilskiej dzielnicy dewocjonaliów. Tyle że zamiast krucyfiksów, figurek Madonny i Jezusków znajduję tu posągi mnichów, małe figurki Buddy zawinięte w plastik, bransoletki i inne przedmioty kultu. Klientami miejscowych kupców są głównie mnisi w pomarańczowych szatach.

Najważniejszym handlarzem w mieście jest pan Thi. Od razu rzucają mi się w oczy jego naszyjnik z kości słoniowej i klamra do paska w spodniach, także kościana. Pan Thi oprowadza mnie po swoich sklepach i warsztatach. W jednym z nich widzę malowanego Ganeśa, hinduskiego brzuchatego boga z głową słonia. Obok stoi śmiejący się Budda. Dowiaduję się, że mnisi rozdają amulety w zamian za datki. Im większy datek, tym lepszy amulet. Te poświęcone są oczywiście cenniejsze od innych.

Kruba Dharmamuni zwany Słoniowym Mnichem, a kiedyś Skorpionim Mnichem (w swej świątyni wystawia naturalnych rozmiarów posąg, który przedstawia jego samego jako skorpiona), chce mnie zabrać na zakupy kości w Surinie. Kiedyś zamieszkiwali go łowcy słoni króla Syjamu, dziś są tu głównie kornacy, poganiacze. Żyją wspomnieniem dawnej świetności, na zasiłkach, dorabiając dzięki sztuczkom, których wyuczyli swoich podopiecznych. Słonie kopią więc piłkę czy machają pędzlem trzymanym w trąbie. Wejście do parku dla turystów w Surinie obstawione jest przez handlarzy. W ofercie mają pierścionki, bransoletki i talizmany, wszystko z kości słoniowej.

– Kość słoniowa przepędza złe duchy – wyjaśnia mi Słoniowy Mnich. Ma na sobie brązowe szaty i nieustannie żuje betel, wypluwając czerwone grudy. On też nosi naszyjnik ze 108 paciorków reprezentujących ludzkie namiętności, a także wisiorek w kształcie głowy słonia. Zwierzę to jest symbolem Tajlandii i cieszy się wśród buddystów szacunkiem. Według legendy biały słoń o sześciu ciosach stał po prawicy królowej Mai w nocy, gdy poczęła Siddharthę Gautamę (Buddę). Słoniowy Mnich wierzy, że w poprzednim życiu był właśnie słoniem. Opowiada, że ma 100 tys. wyznawców na całym świecie, choć podczas mojej wizyty do jego świątyni zajrzało ledwie parę osób. Klękają przed nim z ofiarami, w zamian dostając amulet.

 

Siła trupiego amuletu

Te ostatnie nosi wielu Tajów, często po kilkanaście. Wierzą, że przynoszą im szczęście, chronią przed złem i czarami. Targ amuletów w Bangkoku jest ogromny. Niezliczone rzesze handlarzy wystawiają dziesiątki tysięcy talizmanów wykonanych z różnych materiałów: metalu, prasowanego proszku, kości – w tym kości słoniowej. Amulet wisi na lusterku wstecznym w każdej tajlandzkiej taksówce. Były premier Tajlandii Thaksin Shinawatra twierdzi, że to amulet ocalił mu życie podczas próby zamachu. Armia rozdaje amulety żołnierzom na pograniczu, by chroniły ich przed czarną magią ze strony Kambodży.

