​Nazywają je arabskimi ze względu na pochodzenie. Około 2,5 tysiąca lat temu pojawiły się na Półwyspie Arabskim. Ale obecnie z powodzeniem można je nazwać polskimi. Bo właśnie polskie hodowle tych koni mają opinię najlepszych na świecie. Trudno się dziwć, tradycja hodowli tych zwierząt sięga w naszym kraju XVIII wieku.

Gdy Polska odzyskiwała niepodległość okazało się, że większość fantastycznego dorobku hodowli nie przetrwała działań wojennych. By uratować to, co się da rozpoczęto gromadzenie wszystkich ocalałych zwierząt, z których możnaby odtworzyć polskie hodowle. Tak powstała stadnina koni w Janowie Podlaskim. Do dziś wraz ze stadninami w Białce i Michałowie ma opinię najlepszej na świecie.
 

Piękne i dzielne
 

Marek Trela przez ponad 15 lat kierował stadniną w Janowie Podlaskim. Jest jednym z najbardziej znanych i najlepszych hodowców tych zwierząt na świecie. W tym roku został wiceprzewodniczącym światowej organizacji zrzeszającej hodowców koni arabskich. Zwraca uwagę, że polskie hodowle różnią się od innych na całym świecie.
 

- Nacisk kładziemy na to, żeby konie rzeczywiście były końmi – tłumaczy – Mają być piękne i dzielne, żeby zachowując wszystkie cechy i piękno koni arabskich były prawdziwymi końmi wierzchowymi. Temu służy między innymi “próba dzielności” czyli udział w wyścigach koni arabskich.
 

Od źrebaka do czempiona
 

Ocena konia zaczyna się od najmłodszych lat. Już po urodzeniu hodowcy mogą stwierdzić czy dana klacz lub ogier będzie sprzedany do rozpłodu lub sportu poza stadniną, czy też będzie brał udział w programie hodowlanym stadniny.
 

- W wieku jednego roku najlepsze zwierzęta już zaczynają pojawiać się na pokazach. Po przejściu wszystkich wstępnych etapów koń w wieku około pięciu lat wraca do hodowli i tam sprawdza się czy nadaje się do hodowli jako matka czy ojciec źrebiąt.
 

- Takiego konia trzeba także wymyślić – dodaje Trela – to rola hodowcy. Musi on znaleźć odpowiedniego ogiera oraz klacz by uzyskać pożądane połączenie. Potem taka matka musi się zaźrebić i dopiero wtedy rodzi się źrebak. To dodatkowe dwa lata.
 

Jeden błąd może przekreślić lata pracy
 

W czym tkwi sekret polskiej hodowli? Marek Trela odpowiada, że najważniejsze są dwie reczy: dobry program hodowlany oraz ludzie, którzy go wypełnią. To wcale nie jest tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać. Stadnina potrzebuje także czasu, bo nie da się przecież na siłę przyspieszyć okresu dorastania kolejnych pokoleń zwierząt oraz zmienić ich cyklu rozpłodowego. To wszystko trwa, dlatego ważne jest by prowadził to doświadczony hodowca. Popełnienie jakiegokolwiek błędu może zniweczyć całe lata pracy.
 

Koń, który zmienił prawo
 

Zainteresowanie zagranicznych hodowców polskimi arabami było bardzo widoczne jeszcze w okresie międzywojennym. Już wtedy do Polski przyjeżdżali Amerykanie by kupować najlepsze zwierzęta. Po drugiej wojnie światowej, gdy udało się przywrócić działanie hodowli, było podobnie.
 

Do połowy lat 80tych XX wieku aukcje w Janowie dominowali amerykańscy kupcy – wspomina Trela. Araby transportowano do USA specjalnie przygotowanymi wyczarterowanymi samolotami. Sytuacja zmieniła się wraz ze zmianą w amerykańskim prawie. Gdy ceny pojedynczych koni zaczęły przekraczać milion dolarów Amerykanie zmienili prawo. Koń przestał być zwierzęciem rolniczym, na które inwestycję można odpisać z podatków, a stał się towarem luksusowym.

- Mieliśmy w tym swój udział – mówi Trela i wymienia klacze sprzedane za bajońskie sumy. W czasie aukcji Polish Ovation Sale 1996, Janów za sprzedaż 6-7 klaczy otrzymał średnio 750 tysięcy dolarów. Klacz Penicylina w 1985 roku osiągnęła cenę 1,5 miliona dolarów. Zmiana w prawie na pewien czas zmniejszyła rynek, ale nowe otwarcie pojawiło się wraz z kontaktami z Bliskim Wschodem. Obecnie głównym odbiorcą polskich koni są właśnie państwa Europy oraz arabskie.
 

Szare myszki i czempiony
 

Hodowla koni angażuje prowadzącą ją osobę na całe życie. To praca wymagająca ogromnej wiedzy i zaangażowania. Pytany o konie, które zapisały się najbardziej w jego pamięci, Marek Trela mówi, że jest ich wiele.
 

Część to takie “szare myszki”, które nie zyskały sławy poza hodowlą, ale były bliskie opiekującym się nimi ludziom. Inne, jak choćby Pianisima, przynoszą dumę hodowcom odnosząc ogromne sukcesy. Trela wspomina jak kiedyś, podczas zawodów w Arabii Saudyjskiej odbierał nagrodę dla wyhodowanej przez siebie klaczy, podczas gdy tamtejsza orkiestra grała polski hymn państwowy.
 

- To moment, gdy człowiek czuje pewną czasową pętlę – mówi hodowca - konie, które wyszły z tego miejsca przyszły do Polski. Po latach polski koń wraca tam i wygrywa.
 

Kolejny koń, którego Trela nigdy nie zapomni to Pinga. Klacz w ubiegłym roku miała występować na zawodach w Arabii Saudyjskiej, jednak te zostały odwołane w związku ze śmiercią króla Abd Allaha.
 

- Pinga wystąpiła w tym roku i zrobiła to w taki sposób, że choć już czarne chmury się gdzieś tam nad nami gromadziły, wiedziałem że ona robi to dla mnie. Tak się starała – mówi hodowca.
 

Autor: Błażej Grygiel