Jezioro Rudolfa (zwane też jeziorem Turkana) jest podstawą egzystencji plemion północnego pogranicza Kenii. Akwenowi zagrażają inwestycje na zasilającej go rzece.

Tekst Neil Shea
Zdjęcia Randy Olson

Jest upalny wiosenny poranek. Galte Nyemeto stoi nad brzegiem Jeziora Rudolfa i wypatruje krokodyli. Woda jest płytka, więc raczej żaden wielki gad się w niej nie zaczaił.
 

Nyemeto, szamanka plemienia Daasanach, przyszła tu jednak z chorą, aby ją uzdrowić. Gdyby coś przerwało ceremonię, byłby to zły znak.
 

Niemal wszystkie hipopotamy, które są większe i bardziej niebezpieczne, myśliwi wytępili dawno temu. Zostało jednak mnóstwo krokodyli, zwłaszcza tutaj, poniżej delty rzeki Omo wpływającej na terytorium Kenii z Etiopii. Rzeczne krokodyle, płynące z nurtem na południe, są podobno żarłoczniejsze i sprytniejsze od tych, które lęgną się nad jeziorem, chociaż prawdę mówiąc, w wierzeniach plemiennych wszystkie uchodzą za wcielenie zła. A zatem rozglądając się, Nyemeto nie tyle szuka zwierząt, ile stara się zapewnić na ten dzień pomyślność.
 

To tu, to tam brązową gładź wody zakłóca muśnięcie skrzydła flaminga lub gwałtowny ruch ryby. Z zachodu dochodzi daleki warkot silnika łodzi. Nie ma krokodyli, nie widać nawet krowy czy wielbłąda. Nyemeto jest zadowolona i wprowadza młodą kobietę, Setiel Guokol, do wody. Każe jej zanurzyć się i umyć. Guokol nabiera wody, moczy twarz, ochlapuje sobie plecy.Tymczasem Nyemeto zagłębia dłonie w muł, wydobywa cieknące naręcze i energicznie rozmazuje po schorowanym kręgosłupie pacjentki.
 

– Badab – powtarza przy każdym ruchu – badab, idź precz. Odsuwa śmierć słowem i czynem. – Jezioro oczyszcza – dodaje znachorka.
 

Nyemeto ma renomę instancji ostatniej szansy. Gdy już wszystko zawiedzie – lekarstwa w lecznicy, Bóg białego człowieka w kościele, organizacje pomocowe w murowanych budynkach – chorzy ze swoimi dolegliwościami i lękami zwracają się do niej. Ona, w zamian za skromną opłatę, proponuje im nadzieję.
 

I tak wraz z Guokol trafiły nad jezioro. Chorej od miesięcy Guokol ostatnio się pogorszyło. Słabnie z dnia na dzień, złe duchy ją prześladują. W plemieniu Daasanach taki stan nazywa się gaatch. Zanim rodzina namówiła ją na wizytę u Nyemeto, z Guokol został cień: uszły z niej siły, młodość, zdrowie. Pacjentka ma jakieś 30 lat.
 

Nyemeto nad wodą rezygnuje ze swojej codziennej szorstkości, która często każe jej krzyczeć na dzieci i rzucać kamieniami w psy. W bezlitosnym skwarze troskliwie smaruje Guokol błotem, a potem opłukuje. Skończywszy, Nyemeto pomaga pacjentce wstać, po czym obie wracają ku brzegowi, ramię przy ramieniu.
 

– Nie oglądamy się za siebie – mówi Nyemeto, wyprostowana dumnie. – Duchy zostawiłyśmy z tyłu. Guokol, trzęsąca się z zimna, chuda jak patyk, mówi: – Wierzę, że wyzdrowieję.
 

Selicho leży tak daleko od cywilizacji, że dalej w Afryce Wschodniej już nie można. Na północnych krańcach Kenii, 400 km od najbliższej szosy, parę kroków od granicy etiopskiej, za którą ciągnie się ziemia niemal niczyja, wysuszona na wiór i spalona słońcem. Jeśli w takim miejscu ktoś szuka nadziei, to zwróci się do Nyemeto, którą znajdzie tuż obok, a ona z kolei zwróci się do jeziora. Nic w tym dziwnego, tutaj wiara i nadzieja w sposób naturalny łączą się z wodą, a wody w Jeziorze Rudolfa na razie nie brakuje.
 

