Śledzimy z zapartym tchem kolejny etap wyprawy Dawida Andresa i Huberta Kisińskiego. Podróżnicy pokonują Amazonkę, przebywając ją drogą wodną i lądową.

Po opuszczeniu miejscowości Pucallpa płynąc po Ukajali*, będącej najdłuższym dopływem Amazonki, z postojami między innymi w miejscowościach Contamana, Islandia dotarli do kanału Puinahua, stanowiącego odnogę rzeki. Pokonawszy kanał wpłynęli ponownie na główny nurt Ukajali, którą dotarli najpierw do miejscowości Requena, a później do połączenia z kolejnym dużym dopływem Amazonki – rzeką Marañon. W miejscowości Nauta zdemontowali rowery amazońskie, ich części zapakowali na swoje tradycyjne rowery i już drogą lądową dojechali do Iquitos.
 

* Amazonka faktycznie ma na poszczególnych odcinkach różne nazwy wywodzące się od tworzących ją dopływów: od jeziorka Ticlla Cocha stałego źródła Amazonki, poprzez Carhuasanta, Lloqueta, Challamayo, Hornillos, Apurimac, Ene, Tambo, Ukajali, Salimoes (dla Brazylijczyków) i wreszcie Amazonka.
 

Problemy z napędem
 

Kolejny etap podróży zaczął się dość nerwowo. Krótko po opuszczeniu Pucallpy Dawid poczuł, że coś dzieje się z napędem w jego rowerze. Mieli co prawda jeden napęd zapasowy, ale ten miał wystarczyć na dwa rowery i ponad dwa tygodnie spływu, a do tego był w dość kiepskim stanie.
 

- Od pierwszych dni czułem, że mój napęd się sypie, coś z nim nie gra, ma luzy. Za każdym razem musiałem dobrze pomyśleć, zanim wykonałem jakikolwiek ruch – opowiada starszy z braci.- Ta trasa była dla mnie bardzo męcząca psychicznie. Ja bardzo przejmuję się wieloma rzeczami i o wszystko martwię się na wyrost. Już teraz zastanawiam się na przykład, jak my będziemy dopływać na tych naszych rowerach do Belem, czyli końcowego etapu na wodzie. To zupełnie odwrotnie niż Hubert, który bardzo optymistycznie podchodzi do sprawy i spokojnie czeka, co los przyniesie.
 

Napęd padł po 10 dniach. Na szczęście – a zdaniem braci nawet “superszczęście” - akurat dopływali do wioski, gdzie mieli przenocować. Ściąganie roweru ze środka rzeki wymagałoby sporo wysiłku.
 

Namontowali zapasowy napęd i następne 8 dni podróżowali zaklinając los, by nie doszło do kolejnej awarii. Po dotarciu do Iquitos zaopatrzyli się w … sześć dodatkowych napędów, razem z naprawionym mają ich siedem. Do Manaus, prawie 2 000 km, powinno wystarczyć.
 

Zagadka wielkich fal
 

Nie wiadomo skąd, nagle na rzece pojawiły się fale. Długie na jakieś 50 metrów. Zbliżają się, jedna po drugiej, podpływając pod amazońskie rowery. Niemal nacierają na pojazdy i unoszą je wysoko w górę. Intensywne pedałowanie na niewiele się zdaje, woda niesie jak chce i gdzie chce. Po chwili, równie niespodziewanie uspokoja się i kontynuuje swój łagodny bieg.
 

Wrażenie ciekawe, ale i zaskakujące. Dawid i Hubert spodziewali się co prawda sporych fal na Amazonce, ale raczej bliżej Atlantyku, od którego dzieli ich jeszcze kilka tysięcy kilometrów. O co tu chodzi? – zastanawiali się.
 

Wkrótce zagadka się rozwiązała.
 

Dobili do brzegu w Perillo, gdzie jak zawsze przywitał ich tłum zaciekawionych mieszkańców wioski. Siedząc nad wodą Dawid poczuł się trochę nieswojo.
 

- Wiesz Hubert, chyba ciągle czuję te fale na wodzie, bo jakoś dziwnie kręci mi się w głowie – powiedział do brata i w tym momencie ziemią targnął potężny wstrząs, któremu towarzyszył głośny huk.
 