Większość dochodów Słoniowego Mnicha pochodzi z amuletów. Wśród nich są wizerunki własne oraz Buddy, zatopione w plastiku kawałki kości czaszki zmarłych kobiet w ciąży, oczyszczony olej trupi, ziemia z siedmiu cmentarzy, sierść tygrysa, skóra słonia i rzeźby z kości słoniowej. Biznes kręci się na tyle dobrze, że mnich buduje nową świątynię, Wat Suanpah. Wzoruje się na popularnych w Tajlandii parkach tygrysów, obiektach będących – jak twierdzą ich przeciwnicy – przykrywką dla nielegalnego handlu tygrysami. Słoniowy Mnich też ma wrogów, zwłaszcza po niedawnym demaskatorskim programie telewizyjnym, w którym ujawniono, że dla skóry i kości zagłodził zwierzę na śmierć. Mnie wyjaśnia, że słoń zdechł ze starości, a on tylko urządził mu pogrzeb. – W Surinie i tak bez trudu można kupić tyle kości słoniowej i skóry, ile dusza zapragnie – tłumaczy. Przed krytycznym programem telewizyjnym wyciągał ze swoich sklepów (w tym internetowego) i wyjazdów zagranicznych około miliona bahtów (32 tys. dolarów) miesięcznie. Teraz zarobki spadły do około 300 tys. bahtów na miesiąc. Ale – jak twierdzi – wystarczą trzy dni w Malezji czy Singapurze, by sprzedał wyznawcom towar za milion.

 


Furteczki, furtki i bramy

W Tajlandii żyje niewielka populacja słoni indyjskich, a kości nie wolno eksportować już od dawna. Na rynku wewnętrznym reguły nie są jednak tak ściśle przestrzegane. Kornacy mogą odcinać i sprzedawać czubki ciosów żywych udomowionych słoni, a także całe ciosy zwierząt, które padły z przyczyn naturalnych. Przemytnicy od lat korzystają z tych luk – szmuglują kość słoniową z Afryki i mieszają ją z azjatycką.

Działacze na rzecz ochrony słoni nazywają to działanie „tajlandzką furtką”. Ale istnieje jeszcze większa furtka, praktycznie nie do zamknięcia. Afrykańską kością słoniową, która znalazła się w danym państwie przed 1989 r., można obracać na rynku wewnętrznym. Dlatego każdy przyłapany z towarem broni się tą samą śpiewką: „Moja kość słoniowa pochodzi z czasów sprzed zakazu”.

Tajlandia, podobnie jak Filipiny, ma jeszcze cechę, którą cenią sobie przemytnicy – jest skorumpowana. Z magazynu tajlandzkiej służby celnej zniknęła ostatnio tona skonfiskowanej kości. Na Filipinach w 2006 r. wydział ochrony przyrody oskarżył kilku wyższych funkcjonariuszy celnych o „zgubienie” kilku ton przechwyconej kości słoniowej. Skarcona służba celna przekazała kolejny skonfiskowany transport wydziałowi ochrony przyrody. Wkrótce okazało się, że w jego magazynach stosy ciosów słoniowych podmieniono na plastikowe imitacje.

Jom, ulubiony snycerz Słoniowego Mnicha, mieszka przy nieutwardzonej drodze na zapadłej wsi. Coś, co z daleka wyglądało na stragany z zieleniną przed jego domem, okazuje się gablotami pełnymi filigranowych figurek Buddy naklejkę z twarzą Słoniowego Mnicha. Większość kości jest krajowa. – A ta jest z Afryki – Słoniowy Mnich pokazuje mi przedmiot bielszy od innych. – Gdybym przyniósł panu afrykańską kość słoniową – pytam Joma – wyrzeźbiłby mi pan coś? – Dai – potwierdza.

Stąd do przemytu już niedługa droga. Słoniowy Mnich tłumaczy mi, jak miałbym pociąć kość, by zmieściła się w walizce. Pokazuje, jakiej długości mają być kawałki. Tak właśnie działają jego wyznawcy. Gdy wyląduję w Bangkoku, jego asystent odbierze mnie z lotniska i zawiezie do niego. Ma swoich wyznawców w urzędzie celnym, ale gdyby coś poszło nie tak, mam powiedzieć, że wiozę kość do świątyni. Wychodzi na to, że religia stanowi okoliczność uniewinniającą.

Bo przecież chodzi o wiarę, a wiara wymaga wyłączenia podejrzliwości. Kość słoniowa sprowadzana do celów religijnych nie powinna być traktowana jak ta przeznaczona np. na figurki szachowe. Kość dla bogów – to kolejna furtka.