Jest to największe na świecie jezioro pustynne; w wulkanicznej rynnie na skraju Wielkiego Rowu Afrykańskiego trwa od jakichś 4 mln lat. Przez ten czas wielokrotnie powiększało się i zmniejszało. Nad jego brzegami żyli przodkowie człowieka, a potem najdawniejsi ludzie wiedli łowiecko-zbieracko-rybacki żywot, póki nie wyruszyli w podróż z Afryki na cały świat.
 

10 tys. lat temu jezioro było znacznie rozleglejsze niż dzisiaj. Przed 7 tys. lat skurczyło się. Neolityczne plemiona wznosiły w świętych miejscach nad jego brzegami tajemnicze kamienne słupy. Związana z jego wodami tradycja, którą kontynuuje Nyemeto, może być bardzo stara, chociaż nikt nie potrafi określić na pewno, skąd się wywodzi ani kiedy się narodziła.
 

Jezioro, jak każdy pustynny zbiornik wodny, jest bardzo podatne na niekorzystne czynniki. Około 90 proc. wody słodkiej niesie tu Omo. Tymczasem rząd Etiopii zapowiada intensywne zagospodarowanie terenów wzdłuż rzeki. W realizacji jest zapora z hydroelektrownią, w planach – nawadnianie żądnych wody wielkotowarowych plantacji trzciny cukrowej. Wszystko to grozi zatamowaniem trwającego od niepamiętnych czasów dopływu słodkiej wody i uśmierceniem jeziora. Według najczarniejszych scenariuszy zbiornik będzie się kurczyć i w końcu wyschnie, co zamieni miejscową ludność w kolejną falę uchodźców.
 

Współplemieńcy Nyemeto należą do tych, którzy z powodu etiopskich ambicji mogą stracić najwięcej, a zarazem mają najmniej do powiedzenia. Terytoria Daasanachów rozciągają się po obu stronach granicy etiopsko-kenijskiej, którą wytyczyli ponad sto lat temu geometrzy oddzielający obszar interesów brytyjskich od ziem cesarstwa Abisynii. Większość ludu Daasanach znalazła się na terytorium Etiopii; dużo mniejsza część – w Kenii, gdzie należy do najmniejszych i mających najmniejsze wpływy grup etnicznych.
 

W Kenii żyje 10 tys. Daasanachów, ale dopiero niedawno dorobili się pierwszego reprezentanta na szczeblu okręgu; o pośle do parlamentu w Nairobi nie mają nawet co marzyć. Jako odbiorcy jakiejkolwiek pomocy są na szarym końcu. Wielu Kenijczyków z południa ani Jeziora Rudolfa nie uważa za część kraju, ani takich ludzi jak Nyemeto czy Guokol za współobywateli. Nie ma tu sieci elektrycznej, szkół ponadpodstawowych, regularnej komunikacji. Z wioski, w której mieszka Nyemeto, wyjechali nawet misjonarze, porzuciwszy kościół. Daasanach, podobnie jak ich jezioro, stali się praktycznie niewidzialni.
 

60-letni Michael Moroto Lomalinga, wódz kenijskich Daasanachów, już w młodości zdawał sobie sprawę z kruchości egzystencji plemienia. W tamtych czasach rządzili jeszcze Brytyjczycy, a północ kolonii uważana była za prowincję zabitą dechami, nienadającą się do niczego, na mapach oznaczaną jako „obszar zamknięty”.
 

– Oficjalnie się nie liczymy – mówi Moroto, wysoki mężczyzna o gładkiej twarzy. – W narodowym spisie powszechnym ujmuje się nas w kategorii „inni”. Możecie to sobie wyobrazić?
 

Moroto mieszka w pełnej beczących kóz i niesionego wiatrem kurzu wiosce Ileret niedaleko Selicha, nad północno-wschodnim brzegiem jeziora. Tak jak innych wodzów plemiennych w Kenii mianowały go władze państwowe. Pozostaje na stanowisku od 20 lat, a jego obowiązki przypominają zadania wójta w gminie. Jest wiele kłopotów, skarg, mnóstwo biurokracji, od czasu do czasu plotki o korupcji. Ale w kwietniu 2014 r., po długiej suszy, Moroto musiał sobie radzić ze znacznie poważniejszymi sprawami. Wszystkie one wiązały się z wodą.
 

Od wschodu pasterze z ludu Gabbra zapędzili się ze swoim bydłem na terytorium Daasanachów. Na zachodzie rybacy z plemienia Turkanów nękają łowiących w jeziorze Daasanachów. Oba plemiona są liczniejsze, mają plecy u władz i nielegalną broń. Rybacy Turkana ogołocili z ryb własne wody i teraz podpływają pod Ileret i Selicho. Straszą, grożą, kradną sieci. Potrafią zabić. 
 