Ludzie zaczęli krzyczeć “Terremoto! Terremoto!” (Trzęsienie ziemi – przy. Autora) i uciekać w panice. Tylko dokąd uciekać?! Za chwilę nastąpił kolejny wstrząs, wywołując jeszcze większe zamieszanie. W tym chaosie dało się słyszeć uspokajający głos Haglilli, 45-letniej Peruwianki, miejscowej nauczycielki, nawołującej do pozostania na miejscu i przeczekania trzęsienia właśnie tutaj, gdzie jest dużo bezpieczniej niż wśród zabudowań wioski. Posłuchały tylko dzieci, reszta uciekła.
 

- A więc stąd te fale – stwierdzili bracia, którzy właśnie przeżyli swoje pierwsze z życiu trzęsienie ziemi. Potężne trzęsienie ziemi, bo o sile 7,6 w skali Richtera.
 

Rozmowne ryby w Ukajali
 

Już Arkady Fiedler w książce “Ryby śpiewają w Ukajali”, pisał o Amazonce: “Ciągle otaczała nas ta sama rzeka, wyglądająca dziś tak jak w pierwszym dniu podróży. Nic w niej pozornie się nie zmieniło.”
 

Wrażenie monotonii na Ukajali dopadło także Dawida i Huberta. Szeroka, wielka rzeka, zdająca się nie mieć końca, wywołuje poczucie izolacji od świata, odcięcia od rzeczywistości. Dni niczym nie różnią się od siebie. Podobne widoki - ceglastoczerwonej wody, a na brzegach obszary z powycinanymi drzewami. Podobne dźwięki - maszyn tnących drzewo. Tu faktycznie widać, na jaką skalę prowadzona jest wycinka dżungli amazońskiej.
 

- Żyjemy praktycznie cały czas na rowerach – mówi Hubert. – Wstajemy o 5 rano, pakujemy się i zwykle o 6:30 wypływamy. Nawet śniadania nie jemy na lądzie. Śniadanie robię już na rowerze. Woda niesie, a ja smażę sobie coś na patelence.
 

Hubert wydaje się być nie tylko “złotą rączką” umiejącą wszystko naprawić, ale także niezłym kucharzem. Szybko nauczył się piec ryby na rusztowaniu z bambusa, chociaż prawdziwym spécialité de la maison jest … ryż z cebulką.
 

Opowiadają, że są dni, gdy całymi godzinami nie widzą ludzi, żadnych wiosek. Nic, tylko woda.
 

No to śpiewajcie na rzece, jeden przed południem, drugi po południu - zaproponowałem w żartach.
 

Odparli, że wystarczy, iż w Ukajali ryby śpiewają. Jak u Fiedlera.
 

- One właściwie nie śpiewają, tylko gadają – stwierdził Hubert. – A podobno ryby głosu nie mają…. Któregoś wieczoru usłyszeliśmy szum koło nas. Patrzymy, a to ryby. Wyciągnęliśmy jedną, a ona do nas gada! O 11 w nocy sobie tak najczęściej rozmawiają.
 

Oderwanie od monotonii i niezwykłych wrażeń dostarczyła braciom podróż kanałem Puinahua, stanowiącym odnogę Ukajali. Tutaj mogli podziwiać prawdziwą soczyście zieloną dżunglę, o jakiej czytali w książkach i wsłuchiwać się we wszechogarniającą ciszę, z której stopniowo zaczęli wychwytywać brzmienia tropikalnego lasu – drzew, ptaków, zwierząt. Tu wręcz upajali się swoim oderwaniem od świata zewnętrznego i izolacją od ludzi.
 

Nigdy więcej nie popłynę nocą!
 

Tego dnia Dawid i Hubert uparli się, że dotrą do Requena. Około godziny 18 wydawało się, że miasteczko jest już blisko, czego pierwszą oznaką było pojawienie się sygnału w telefonie komórkowym. O 18:30 rzekę spowiła kompletnia ciemność. Księżyc pojawi się dopiero za 6-7 godzin. Niemniej bracia uznali, że spróbują, jak płynie się nocą. Hubert odczytał na GPS, że mają około 14 km do pokonania. Płyną właściwie na oślep. Jedynym marnym drogowskazem była linia tworzona przez zarys drzew.
 

- Dostaliśmy od Ciebie sms z informacją, że za około 10 km powinniśmy zobaczyć pierwsze światła portu. Ewentualnie za 15 minut dopłyniemy do plaży, na której moglibyśmy się jednak zatrzymać – opowiadał mi później Dawid. – Rozglądamy się. Jest tak ciemno, że żadnej plaży nie widać. Mówię Hubertowi, że może jednak podpłyniemy do brzegu i poszukamy plaży, na której przeczekamy do rana. Ale Hubert stwierdził, że ciągniemy do miasta. No to ciągniemy.
 

