Michał Woroch i Maciej Kamiński przemierzyli Amerykę Południową na wózkach inwalidzkich. Wyprawa niepełnosprawnych podróżników to potężna dawka pozytywnej inspiracji dla każdego! Usłyszycie o niej na Festiwalu Podróżników we Wrocławiu!

Opowieści z podróży będziecie mieli okazję wysłuchać już w sobotę 23 września na Festiwalu Podróżników National Geographic. Spotkanie z chłopakami odbędzie się we Wrocławskim Centrum Kongresowym o 13.30. Zapraszamy!

Było już “wózkami inwalidzkimi na Rajdzie Dakar”. Był wózek inwalidzki w błocie i bagnie. Były wózki inwalidzkie w Andach, na Atacama, nad Titicaca. Tym razem przyszedł czas na Amazonkę, a raczej Ukajali, najdłuższy dopływ największej rzeki świata. Bo tam ostatnio zawitali poruszający się na wspomnianych wózkach inwalidzkich Michał Woroch i Maciej Kamiński, którzy od kilku miesięcy podróżują Land Roverem Defenderem po Ameryce Południowej. 
 

Obejrzyj galerię zdjęć!
 

Na pograniczu życia i śmierci
 

Po krótkiej wizycie w Limie, zakosztowawszy gościnności pracowników ambasady polskiej w stolicy Peru, podróżnicy dotarli do Pucallpy. To przemysłowe i niezbyt urokliwe miasto portowe wniosło sporo magii do ekspedycji przyjaciół. A wszystko za sprawą szamanów.  
 

Michał zaczął się interesować niekonwencjonalnymi metodami leczenia, odkąd medycyna konwencjonalna przestała być skuteczna wobec jego schorzenia. Stąd w planach wyprawy pojawiło się spotkanie z szamanami, właśnie nieopodal Pucallpy. Miejsce, do którego trafiłem polecił mi mój znajomy, który od jakiegoś czasu zgłębia tajniki szamanizmu i medycyny naturalnej. Stwierdził, że jak będę w Ameryce Południowej, to muszę poddać się ceremonii ayahusca – mówi Michał.
 

Ceremonia ayahuasca w Peru i innych miejscach na świecie uznawana jest za rodzaj medycyny. Polega na podaniu naparu z mieszanki roślin amazońskich, a następnie sesji zbliżonej do medytacyjnej prowadzonej przez szamanów.
 

To nie jest łatwe doświadczenie ­– opowiada Michał. – Ceremonia odbywała się w pięknym dużym szałasie z bambusa, przypominał trochę mongolską jurtę. W plemieniu Shipibo, które ja odwiedziłem, przeprowadza się ją w nocy, w całkowitej ciemności. Moja zaczęła się o dziewiątej. Wypiłem napar i wtedy zaczął się najtrudniejszy etap – kiedy trzeba „odpuścić”. Dojść do momentu, gdy zachowując świadomość, wszystkie wrażenia i odczucia odchodzą gdzieś daleko poza granice normalnego życia. To takie duchowe pogranicze życia i śmierci.
 

Kiedy osiągnąłem ten stan, nastąpiło pełne zrozumienie świata. Dociera wówczas, że w życiu nic niewarta jest gonitwa, ważne są rozmowa, przeżywanie i czucie innych osób. Wiem już, że w moim przypadku, aby doszło do poprawy stanu fizycznego, należałoby długo pracować tą metodą. Ale dzięki myślom i wrażeniom, jakich doświadczyłem podczas ceremonii, zrozumiałem, że teraz najważniejsze są moje przeżycia, refleksja i pokora wobec życia. 
 

Pełen spokoju i nowych niezwykłych doznań Michał wraz z Maciejem wyruszyli zrealizować kolejny cel swojej ekspedycji – popłynąć statkiem po największej rzece i dotrzeć do Iquitos, największego miasta na świecie, do którego niemożliwe jest dotrzeć drogą lądową.
 

Tres Capitanes - który właściwy?
 

Nie sposób było nie zauważyć na ulicach Pucallpy terenowego samochodu pokrytego błotem i setkami podpisów wykonanych złotym flamastrem. Autografy - składane przez starych i nowo poznanych przyjaciół podróżników - na karoserii dwudziestojednoletniego Land Rovera Defendera  zwanego Defem są symbolem ich udziału w niezwykłej wyprawie Michała i Macieja. To tak, jakby byli z nimi w każdym miejscu, przekazując “dobrą energię” (zdaniem Michała) i słowa otuchy. Nic zatem dziwnego, że któregoś wieczoru pewnym krokiem podszedł do Macieja jakiś Peruwiańczyk i oznajmił: Jestem Gadiel, znajomy Piotra. Miałem odszukać was dopiero jutro, ale właśnie zobaczyłem wasze auto i pomyślałem, że przywitam się już dziś.
 