Należy dodać, że Daasanachowie nie są potulni, mają dumę i broń. Odpierają ataki zażarcie, a niekiedy sami wszczynają utarczki. Gdy człowiek musi się utrzymać w buszu czy na wodzie, najpierw posłucha własnego interesu, niezależnie od tego, co mówi Moroto. Niemniej jednak wódz musi zrobić wszystko, by zapobiec eskalacji konfliktów i uruchomieniu błędnego koła przemocy i zemsty. Wody i ryb wystarczy dla wszystkich, powtarza nieustannie, choć nie zawsze sam w to wierzy.
 

– My, Daasanachowie, jesteśmy marginalizowani – twierdzi Moroto. – Na walkach na ogół źle wychodzimy, a na pomoc rządu nie możemy liczyć. Władze nie działają na rzecz spokoju, kiedy jest spokój. Zaczynają dopiero, gdy nabrzmieje konflikt – dodaje. A konflikt wisi w powietrzu, bo zza pospolitych niesnasek między pustynnymi plemionami wyzierają wielka tama i plantacje trzciny. Urzędnicy i parlamentarzyści w Nairobi nie mają do tego głowy, ale Moroto potrafi sobie wyobrazić, jakie piekło się rozpęta, gdy jezioro zacznie się kurczyć. Przeraża go – a równocześnie w jakiś sposób uspokaja – świadomość, że on sam nic na to nie może poradzić.
 

Abdul Razik zapala papierosa i opiera bosą stopę o czerwoną gazową butlę. Obok niej leży nieruchomo na dnie łodzi ogromna ryba. Jej oczy, które zamgliły się dopiero przed chwilą, są wielkości piłek golfowych. Świeżo pomalowana na zielono łódź sunie po mętnej wodzie. Razik wyjaśnia mi, że zielony kolor to kamuflaż, ma utrudnić piratom z plemienia Turkana wypatrzenie jego nowego nabytku.
 

Jest majowy ranek, Razik właśnie sprawdził swoje sieci utrzymywane na powierzchni za pomocą pływaków z butelek po coli. W sieci była tylko jedna ryba. W drodze powrotnej Razik wskazuje palcem na północ, na ścianę szuwarów po stronie etiopskiej. Słyszał o zaporze i plantacjach, które grożą wysuszeniem jeziora.
 

– Jeśli zatamują rzekę i zabiorą wodę, a jezioro zniknie, ucierpi mnóstwo ludzi – mówi. – Tysiące ludzi, dziesiątki tysięcy. Wszyscy się z tego jeziora utrzymują.
 

Razik jest przedsiębiorcą, jednym z niewielu, którzy starają się wykorzystać możliwości, jakie może dawać Jezioro Rudolfa, ponad dostarczanie codziennych środków do przetrwania. Mieszka w Selichu, ma żonę Daasanach, ale sam jest Kenijczykiem pochodzenia arabskiego, wywodzi się z wybrzeża Oceanu Indyjskiego. Jest posiadaczem czterech łodzi i od czasu do czasu sprowadza z Nairobi ciężarówkę z kontenerem lodu. Skupuje od sąsiadów to, co złowią; w ciągu paru dni wypełnia kontener 2–3 tonami ryb, po czym wraca do Nairobi i sprzedaje.
 

Przed przybyciem nad Jezioro Rudolfa przez wiele lat pracował w przetwórni ryb w Kisumu nad Jeziorem Wiktorii. Jezioro Wiktorii, największe w Afryce, obejmuje fragmenty terytoriów Kenii, Ugandy i Tanzanii. Rybołówstwo na tym akwenie zaspokaja popyt na chłonnych rynkach lokalnych, a także pozwala na eksport do Europy tysięcy ton okonia nilowego.
 

Rabunkowa gospodarka naruszyła jednak równowagę ekologiczną akwenu, a żywiołowy rozwój branży przetwórstwa rybnego przyniósł ze sobą wiele problemów, takich jak rozrastanie się nad jeziorem dzielnic biedy, narkomania, niskie zarobki, złe warunki pracy. W końcu miał dość i postanowił się stamtąd wynosić. – A poza tym połowy stawały się coraz gorsze. Okonia było mniej i mniej – mówi.
 