Piętnaście minut później dostrzegli światła. Przebili się na drugi brzeg i …światła zniknęły. Okazało się, że trafili na zakole poszerzające rzekę do około 3 km i zmieniające ich pozycję względem portu. Sprawdzają na GPS prędkość rzeki – prędkość zerowa.
 

- Okazało się, że wpłynęliśmy do jakieś stojącego akwenu. W tej ciemności nie wiadomo, w którą stronę płynąć. Ja mam słabą orientację w terenie nawet za dnia, a co dopiero w nocy w środku dżungli! No to się wkurzyłem na Huberta, że do miasta go ciągnęło! Myślałem, że mu łeb urwę – po fakcie już ze śmiechem opowiada Dawid.
 

Płyną dalej. Wreszcie zobaczyli gdzieś w oddali nikłe światełko z barki. Od rybaka dowiedzieli się, że zaraz będzie wejście do miasta.
 

- Ale to jest Peru. Już przekonaliśmy się niejednokrotnie, co oznacza tu “zaraz” – równie dobrze może to być minuta jak i kilka godzin – opowiadają dalej bracia.
 

Tym razem “zaraz” wynosiło 10 minut i faktycznie pojawiły się światła wprowadzające do portu w Requena. Tyle, że Ukajali, podobnie jak cała Amazonka, w charakterystyczny dla siebie sposób o tyle zmieniła bieg, że dopłynięcie do celu oznaczało pokonanie pod prąd odcinka Rio Aleman. Od jakiegoś czasu stanowi ona łącznik pomiędzy miastem a rzeką główną. Kiedy wraz z Joe Kane’m płynąłem tamtędy 30 lat temu podczas naszej amazońskiej wyprawy, Requena leżała nad samą Ukajali.
 

- No widzisz Piotr, teraz po trzydziestu latach, nam kłody rzucają pod nogi. Widać łatwiej było kiedyś – usłyszałem w odpowiedzi, której towarzyszył kolejny wybuch śmiechu.
 

Niezwykłe spotkanie z rodakami
 

W Nauta, miejscowości leżącej na Maranonem, Dawid i Hubert zdemontowali konstrukcję wodną swoich rowerów amazońskich, do ram przykręcili koła i wyruszyli drogą lądową w kierunku Iquitos. Po kilku tygodniach pedałowania na wodzie, sporą przyjemnością było pedałowanie po lądzie. Po górskich, a raczej wysokogórskich, przeprawach przez Andy, droga z Nauta wydawała się niemal płaska.
 

Po drodze do Iquitos wstąpili na ciastka i pizzę do mieszkających w połowie trasy Polaków, artystów malarzy rezydujących w Peru od sześciu lat. To dopiero było zaskoczenie dla Ewy i Tomasza Cisowskich, gdy do ich drzwi niespodziewanie zapukali dwaj rodacy.
 

Polaccos con bicicletas amazonas
 

Wieść o Polakach płynących rowerami nie tylko niesie się szerokiem echem w dorzeczu Amazonki, ale nawet ich wyprzedza.
 

- Dopływamy w okolice wioski i słyszymy, jak zgromadzeni na brzegu ludzie wołają Polaccos, Polaccos! albo wręcz zwracają się do nas po imieniu – opowiadają bracia ujęci serdecznymi powitaniami.
 

Tłumy mieszkańców towarzyszą im przy każdym postoju. Regułą jest, że wstępne rozmowy z przybyszami prowadzi oddelegowany do tej roli lider. Wydaje się, że gapie nie opuszczają obozowiska gringos i swojego punktu obserwacyjnego ani na chwilę. Są, gdy rowerzyści zasypiają wieczorem, a rano już budzą ich swoimi rozmowami.
 

Przyjazne nastawienie braci, ich otwartość, szczere i wesołe uśmiechy zjednują im niemal każdego. Dzięki temu w wioskach bez problemu znajdują miejsce na biwak, nierzadko połączony z poczęstunkiem od mieszkańców. Nawiązują rozmowy ze wszystkimi, którzy mają ochotę spotkać się ze słynnymi już Polakami. To doskonały sposób, co podkreślają Dawid i Hubert, na poznanie ludzi, kraju, jego kultury i języka hiszpańskiego, z którym z dnia na dzień radzą sobie coraz lepiej.
 