 

Chiński boom słoniom nie służy

Dźwięki i zapachy wewnątrz pekińskiej Fabryki Rzeźb z Kości Słoniowej przypominają gabinet dentystyczny. Hałas elektrycznych wierteł drążących w ciosach słoni wibruje w powietrzu. Pył kości słoniowej zalega wszędzie, a mnie zgrzyta w zębach, gdy chodzę wśród ludzi pochylonych nad robotą. Ich praca to niezliczone powtórzenia motywów religijnych widocznych w całych Chinach: Fu, Lu i Shou, trójca bóstw szczęścia, bogactwa i długiego życia; śmiejący się Budda; bogini Kuan-yin, podobna do Madonny patronka miłosierdzia i płodności, przedstawiana niekiedy z synkiem na rękach, popularna w Chinach polityki jednego dziecka. Kość słoniowa jest zawsze blisko religii. – Chińczycy wierzą w idee reprezentowane przez te figurki – wyjaśnia mi szef zakładów Daxin w Kantonie.

W czasie gdy wprowadzano zakaz międzynarodowego handlu kością słoniową, 80 proc. jej światowych zasobów konsumowały Ameryka, Europa i Japonia. Dzisiaj w śródmieściu Pekinu drzwi w drzwi z salonami Maserati, Bentleya i Ferrari stoją butiki Gucciego i Prady. A tuż obok wznosi się pekiński dom rzemiosła – Beijing Arts and Crafts Emporium – gdzie w automacie na pierwszym piętrze można kupić sztabki czystego złota. Wjeżdżam windą, mijam galerie z jadeitem i jedwabiami, wreszcie trafiam do głównego salonu kości słoniowej. Jeden z pierwszych artykułów, jaki zwraca moją uwagę, to wyrzeźbiona bogini Kuan-yin. Na etykietce z ceną widzę tyle zer, że muszę poprosić o pomoc w jej odczytaniu: 1 360 000,00 (ok. 215 tys. dolarów).

Chiny są głównym światowym winowajcą przemytu kości słoniowej. Po raz pierwszy od pokoleń rzesze Chińczyków mogą myśleć o zamożnej przyszłości, stać ich też, by nawiązać do swej przebogatej tradycji. Jedną z pierwszych rzeczy, jaka wielu przychodzi do głowy, jest religia.

– Nie myślimy tylko o pieniądzach – obrusza się Xue Ping, gdy rozmawiamy przy herbacie w jego galerii sztuki buddyjskiej w pekińskim Grand Hotelu. Mój rozmówca, będąc dyrektorem w branży reklamowej, odbył w 2007 r. pielgrzymkę śladami Buddy po Indiach i Nepalu. W jej trakcie doznał wizji: Budda wezwał go, by czynił w życiu dobro. Wrócił więc do domu i w 2009 r. założył firmę Da Cheng Bai Yi (co oznacza „przekazywanie wielkiego dziedzictwa”) mającą na celu wspieranie największych mistrzów pięciu tradycyjnych chińskich rzemiosł artystycznych: wytwarzania laki, rzeźbienia w niej, wytwarzania porcelany, tworzenia tank oraz rzeźbienia w kości słoniowej. Xue odszukał 62-letniego Li Chunke, jednego z 12 największych mistrzów snycerskich Chin. Wybudował warsztat w pekińskiej dzielnicy artystycznej, wynajął mu mieszkanie i otworzył wspaniałą nową galerię. Eksponaty nie są na sprzedaż. Xue jest jedynym nabywcą dzieł Li.

– Słoń jest najlepszym przyjacielem człowieka – mówi Li. – Gdy umiera, chce zostawić coś człowiekowi, spełnić dobry uczynek, który sprawi, że w następnym wcieleniu będzie miał dobre życie. Li rzeźbi w kości słoniowej, aby uczcić ten dar słonia. Jako buddyści Li i Xue brzydzą się zabijaniem. Kość, której używają, pochodzi z legalnego, państwowego źródła, musi być pozyskiwana od słoni, które zmarły naturalną śmiercią.