Razik zastanawiał się, jakie ma możliwości. Nad Jeziorem Rudolfa nie było przemysłowego rybołówstwa ani przetwórstwa, problemów związanych z szybkim rozwojem. Życie tu mogło okazać się trudniejsze, może i niebezpieczne. Plusem była niewielka konkurencja, a przede wszystkim obfitość okonia nilowego.
 

Wśród Daasanachów mieszka od sześciu lat. Polubił tych ludzi. W Kenii niełatwo być muzułmaninem, ale Daasanachom jego religia nigdy nie przeszkadzała; jego żona przeszła na islam. A poza tym, twierdzi Razik, mieszkańcy Selicha mają pokojowe usposobienie i nie łowią rabunkowo. Zamierza tu zostać, wychować dzieci w małym dwupokojowym domku, w którym zdarza mu się w kuchni naprawiać motocykl. Póki panuje spokój, a okoni jest dość, by wypełnić kontener z lodem, czegóż więcej trzeba do szczęścia? Widzi możliwości rozwoju. Chyba że spojrzy na północ – wtedy dostrzega kłopoty.
 

725 km w górę rzeki Omo, w Etiopii, w styczniu rozpoczęto napełnianie zbiornika zapory Gilgel Gibe III. Dużo bliżej Jeziora Rudolfa wielkie spychacze pełzają po suchej glebie nad brzegami rzeki, przygotowując grunty pod uprawę trzciny cukrowej i bawełny. Skutki tych działań wkrótce zaczną być odczuwalne w Kenii, a dla 90 tys. ludzi z plemion utrzymujących się z jeziora mogą się okazać katastrofalne.
 

– Rzeka Omo to pępowina Jeziora Rudolfa. Tak należy rozumieć tę zależność – tłumaczy mi Sean Avery, inżynier hydrolog, który poświęcił całe lata na badanie zlewni rzeki Omo i jeziora. – Jeśli się pępowinę przetnie, akwen obumrze.
 

Avery mieszka w Kenii i na zlecenie Afrykańskiego Banku Rozwoju sporządzał analizy wpływu planów władz Etiopii na rzekę. W 2013 r.
 

Ośrodek Studiów Afrykańskich Uniwersytetu Oksfordzkiego opublikował broszurę z pracami Avery’ego i podsumowaniem jego badań nad wpływem na środowisko inwestycji nad rzeką Omo. Wyniki tych badań są przygnębiające.
 

– Jeśli w klimacie, jaki tam panuje, zabierze się wodę z rzeki do nawadniania, jej część przesiąknie i wróci. Ale większość wyparuje – wyjaśnia.
 

Avery i inni eksperci twierdzą, że zagrożenia zaczęły się od przegrodzenia rzeki tamą, największą w Afryce, 243-metrową ścianą betonu. Zapory nieuchronnie szkodzą ekosystemom leżącym poniżej. Przez trzy lata, w trakcie napełniania się zbiornika Gibe III, 70 proc. wody rzeki będzie pozostawało w zbiorniku, a poniżej zapory zapanują warunki typowe dla czasu wielkiej suszy. Dla jeziora to będzie poważny stres. 
 

Gdy zbiornik się napełni, sytuacja mogłaby się unormować, tyle że wtedy wodę zaczną zabierać plantacje trzciny cukrowej. Jej uprawa wymaga bardzo dużo wody, więc na suchych terenach dolnego odcinka doliny Omo byłaby niemożliwa bez zbiornika zaporowego jako stabilnego rezerwuaru do nawadniania. W oficjalnych planach zagospodarowania pod trzcinę cukrową i bawełnę przeznaczono tysiące hektarów w południowej Etiopii. Według Avery’ego następne tysiące są zarezerwowane pod przyszłe plantacje. Ich zakładanie już się zaczęło, a dalszy ich los zależy od wody z jednego, jedynego źródła: rzeki Omo.
 

Trudno przewidzieć, jak i kiedy te wszystkie zagrożenia będą się materializowały. Budowa zapory rozpoczęła się w 2006 r., ale termin jej ukończenia odkładano już wielokrotnie.
 

Niemniej jednak zbiornik napełnia się już od stycznia. Wprawdzie plantacje już powstają, ale na razie skala rolniczej transformacji nie jest nawet w przybliżeniu tak wielka, jak zakładano.
 

Za przykład tego, co grozi jezioru, Avery i inni specjaliści podają trwającą od wielu lat katastrofę Jeziora Aralskiego na pograniczu Kazachstanu i Uzbekistanu. Było ono niegdyś czwartym co do wielkości śródlądowym akwenem na Ziemi. Wody zasilających go dwóch rzek jeszcze w czasach ZSRR zaczęto wykorzystywać do nawadniania upraw bawełny. Do 2007 r. Jezioro Aralskie praktycznie wyschło, a jego żyzna niegdyś niecka stała się pustynnym nieużytkiem.
 