Gadiel Sanchez Rivera Sanchez dla przyjaciół “Cho” na moją prośbę miał towarzyszyć Polakom podczas załatwiania spraw związanych z podróżą po rzece – uzgadniania, którym statkiem, kiedy i na jakich warunkach popłyną oraz miał służyć pomocą, w razie potrzeby, w czasie załadunku samochodu.
 

Po dość burzliwych negocjacjach z grupami podobno zarządzającymi sprzedażą miejsc na statek Michał i Maciej wreszcie wjechali na teren portu, by załadować się na Gilmer – sporej wielkości jednostkę z czymś w rodzaju płaskiej platformy z przodu. Właśnie na niej miał stanąć Defe, na samym jej początku. Najistotniejsze dla podróżników było umiejscowienie go w sposób umożliwiający mieszkanie w samochodzie w nadchodzących dniach. 
 

Port wyglądał jak plac budowy. Dźwig i ciężarówki z kołami oblepionymi czerwoną gliną stały nieopodal statku i pracowały rycząc miarowo silnikami. Wszędzie walały się jakieś skrzynie, beczki, wszystko to sprawiało wrażenie rozgardiaszu. Raz po raz po jednym z wielu trapów, którymi były zwykłe deski, albo deski z kilkoma sklejkami tworzącymi coś w rodzaju stopni,  na pokład wbiegał tragarz z kilkoma workami na plecach.
 

- Najpierw podszedł do nas jakiś mężczyzna i powiedział, że jest kapitanem – opowiadał Michał. - Uzgodniliśmy z nim wszystkie szczegóły naszego pobytu na statku. Po pewnym czasie przyszedł inny człowiek i powiedział, że jest kapitanem. No to z nim także poczyniliśmy uzgodnienia i przystąpiliśmy do załadunku. 
 

Dźwig podniósł ramię, powoli naciągając szerokie taśmy, którym opasany został Defe. Lekkie szarpnięcie i auto wraz z pasażerami oderwało się od ziemi i ostrożnie “przefrunęło” na pokład.
 

- Jak już byliśmy na statku, przyszedł trzeci mężczyzna i powiedział, że jest kapitanem i że nie możemy tam być, bo to jest niebezpieczne -  kontynuował Michał swoją opowieść. Oznajmili przybyszowi, że już z dwoma TAKIMI jak on kapitanami rozmawiali i ani myślą ruszyć się z miejsca. Z miny mężczyzny można było wyczytać, że jego nastrój balansuje na granicy zaskoczenia i oburzenia. Wtedy podróżnicy zorientowali się, że mają przed sobą prawdziwego kapitana. Na szczęście Defe został już obstawiony beczkami i innymi autami, zatem wyciągnięcie go na ląd wymagałoby wyładowania niemal wszystkiego, co znajdowało się na platformie. Kapitan odpuścił. Jego obiekcje były jednak słuszne. Lokalizacja podróżników nie była bezpieczna – niespełna metr od krawędzi platformy niczym niezastawionej;` jeden nieopatrzny ruch, jedno gwałtowne szarpnięcie groziło lądowaniem w rzece.  
 

Minął dzień. I kolejny dzień. I jeszcze następny. A Gilmer niezmiennie stał zacumowany w porcie. Na pytanie, kiedy odpłynie serwowano pasażerom równie niezmienną odpowiedź: Jutro o 10 rano. 
 

Trzeciego dnia, w niedzielę  kilka minut po 18 spojrzałem na mapę rejestrującą położenie Michała i Macieja i aż podskoczyłem: Ruszyli! Teraz uwierzyłem, że chłopaki zrealizują swój cel – popłyną największą rzeką świata, choć kosztuje ich to wiele wysiłku i wyrzeczeń, bo przecież tamten statek nie był przystosowany dla niepełnosprawnych. Kto wie, czy kiedykolwiek jakikolwiek człowiek na wózku inwalidzkim przebywał na jego pokładzie. 
 