 


Kość na plecy

Tak jak filipińscy księża święcą figurki z kości słoniowej, tak buddyjscy mnisi odprawiają obrzęd kai guang, otwarcie światła, który konsekruje przedmioty kultu. – Chcąc okazać szacunek Buddzie, musimy używać cennego materiału, zaś kość słoniowa jest bardzo cenna. A jeśli nie kość słoniowa to złoto – wyjaśnia mi Xue. Mniej więcej to samo słyszałem od katolików z Filipin – kość słoniowa jako oznaka szacunku dla Boga.

W każdym sklepie i warsztacie, które odwiedziłem w Chinach, znaczną część wyrobów stanowiły obiekty kultu. Wśród nabywców jest wielu wojskowych, którzy w Chinach są szczodrze opłacani; w dobrym tonie jest wręczanie prezentów z kości słoniowej dowódcom. Biznesmeni podobnie honorują swoich kontrahentów i urzędników państwowych, chcąc zyskać ich przychylność. – Nazywamy to robieniem sobie pleców – wyjaśnia mi przedstawiciel Chińskiego Związku Rzemiosła Artystycznego CACA. Kość słoniowa pełni funkcję podobną do naszej butelki koniaku, czyniąc jednak dobro zarówno odbiorcy, jak i dawcy.

W sklepie z wyrobami z kości w Kantonie poznaję Gary’ego Zenga, który pokazuje mi na iPhonie zdjęcie 26-warstwowej kuli z kości słoniowej, nieprawdopodobnie misternej roboty. 42-letni biznesmen właśnie kupił w fabryce Danin dwie takie kule, jedną dla siebie, a drugą dla kolegi. Przyszedł do sklepu, by sprawdzić, czy nie przepłacił. Jego zakup ma być wyeksponowany na honorowym miejscu w nowym domu, który Zeng właśnie buduje. Kula będzie strzegła domu przed złymi duchami. W tej chwili jednak jest tylko bardzo drogą zabawką – kosztowała 50 tys. dolarów. Pytam Zenga, w jakim celu młodzi przedsiębiorcy kupują wyroby z kości słoniowej. – Wartość i piękno – odpowiada. – A myśli pan o słoniu? – pytam. – Absolutnie nie.

 

Japońskim Śladem

W 1989 r., po 10 latach eksterminacji w tempie jeden słoń na 10 minut, prezydent USA George Bush wydał jednostronny zakaz importu kości słoniowej, Kenia spaliła swój 13-tonowy zapas surowca, a CITES ogłosił światowy zakaz obrotu kością słoniową od 1990 r. Nie wszystkie kraje jednak zgodziły się uczestniczyć w tej akcji. Zimbabwe, Botswana, Namibia, Zambia i Malawi zgłosiły „zastrzeżenia”, powołując się na fakt, że ich populacje słoni są w na tyle dobrej kondycji, że odstrzał do celów komercyjnych im nie zagrozi. W 1997 CITES zwołał swoje posiedzenie w Harare w Zimbabwe. Prezydent kraju Robert Mugabe wygłosił wtedy mowę, w której skarżył się, że słonie zajmują dużo miejsca i wypijają mnóstwo wody. I że za przestrzeń, wodę i to, co zjadają, muszą zapłacić kością. Zimbabwe, Botswana i Namibia zaproponowały CITES układ: będą przestrzegać zakazu handlu kością pod warunkiem, że zezwoli się im na eksport ciosów pobranych od słoni z odstrzału selektywnego lub od tych, które padły z przyczyn naturalnych.

CITES poszedł na kompromis i wyraził zgodę na jednorazowy, „eksperymentalny” eksport kości słoniowej z tych trzech krajów do jedynego odbiorcy – Japonii. W 1999 Japonia zakupiła 50 ton kości słoniowej za 5 mln dolarów. Niemal natychmiast zgłosiła zapotrzebowanie na większą ilość, a za chwilę prawa do legalnego zakupu kości słoniowej zaczęły domagać się Chiny. Jeśli zatem kenijski prezydent Daniel Moi jest ojcem zakazu handlu międzynarodowego kością słoniową, to Robert Mugabe z Zimbabwe jest ojcem pierwszego wyłomu w tym zakazie.