Równie apokaliptyczny koniec może spotkać Jezioro Rudolfa. Zdaniem Avery’ego najgorszy scenariusz polega na stopniowym powiększaniu obszaru upraw, zmniejszaniu się z latami przepływu w rzece i opadnięciu poziomu wody w jeziorze o 18 m. W końcu pozostaną tylko dwa małe zbiorniki. Jeden będzie się znajdował w pobliżu terytorium Daasanachów, drugi dalej na południe. Będzie izolowany, zasolony i płytki.
 

Rząd Etiopii ignoruje głosy krytyczne. Kilkunastu naukowców, do których się zwróciliśmy, potwierdziło, że nie ogłoszono publicznie żadnych informacji na temat wpływu na środowisko inwestycji nad rzeką Omo. Avery zwraca uwagę, że Etiopczycy w ogóle nie interesują się Jeziorem Rudolfa. – Wszystkie ich opracowania zajmują się tylko tym, co leży na ich terytorium państwowym. – Dlaczego tak postępują? Przecież nie można zakładać, że żadnego wpływu na jezioro nie będzie.
 

Najbardziej niepokoi trwająca właśnie akcja władz etiopskich pod hasłem „uwioskowienia” doliny Omo, czyli osiedlanie w stałych wioskach koczowniczych pasterskich plemion. Przedstawiciele władzy twierdzą, że to akcja dobrowolna, ale mieszkańcy doliny Omo i działacze ruchów na rzecz praw człowieka wiedzą, że osiedlanie jest przymusowe, a jego celem jest uwolnienie ziemi pod plantacje. Atmosferę podejrzliwości podsyca fakt, że władze etiopskie z reguły nie wpuszczają na te tereny dziennikarzy.
 

W 2009 r., gdy wraz z fotografem Randym Olsonem odwiedziliśmy budowę zapory Gibe III, zbierając materiały do naszego artykułu o rzece Omo (ukazał się w NG w 2010 r.), od etiopskiego urzędnika usłyszałem: – Zagospodarowanie tej ziemi jest naszym przeznaczeniem. Naszym obowiązkiem jest zaprząc rzekę do pracy. – Nie tylko dygnitarze, także lud w wodach tej rzeki ujrzał błyski nadziei. 
 

– Etiopczycy prą do zagospodarowania tych terenów – mówi Avery. – Właściwie trudno im się dziwić. Prawie każde państwo robiło takie rzeczy ze swoimi zasobami naturalnymi. Ale
tu skutki będą naprawdę opłakane.

Większość polityków kenijskich w sprawie planów Etiopii nabrało wody w usta, nie zważając na ponure przewidywania i krzyk podnoszony przez organizacje pozarządowe i społeczności lokalne. Wódz Moroto powiedział, że nad jeziorem wzbiera gniew, zaczynają wybuchać protesty. Ale w stolicy te nastroje nie znajdują odzewu. Przedstawiciele władz z reguły odmawiali komentarzy, twierdząc, że obawiają się konsekwencji politycznych. Prawda jednak jest prosta. Wyłania się co chwilę z prywatnych wypowiedzi, z bezradnego rozłożenia rąk, z próśb o pomoc. 
 

Pewnego wieczoru w Ilerecie rozma wiam z policjantem. Mówimy o bezpieczeństwie. Bojownicy muzułmańscy z Somalii od czasu do czasu urządzają najazdy na kenijskie tereny przygraniczne. Pytam go, czy sam  czuje się bezpiecznie w tym rejonie Kenii.
 

Policjant, wywodzący się z południa kraju, wypluwa przeżuty czat i unosi palec. – Przyjacielu  – mówi – rozejrzyj się dookoła. Widzisz tu Kenię? Bo ja nie. 
 

Gdy rozmawiam ze znachorką Nyemeto, słyszę odbicie tego samego nastawienia. – Gdzie jest Kenia? – pyta. – Nigdy nie byłam w Kenii.
 

Abdul Razik próbuje widzieć to inaczej.
– Te obszary nic nie znaczą dla ludzi z południa – mówi, stojąc na piaszczystej równinie koło Selicha. – Nie wiedzą, jak się tu żyje. Nie obchodzi ich, co się stanie z tutejszymi ludźmi.
 