Trudna rzeka
 

Dla większości pasażerów Gilmera, rzeka i statek to po prostu środek transportu, nierzadko jedyny łącznik małych wiosek ze światem zewnętrznym. Podróż, którą odbywają raz na jakiś czas, zwykle wiąże się z wypełnianiem obowiązków – koniecznością załatwienia spraw urzędowych, czasem odwiedzaniem rodziny,  uzupełnianiem zapasów, robieniem zakupów. Stąd na pokładzie znajdowały się niezliczone ilości paczek, pudeł, skrzynek, a obok nich żywy inwentarz: krowy, kozy, kury. Tubylcy większość czasu spędzają w hamakach, drzemiąc, albo rozmawiając między sobą. Potem zapadają w swoisty letarg z oczami utkwionymi w przestrzeń za burtą. I w tej ostatniej kwestii turyści, choć na statkach osobowo-towarowych nie spotyka się ich zbyt często, niczym nie różnią się od miejscowych – także spędzają godziny zapatrzeni w wielką, ciągle zmieniającą się Ukajali, jak i całą Amazonkę. Woda zamknięta w korycie wyżłobionym w środku dżungli zdaje się wylewać poza horyzont w kierunku ujścia w Atlantyku oddalonego o jakiś cztery tysiące kilometrów. Aż paruje od słońca i  upału, spokojna i gładka niczym lustro, by za chwilę zatonąć w brązowej poświacie tworzonej przez gęste złowrogie chmury zapowiadające rychły deszcz i wiatr. Zieleń drzew miesza się z błękitem nieba i naturalną brunatną barwą rzeki. Szczególnie zachwycają wschody i zachody słońca, którego blask punktowo rozświetla fragmenty otoczenia, jakby zwracając na nie uwagę widza. 
 

Długo by można jeszcze pisać o tym swoistym amazońskim spektaklu, gdyby nie fakt, że czasem klimat, warunki pogodowe i zdrowotne, zakłócają pełne napawanie się jego urokiem, o czym przekonał się Michał.
 

- Realizowałem już takie projekty, gdzie pływałem po pięć tygodni po rzekach polskich. Czułem się na nich cudownie i odpoczywałem. Na Ukajali było to trudne ze względu na osłabienie fizyczne i problemy żołądkowe oraz z powodu komarów i gorąca. Więc dla mnie to nic przyjemnego. Siedziałem w samochodzie i czasami myślałem bardziej o stanie fizycznym niż o obserwowaniu rzeki. Ale w chwilach “przebłysków” wjeżdżałem do Maćka na taras i oglądałem ją. Przyjemnie było patrzeć na ruch wody, przesuwający się horyzont i usłyszeć głos rzeki.
 

Niespodziewana wizyta
 

To było jedno z najbardziej niezapomnianych wydarzeń, jakie Michał przeżył na Ukajali. Trzeciego dnia rejsu, o świcie do statku podpłynęła wojskowa łódź. Jeden z żołnierzy zaczął krzyczeć, żeby zatrzymać jednostkę. Kapitan zastosował się do rozkazu. Jego twarz lekko stężała. 
 

To musiała być bardzo trudna sytuacja dla kapitana. Kiedy prowadzi się statek dość mocno przeciążony, z jakimiś podejrzanymi beczkami, a takie były na pokładzie, to wizyta żołnierzy dzierżących długą broń, nie należy do pożądanych. - opowiadał Michał, który obserwował tę sytuację, siedząc z tyłu samochodu. Nie przypuszczał nawet, że przyczyną „nalotu” wojskowych była on sam.  
 

Kiedy łódź podpłynęła do statku, wyskoczył z niej żołnierz, a za nim elegancki, dobrze ubrany mężczyzna ­ - relacjonował. - I ten mężczyzna podchodzi do mnie i mówi ‘Hola, Michał! Cześć, Michał.” Nie Miguel, jak większość miejscowych mnie nazywa, ale właśnie Michał. 
 

­Tym eleganckim Latynosem był Jeff Jasser Respaldiza, młody i bardzo operatywny przedsiębiorca z Requeny. Jeffa poznałem przez Dawida Andresa i Huberta Kisińskiego, którzy z kolei spotkali go podczas swojej wyprawy rowerami po Amazonce. Chociaż nie,  nie spotkali, zeskanowali „skanerem przyjaznych ludzi”, jak zwykli twierdzić. Kiedy Michał i Maciej wyruszyli z Pucallpy poinformowałem señora Respaldizę, że za kilka dni będą przepływać przez jego rodzinne miasto. Bardzo zapalił się do spotkania i dyskretnego sprawdzenia, na moją prośbę, czy u nich wszystko jest w porządku. Postanowił nawet „porwać” ich ze statku do siebie na obiad. Niestety Gilmer wpłynął do Requeny nocą. Był już w drodze do Iquitos, gdy udało mi się skontaktować z Jeffem. Z obiadu siłą rzeczy musiał zrezygnować, ale spotkania z chłopakami nie odpuścił. Wskoczył zatem do łodzi swoich kolegów wojskowych i ruszył w pogoń za odpływającym statkiem. O tym, jakie wywołał zamieszanie już wiemy. Po krótkiej rozmowie i obejrzeniu samochodu, Jeff odpłynął z powrotem do Requeny. Kapitan Gilmera za to długo jeszcze przyglądał się z mostku tym nietypowym gringos, których goście odwiedzają na płynącym statku.
 

