Jedno z najtrudniejszych środowisk do życia, a jednocześnie miejsce, gdzie od wieków żyją ludzie. Front walki z pustynnieniem, które może stać się dla najludniejszego kraju świata prawdziwym problemem.

Tekst Donovan Webster 


Tu mieszkają duchy. Tak przynajmniej mówią Chińczycy. Uważają, że opuszczoną w XIV wieku i otoczoną murami twierdzę zwaną Khara Khoto, czyli Czarnym Miastem, zamieszkują demony i duchy.
 

Rozumiem dlaczego. Otaczające mnie Khara Khoto to budząca zgrozę kupa piasku, która częściowo pokrywa wysokie na około 9 m mury. Kryją one ruiny tętniącego dawniej życiem królestwa. Pozostają tylko zniszczone i wypłowiałe budynki z błota, które popękały dawno temu, porozrzucane wybielone kości o niemożliwym do określenia wieku oraz porozbijane gliniane garnki i miski. Piasek skrywa również granitowe kamienie młyńskie o średnicy 90 cm, ich powierzchnie zarysowane liniami sprzed siedmiu wieków.
 

Promienie zachodzącego październikowego słońca rysują brutalną i krwawą legendę Czarnego Miasta w piasku u moich stóp. Był rok 1372, a mongolski król Khara Bator, którego poddani chronili się za murami miasta zajętego przez Złotą Ordę Czyngisa-Chana w 1226 roku, widział koniec panowania Mongolii w Azji. Za murami zbierały się armie wschodzącej w Chinach dynastii Ming i postanowiły wykorzystać otaczającą pustynię jako najbardziej śmiercionośną broń. Przekierowując płynącą tuż obok fortecy Czarną Rzekę, źródło wody dla miasta, Chińczycy pozbawili Khara Khoto wody dla ogrodów i studni. Potem po prostu czekali.
 

Gdy pragnienie Czarnego Miasta stało się zabójcze, Khara Bator zdał sobie sprawę ze swojego losu. Zaślepiony wściekłością, zamordował swoją rodzinę, a następnie skierował miecz ku sobie. Po jego samobójstwie, żołnierze Khara Batora trwali na próżno wewnątrz twierdzy Khara Khoto, słabnąc pod słońcem. Gdy żołnierze Ming w końcu zaatakowali - mordując pozostałych Mongołów jak zwierzęta, pozostawiając ciała niepochowane i garnizon splądrowany - ślady masakry pokrywały piasek tak gęsto, że zrodziły się z nich współczesne duchy.
 

Oddalając się od centrum otoczonego murami miasta, wspinam się na wydmę wewnątrz fortyfikacji Khara Khoto, aby stanąć na murach. Na zachodzie słońce opiera się o linię horyzontu. Odwiedzający miasto tego dnia turyści już wyjechali, wystraszeni duchów i godzinnej jazdy po dzikiej pustyni do hoteli w mieście.
 

A ja? Zostaję.
 

W nocy będę przechadzał się po grubych na 3,7 m murach zewnętrznych - o długości do 412 m - i spał pod chmurką. Będę słuchał opowieści Wanga Zegonga, 70-letniego strażnika w Khara Khoto, który od kwietnia do grudnia śpi w płóciennym namiocie rozbitym za tymi murami. Doświadczył poczynań duchów: ognisk bez źródła ognia, palących się godzinami i wznoszących na wysokość 3 m na tle nocnego nieba; latającego światła, które pojawia się po północy i kiedyś wyprowadziło go wiele kilometrów w głąb pustyni, zostawiło zagubionego, a gdy wołał o pomoc, wróciło i pokierowało go z powrotem do obozu przez spowijające wszystko ciemności.