Chowa się w cieniu wielkiej ciężarówki-chłodni. Ciekną z niej iskrzące się w słońcu strugi wody z topniejącego lodu, którą pryskają się rozbrykane gołe dzieciaki. 
 

Ciężarówka jest własnością kolegi Razika, który ma nadzieję wypełnić ją okoniem nilowym. Rybacy przynoszą im swoje połowy, niektórzy zastanawiają się, czy udałoby się pójść w ślady Razika i zarobić takim jednym kursem więcej pieniędzy niż ich rodziny i sąsiedzi widzieli przez całe życie. Dla większości jest to jednak marzenie ściętej głowy.
 

Grupka rybaków zbiera się podczas naszej rozmowy w palącym słońcu. Są gniewni, rozżaleni. Usłyszeli jakieś plotki, wiedzą, że coś złego się szykuje, ale niewiele rozumieją z etiopskich planów i kenijskiego milczenia. Razik jest człowiekiem oblatanym, zna języki, dużo wie, więc do niego wykrzykują swoje pytania i pretensje. 
 

Niektórzy pytają, dokąd mają iść, jeśli jezioro wyschnie. Inni mówią, że nikt nie zdoła zatamować rzeki tak potężnej jak Omo. Kilku przysięga, że będzie bić się z każdym, kto tego spróbuje. Razik wyjaśnia, tłumaczy, odpiera argumenty, w końcu, sam wyprowadzony z równowagi, zaczyna wymachiwać trzymanym w ręku papierosem i rozlewa sobie na brzuch gorącą herbatę.
 

Ale żadna awantura w takim upale nie trwa długo. Mężczyźni zaczynają rozcinać ogromnego okonia nilowego. Gniew ustępuje, ludzie myślą o jedzeniu. Razik klęka, zanurza dłoń we wnętrzu oprawianej ryby, wyciąga podłużny, śliski narząd. – Wiecie co to jest? – pyta. – Chińczycy płacą za to jak za zboże.
 

To pęcherz pławny, wykorzystywany w tradycyjnej medycynie chińskiej. Razik mówi, że można by go było wysyłać do Ugandy i innych miejsc w Afryce, gdzie jest coraz więcej Chińczyków. Jeszcze jedna szansa na horyzoncie.
 

Ostatniego dnia uzdrawiania Setiel Guokol zerwał się wiatr, słońce przesłonił pył. Nyemeto tłumaczy mi, że najlepiej byłoby zarżnąć barana. Ona podniosłaby ofiarne zwierzę, Guokol przeszłaby pod nim, w strugach oczyszczającej rytualnie krwi. Ale Guokol nie ma męża, a jej rodzina jest zbyt uboga, by pozwolić sobie na kupno barana. Dlatego Nyemeto sporządza wywar z łusek ziaren kawy. Mówi, że też pomaga. 
 

Guokol próbowała już różnych metod. Przez busz i koryto rzeki pojechała do lecznicy w Ilerecie. Dostała zastrzyk, flakon tabletek, odesłano ją do domu. Nie pomogło. 
 

Siedzi na starej czarnej koziej skórze przed chatą, sznurek czerwonych paciorków ma zawiązany na ramieniu, gdzie doszło do zaniku mięśnia. Zebrani sąsiedzi przyglądają się. W tradycji wielu tutejszych plemion jeśli osoba chora nie wyzdrowieje, przenosi się ją do samotnego obozowiska za wsią. Jeśli tam znajdzie ją śmierć, nie będzie nawiedzać żyjących.
 

Nyemeto przyniosła tykwę cienkiego naparu kawy i teraz, czerpiąc płyn warząchwią, polewa nim skórę pacjentki. Uciska palcami wychudzone ramiona, głowę i nogi Guokol; szczególnie dużo uwagi poświęca stopom.
– Odejdźcie, złe duchy! – mówi, wznosząc ręce ku niebu. – Odejdźcie, złe duchy!
 

Zabieg nie trwa długo. Guokol chwiejnie staje na nogach i owija się czerwonym kocem, choć ranek jest upalny. – Nie boję się – mówi. – Tak ma być. – Z włosów osypują jej się kawowe łuski.
 

Kobieta zmarła w czerwcu. Podobno pochowano ją nad jeziorem. W tym roku Omo wezbrała potężnie, wylała szeroko. Brązowe, żyzne, muliste i natlenione wody spłynęły do Kenii. Dobra woda dla okoni nilowych, dobre perspektywy dla rybaków. Flamingi wzbijają się w niebo jak fajerwerki.