Wszyscy znamy rozpalające wyobraźnię historie słynnych polarników, którzy stawiali kolejne kroki na obu biegunach Ziemi. Ale zapominamy, że za każdym wielkim człowiekiem stoi mądra kobieta. I właśnie twarze tych kobiet przypomina Kari Herbert w swojej książce

Motywacja Herbert jest oczywista. W końcu jest córką  jednego z największych polarników XX wieku, Wally'ego Herberta, a sama – towarzysząc ojcu i matce – spędziła dzieciństwo w Arktyce. Po swojej debiutanckiej książce „Córka polarnika. Zapiski z końca świata” postanowiła pójść krok dalej i na pisarski warsztat wzięła biografie kobiet, które stały za sukcesami swoich mężczyzn. Oni jako pierwsi postawili swoje stopy na nieprzyjaznych dalekiej Północy i Południu. One z kolei wiernie trwały u ich boku, często niemal dosłownie, biorąc udział w często karkołomnych wyprawach. Jak pisze Herbert, w czasach zdobywania obu biegunów, polarnicy byli traktowani niczym dzisiejsi celebryci, a ich zdobycze i przygody zapełniały pierwsze strony gazet, im zaś dawały sławę i miejsce w historycznym panteonie. Stąd wielki wyścig, w jakim nieraz polarnicy brali udział, bo liczyło się, kto pierwszy osiągnie cel, albo zajdzie dalej w białej śnieżycy niż jego poprzednicy. W tym białym szaleństwie ich żony i dzieci często towarzyszyły im pośrednio lub bezpośrednio – pisząc listy i zbierając fundusze na ich podróże, dzieląc z nimi trudy i dramaty niełatwych biegunowych wędrówek. Kari Herbert skoncentrowała się na siedmiu życiorysach kobiet, które – śmiało można tak powiedzieć – stały za sukcesem swoich mężów-polarników. Wybrała siedem niezwykłych historii. Wśród nich znalazły się życiorysy takich kobiet, jak Josephine Peary, która razem z mężem Robertem Pearym wzięła udział w ekspedycji na daleką Północ. Jej obecność była żywą reklamą wyprawy i przyciągnęła uwagę mediów. Eva Nansen nie popłynęła ze swoim mężem na statku „Fram” w stronę Morza Arktycznego, za to wymieniła z nim dziesiątki listów, wyrażając swoją miłość i tęsknotę i dodając mu otuchy w trudnych chwilach. Herbert napisała też o dwóch żonach kapitana Johna Franklina: Eleanor Porden oraz Jane Griffin. Ta druga nie tylko załatwiała fundusze na podróże męża, ale sama miała w sobie podróżniczego ducha i gdy Franklin zdobywał Arktykę, ona podróżowała po Afryce i Bliskim Wschodzie. Znalazło się też w książce miejsce dla romantycznej Emily Shackleton, której korespondencję z mężem Ernestem możemy przeczytać, oraz dla charyzmatycznej, niemal męskiej w swojej naturze Kathleen Scott, żonie słynnego zdobywcy regionów Arktyki oraz rywala Norwega Amundsena w wyścigu na Biegun Południowy. Ostatnia historia poświęcona jest matce Kari – Marie Herbert i jej życiu z mężem polarnikiem na Grenlandii. To nie tylko pięknie opisane życiorysy. Herbert opisuje, jak słynni polarnicy poznali swoje żony, jak znosiły one ich nieustającą nieobecność oraz jak wyglądało życie ze spragnionymi przygód i sukcesów odkrywcami. Herbert fabularyzuje te historie, choć sprawnie trzyma się faktów. Korzysta z bogatej korespondencji, artykułów w gazetach, materiałów zdjęciowych. W efekcie powstała wciągająca książka o niezwykłych partnerkach równie niezwykłych mężczyzn. Idealna lektura na chłodne, jesienne wieczory. „Żony polarników”, Kari Herbert, wyd. Carta Blanca