W raporcie z 2002 r. władze Chin ostrzegły CITES, że główną przyczyną ich problemów z przemytem kości słoniowej jest właśnie eksperyment japoński: Wielu Chińczyków opacznie zrozumiało tę decyzję i uznało, że międzynarodowy handel kością słoniową jest na powrót dozwolony. Po prostu konsumenci uznali, że kupowanie kości słoniowej jest w porządku.

W lipcu 2008 r. stały komitet CITES przychylił się do wniosku Chin o zakup kości słoniowej. Decyzję poparły Traffic (organizacja pozarządowa śledząca międzynarodowy obrót dzikimi zwierzętami) i WWF. Zgodziły się też państwa uczestniczące w konwencji i jesienią 2008 r. w Botswanie, Namibii, RPA i Zimbabwe odbyły się aukcje, na których kupcy z Chin i Japonii nabyli w sumie 115 ton kości słoniowej.

– Dane potwierdzają brak korelacji między decyzją podjętą przez CITES a poziomem nielegalnego handlu – oświadczył Willem Wijnstekers, ówczesny sekretarz generalny CITES, podając szacunki na podstawie osobliwie interpretowanych statystyk konfiskat. W ten sposób chciał uzasadnić zaskakującą zgodę na kolejne transakcje.

Ale Japonia to niewielki kraj wyspiarski, gdzie kości słoniowej używa się praktycznie tylko w jednym celu: do wytwarzania tradycyjnych osobistych pieczątek zwanych hanko. Chiny natomiast graniczą z 14 państwami; mają długą linię brzegową, żywiołowo rozwijającą się gospodarkę, 10 razy więcej ludności, osobne władze w Hongkongu, gdzie kość słoniowa jest uwielbiana, wielkie inwestycje w Afryce i tysiące zastosowań dla kości słoniowej – od rzeźb po obudowy telefonów komórkowych. Gdy Japonia kupowała kość słoniową, Chiny twierdziły, że wzrosły u nich problemy z przemytem. Teraz same Chiny weszły do biznesu. CITES tymczasem zapewnił świat, że nie ma się czym martwić.

 

W sieci sprzecznych interesów

Meng Xianlin jest dyrektorem generalnym chińskiego komitetu CITES. W 2008 r. brał udział w aukcjach kości słoniowej na południu Afryki. Rozmawiając z nim, dowiaduję się, że afrykańskie aukcje były ustawione. Grupa japońskich kupców w drodze do Afryki zajrzała do Pekinu, gdzie złożyła strategiczną propozycję.

Ponieważ w Japonii potrzeba głównie wysokiej jakości niedużych kłów na hanko, a Chińczycy wolą całe ciosy na duże rzeźby lub małe kawałki na bibeloty, Japończycy zaproponowali, by przedstawiciele obu krajów licytowali oddzielnie różne rodzaje kości słoniowej i nie podbijali sobie nawzajem cen. Kość poszła tak tanio, powiedział mi Meng, że urzędniczka namibijska, która prowadziła pierwszą aukcję, jeździła później za azjatyckimi delegacjami, chcąc znaleźć dowody zmowy.

Mimo to CITES przedstawił aukcje jako sukces. Uzyskano 15,5 mln dolarów, z czego większość miała pójść na afrykańskie programy ochrony słoni. Chociaż niska cena, 149 dol. za kilogram kości, pozwalała sądzić, że Afrykanie mniej wydadzą na ochronę przyrody, oznaczała też – według CITES – że Chińczycy zapobiegną przemytowi, zalewając rynek wewnętrzny tanią, legalną kością słoniową. To sprawi, że nielegalny handel przestanie się opłacać. Jak powiedział Agencji Reutera Willem Wijnstekers z CITES, niska cena ogranicza kłusownictwo.

Tymczasem chiński rząd zrobił coś, czego się nikt nie spodziewał. Opracował 10-letni plan ograniczania podaży i zamierza wypuszczać na rynek wewnętrzny tylko mniej więcej pięć ton kości słoniowej rocznie. Ale władze chińskie wcale nie podcinają w ten sposób czarnego rynku. Przeciwnie, używają monopolu państwowego, aby więcej zedrzeć z nabywców.

