Stare przysłowie mówi, że o człowieku świadczą czyny, nie słowa – nasza aktywność w mediach społecznościowych jest tego dowodem.

W marcu cyberprzestrzenią (i całkiem realną giełdą) zatrzęsło ujawnienie afery Cambridge Analytica. Sygnalista Christopher Wylie ujawnił, że za pomocą prostej aplikacji na Facebooku pozyskano dane milionów użytkowników (bez ich wiedzy), a następnie sprzedano je podmiotom zaangażowanym w kampanie wyborcze podczas wyborów prezydenckich w USA w 2016 roku. 

Informacje, które były najważniejsze dla Cambridge Analytica to wcale nie te z naszych profili: ulubione filmy, książki, czy muzyka. Znacznie większą wartość ma wiedza o tym pod czym kliknęliśmy przycisk “lubię to” lub jakąkolwiek inną reakcję z dostępnych w portalu. 

- Facebook to naprawdę niesamowite miejsce do zbierania informacji, bo wydaje nam się, ze dzielimy się nimi z przyjaciółmi i rodziną, prawda? Tak naprawdę przede wszystkim dzielimy się ze wszystkimi firmami, które używają Facebooka – mówi Timothy Summers z University of Maryland's College of Information Studies.

W 2013 roku Michał Kosiński, analityk big data, wraz ze swoim zespołem ogłosił wyniki badań nad możliwością określenia wrażliwych cech osobistych. Algorytm badaczy był w stanie przewidzieć kolor skóry użytkownika z dokładnością 95%, płeć na 93%, orientację seksualną w 93%, a preferencje polityczne w 85%.  

Zaledwie na podstawie 10 przyznanych like'ów model komputerowy może poznać cię znacznie lepiej niż kolega – pokazało kolejne badanie Kosińskiego z 2015 roku. Po analizie 70 like'ów zna cię lepiej niż współlokator lub przyjaciel, z 150 – przebija członka rodziny, a mając do dyspozycji 300 wie o tobie więcej niż narzeczona lub narzeczony. 

Obecnie coraz więcej kampanii reklamowych, także wyborczych, opiera się na tak zwanym “micro-targeting” - celowaniu w skali mikro. Na podstawie bardzo szczegółowych danych tworzone są komunikaty skierowane do konkretnych grup osób. Im lepiej są wycelowane, tym skuteczniejsze i powodujące przyszłą lawinę w postaci marketingu szeptanego. Tego typu marketing wymaga psychologicznego podejścia i jak największego rozszyfrowania osobowości człowieka, do którego jest adresowany. Wiedza, którą oddajemy w ręce portali społecznościowych reagując na treści jest tutaj nieoceniona, szczególnie że nie przyznajemy dziś tylko zero-jedynkowego like'a, a mamy do wyboru paletę reakcji.  To coś jak ścieżka z cyfrowych okruszków, po której można nas wytropić nawet w największym gąszczu informacji. 

Otrzymując kolejne reklamy, komunikaty, patrząd na swój “feed” lub inny strumień informacji warto się zastanowić jak silnie sami wpłynęliśmy na dobór treści, które widzimy dając znaki sztucznym inteligencjom w postaci reakcji. 

Tyma bardziej, skoro informacja dobierana jest “pod nas” na podstawie naszych wyborów w sieci – trzeba ją jeszcze mocniej przesiewać, bo przecież mówiąc nam A, celowo nie mówi B – żebyśmy nie uciekli ze strony do kogoś innego. 

Hasło serialu “Z archiwum X” dawno nie było tak aktualne: “Trust no 1” - nie ufaj nikomu. 

Błażej Grygiel

Źródło: CNN