Przygnieciony Maciej
 

Kolejne wydarzenie nie było już tak zabawne. Niestety ziściły się obawy kapitana, co do bezpiecznej lokalizacji Defe na platformie. Tej nocy wiało i lało. Choć właściwie trudno mówić o anomaliach, bo lało i wiało bardzo często. Wobec silnych porywów statek bywał niemal bezwładny, zatem operatorzy starali się przeczekiwać trudną pogodę w przybrzeżnych krzakach. Tak i tym razem. Niestety, w ciemności prowadzący jednostkę nie dostrzegł drzewa, zanim z impetem w nie uderzył. Maciej, który jak zwykle spał na dachu w swoim namiocie usłyszał tylko trzask łamanych gałęzi i pnia. Statek dalej brnął w zarośla, a złamane drzewo coraz bardziej wciskało się w namiot podróżnika. Klnąc na czym świat stoi, co rzadko się Maćkowi zdarza, wydostał się z pułapki, jaką niespodziewanie stał się jego dom. Dopiero wtedy operator, wychwyciwszy w potoku inwektyw słowo „idiota!”, zorientował się, że swoim nieopatrznym manewrem omal nie pozbawił życia gringo. 
 

Po fakcie podróżnicy opowiadali tę historię trochę jak anegdotę, choć rzeczywiście mogła zakończyć się tragicznie. Sam Maciej przedzierając się przez gałęzie myślał, że być może nadszedł właśnie ten moment, kiedy Michał będzie musiał dokończyć wyprawę sam. Bo podróżnicy umówili się, że w razie, gdyby któremuś coś po drodze się przytrafiło, drugi będzie kontynuować ekspedycję nadając jej imię przyjaciela. 
 

W Iquitos!
 

Po pięciodniowym rejsie, w sobotnie popołudnie, Michał i Maciej dotarli do Iquitos. Tyle, że z zejściem ze statku musieli poczekać jeszcze jeden dzień, a raczej jeszcze jedną noc. Powód? W weekend w porcie nie pracował dźwig, przy pomocy którego Defe mógł zostać przeniesiony z powrotem na ląd. 
 

W niedzielę też go nie było, ale obsługa postanowiła na swój – prosty, choć przyprawiający o dreszcze - sposób pomóc gringos wydostać się z Gilmera. Do platformy statku przystawiono  dwie deski, pod kątem niemal 40 stopni. Maciej naprowadził tylne koła na ich krawędzie i cofając, zaczął powoli zjeżdżać. Centymetr po centymetrze. Deski wygięły się mocno pod ciężarem auta, ale wytrzymały. Kilkanaście minut później Defe stanął na lądzie. 
 

Przyjaciele osiągnęli kolejny cel podróży. Zrealizowali jeden z trudniejszych etapów swojej wyprawy, choć pierwotnie wydawał się taki prosty, wręcz sielankowy. 
 

- Płynąc, myślałem sobie o himalaistach, bohaterach książek, które czytałem. Dla nich wchodzenie na szczyt wiązało się z ogromnym wysiłkiem, ale prawdziwą satysfakcją było znalezienie się na szczycie. Uznałem, że dla mnie tym szczytem jest dopłynięcie do celu, do tego miejsca, gdzie trudno dotrzeć. Do Iquitos. Zmagając się z zatruciem pokarmowym i ogromnym osłabieniem, upałem, deszczami i wyjątkowo boleśnie gryzącymi stadami komarów, zadawałem sobie pytanie, czy popłynąłbym jeszcze raz. Siedząc niespełna metr od otwartej burty statku, doszedłem do wniosku, że na największej rzece świata odrabiamy te wszystkie ograniczenia widokowe, jakich doświadczaliśmy na innych statkach zamknięci, jak w metalowej puszce. Dlatego odpowiedź na pytanie jest tylko jedna: tak popłynąłbym  -  podsumował swoje wrażenia Michał. 
 

Ostatnio otrzymałem od przyjaciół wiadomość, że przechrzcili swój dom na kołach, nadając mu imię Charapa. „To taki specjalny żółw, zielony i trochę wodny. Wszystko się zgadza, nie tylko kolor. Jak mocno popada, to wodę mamy też w środku auta” – napisał Michał.    
 

Charapa jest już w drodze do Panamy.  
 

Tekst: Piotr Chmieliński
 

Więcej o wyprawie przeczytacie i zobaczycie na stronie www.wheelchairtrip.com