- Wiele wypraw płynie po Amazonce z obstawą marynarki wojennej, albo grupy przewodników. Przez to nie tylko izolują się od rdzennych mieszkańców tego regionu, ale wręcz zrażają ich do siebie. W wielu artykułach czytaliśmy o niebezpieczeństwach grożących turystom na tych terenach, niektórzy opisywali traumatyczne przeżycia z nimi związane, co powoduje, że inni omijają je z daleka. Od Pucallpy wpływaliśmy do wiosek, których nigdy nie odwiedzili turyści, stąd wywoływaliśmy spore zaskoczenie wśród ich mieszkańców. Ale Felipe, nasz przewodnik Ashaninka przekonał nas, że nie warto się ich obawiać. Tu działa prosta zasada wzajemności: my jesteśmy przyjaźnie nastawieni, oni odpowiadają nam także przyjaźnią – stwierdzają podróżnicy.
 

Bracia szczególnie pamiętają Jeffa, którego dom stał się dla nich azymutem pamiętnej nocy w okolicy Requena, gdy już dopływali do miasteczka. Przechował ich ekwipunek, pomógł zorganizować nocleg, za który chciał nawet zapłacić. Na odjezdne wręczył im dorodnego suma.
 

- Dwie godziny po wypłynięciu z Requena podpływa do nas łódka. Patrzymy, a to Jeff. Wkłada nam do rąk pakunek z ciastem owocowym i mówi: Chłopaki, to dla was, na święta. Przypłynął specjalnie, żeby dać nam to ciasto – opowiada Dawid niemal z rozrzewnieniem.
 

Któregoś dnia, gdy bracia rozbili swój namiot z dala od wioski, w ich obozie pojawił się człowiek z bronią i sporym workiem. Przez chwilę patrzyli na siebie z zaskoczeniem. Miejscowy zdziwiony widokiem białych, bracia – zaintrygowanych, no i może trochę zaniepokojonych widokiem strzelby i worka. Wyobraźnia podsuwała różne interpretacje odnośnie tego zestawu.
 

- Zapytaliśmy go w końcu, co ma w tym worze – opowiadają bracia. – A on mówi, że ryby.
 

Zaraz przypomnieli sobie peruwiańskiego przewodnika, Felipe, towarzyszącgo im w drodze do Pucallpy, który na ryby, zamiast z wędką, chodził z maczetą.
 

- Poprosiliśmy, czy możemy od niego kupić parę ryb. Na co on wyciągnął trzy dorodne sztuki i nam je podarował. Wyśmienicie smakowały.
 

Nie wszystkie spotkania są jednak tak sympatyczne. Na trasie Pucallpa – Iquitos Dawida i Huberta dwukrotnie okradziono. Raz “zniknął” aparat fotograficzny, raz 200 soli.
 

- Fakt, że to nasza wina, gdzieś zapodziała się nasza ostrożność. Szkoda tego dobrego i drogiego aparatu. – mówi Dawid. - A te 200 soli to jakiś inteligentny złodziej nam ukradł, bo nie wziął wszystkich 700 soli. Nawet nie mogliśmy zgłosić tego w hotelu, gdzie to się stało.
 

I tym oto sposobem rowerzyści kształtują nowe kategorie przestępców w Peru, bo albo natrafiają na gangsterów fajtłapy (na górskim odcinku – przyp. Autora) albo na inteligentnych złodziei.
 

Przygotowania do świąt
 

W Iquitos zapanowała już atmosfera świąteczna. Pojawiły się choinki, ku niemałej konsternacji Huberta zastanawiającego się skąd choinki, skoro tam iglaków nie ma. Bracia spędzą święta pewnie gdzieś na rzece. Zaopatrzyli się zatem we własną małą choinkę, lampki, notabebe wyprodukowane w Polsce, z napisem na pudełku “Lampki choinkowe – Made in Poland”, ku ogromnej uciesze obu podróżników. Mają też czerwone czapki Mikołaja. Tak wyposażeni wyruszyli rankiem 13 grudnia w kierunku Brazylii. Następny przystanek w brazylijskiej Tabatinga.
 

Autor: ​Piotr Chmieliński
 

Trwa wyprawa Traveler Adventure Team w Austrii! Nasza ekipa szuka idealnych miejsc na narty. Zobacz, jak im idzie!