Jeśli przyjąć założenie CITES, że niskie ceny i duże ilości towaru wypychają z rynku przemytników, to narzucone przez Chiny wysokie ceny i ograniczenie podaży tylko zachęcą szmuglerów. I rzeczywiście, zgoda na zakup kości słoniowej przez Chiny pobudziła przemyt – potwierdzają to niezależne międzynarodowe organizacje obserwujące rynek. A ceny dalej rosną. Według Feng You Mina, dyrektora handlowego zakładów w Daxin, cena surowej kości w kraju jest 20-krotnie wyższa od zapłaconej w Afryce.

Mleko się rozlało. Kość słoniowa, która w 2008 r. trafiła legalnie na rynek, już zawsze będzie mogła stanowić przykrywkę dla szmuglu. Chiny, ubiegając się o zezwolenie, ustanowiły wiele zabezpieczeń. Jedno z nich polega na tym, że każdemu wyrobowi większemu niż drobiazg musi towarzyszyć metryczka z identyfikacyjną fotografią. Ale na maleńkich fotografiach przedmioty o podobnych religijnych czy tradycyjnych motywach wyglądają identycznie. Według najnowszego raportu Międzynarodowego Funduszu na rzecz Zwierząt (IFAW ) chińscy handlarze wyrobami z kości słoniowej sprzedają rzeźby klientom, ale zdjęcia identyfikacyjne zatrzymują. Potem służą one do legalizacji wyrobów z przemyconego surowca. Same zdjęcia stały się przedmiotem obrotu na rynku wtórnym. Chiński system metryczek nadaje więc pozór legalności wyrobom nielegalnym. To gorsze niż brak systemu.

Tuż przed konferencją na temat słoni na spotkaniu CITES w sierpniu 2011 r. Chiny doprowadziły do wydalenia wszystkich organizacji pozarządowych zainteresowanych tematyką. To akt bez precedensu. Jak wytłumaczył mi Meng Xianlin, szef chińskiego CITES, przyczyną wydalenia był raport małej, ale wpływowej organizacji z Londynu – Environmental Investigation Agency (EIA ). Stwierdziła ona, że chiński system nadzoru nad handlem kością słoniową to fikcja, 90 proc. surowca na rynku chińskim to kość szmuglowana, zaś aukcje z 2008 r. doprowadziły do odrodzenia nielegalnego handlu. Tymczasem CITES pozwolił sobie na zdumiewające wyznanie: Stały komitet nadal stara się zrozumieć wiele aspektów nielegalnego obrotu kością słoniową.

 

Słoń a sprawa CITES

Meng śmiał się, gdy dolewałem mu piwa. Mówił, że gdy afrykańska kość słoniowa docierała do Chin, z transportu wydobywały się dziwne dźwięki. Dopiero po jakimś czasie udało się wyjaśnić, co to jest. Otóż na aukcjach najlepiej wyglądała kość z RPA , bo była najbielsza. Ale teraz niektóre ciosy po prostu pękały. – Było słychać, jak trzeszczą – ciągnął Meng. Według niego sprzedawcy z Afryki Południowej, chcąc uzyskać dobrą cenę, wybielili kość chemicznie, w efekcie czego przesuszone ciosy pękały.

Cenniejsza od białej kości z sawannowego podgatunku słonia afrykańskiego jest żółta mniejszego afrykańskiego słonia leśnego. – Ta jest najlepsza – Feng z zakładów w Daxin pokazuje mi kawałek takiego ciosu. Wyroby z kości słoniowej słoni leśnych sprzedają się na pniu, klienci zapisują się na nie z wyprzedzeniem. Kłopot jest tylko taki, że słonie leśne nie występują w krajach, w których Chiny mogą legalnie kupić kość. Żyją za to w środkowej i zachodniej Afryce, np. w Kamerunie, gdzie w tym roku doszło do ataku muzułmańskich kłusowników.

W marcu odbędzie się kolejne posiedzenie CI TES , na którym omawiana będzie kwestia handlu kością. Jaką przyszłość przyniesie ono afrykańskim słoniom?