Rzadko się zdarza, aby poszkodowanymi we wspólnotach Aborygenów byli biali, w szczególności białe kobiety. Społeczeństwa aborygeńskie wbijają ostrze przemocy w samych siebie.

Fragment książki Marka Tomalika „U ludzi”:
Życie tam

Izolowane wspólnoty aborygeńskie mają różną wielkość – zarówno pod względem powierzchni, jak i liczby mieszkańców. I są zawsze otwarte – przynajmniej dla Aborygenów. W każdej chwili mogą sobie pójść na rytualną pielgrzymkę walkabout i wrócić, kiedy im się spodoba.

W najmniejszych osadach mieszka do stu osób, w największych ponad tysiąc. Liczba białych zasilających wspólnoty jest zwykle proporcjonalna. Są to nauczyciele, lekarze, pracownicy administracyjni i rodziny zatrudnionych – żony, mężowie i dzieci. Lokalizacja wspólnot ma swój korzeń w przeszłości. Leżą w pobliżu farmy (tam była praca, a więc możliwość zdobycia pożywienia), wokół misji chrześcijańskich albo przy jakimś szlaku komunikacyjnym, wygodnym dla białego człowieka, na przykład w pobliżu kopalń.

Wewnątrz wspólnot istnieją tak zwane sekretne strefy, damskie i męskie, gdzie jedni są niemile widziani przez drugich lub wcale nie mają tam wstępu. Większość wspólnot ma sklep, biuro, ośrodek zdrowia, szkołę, stację benzynową, punkt pocztowy i telefon. W kilku jest nawet bankomat i pub, ale większość tych mocno izolowanych na pustyni osad jest „sucha” (dry) alkoholowo i próba wwiezienia tam trunku może być potraktowana jak przestępstwo. Wysokie grzywny – od dwóch tysięcy do pięciuset tysięcy dolarów – odstraszają potencjalnych handlarzy z sąsiednich wiosek, każą też się zastanowić turyście. Wjazd białego do odludnej osady jest najczęściej limitowany pozwoleniem, o który trzeba się ubiegać w aborygeńskich urzędach w stolicach stanowych. Trwa to długo i często kończy odmową. Do wielu osad biały nie ma wstępu nawet z pozwoleniem.

Sklepy zaopatrzone są bardzo skromnie – można tam jednak upolować tańsze (i autentyczne!) rękodzieło. Artykuły spożywcze są zwykle przeterminowane i w ograniczonym asortymencie: mrożony chleb tostowy, cukier, cola i konserwy, rzadko coś więcej. Po solidnej powodzi, która odcina wspólnotę od cywilizacji na kilka tygodni, może i tego zabraknąć. Tam gdzie jest ośrodek zdrowia, można prosić o nocleg. Łóżek jest na ogół trochę więcej niż personelu, więc przybysze mogą z nich skorzystać. Lekarze w osadach mają pełne ręce roboty. W porównaniu z białymi Australijczykami Aborygeni więcej palą i piją, częściej mają problemy z nadciśnieniem, otyłością i innymi schorzeniami związanymi z siedzącym (!) trybem życia, a także z cukrzycą (około trzydziestu procent Aborygenów jest w grupie potencjalnego ryzyka).

Ich sposób odżywiania jest daleki od „białego” ideału, jeszcze dalszy od niewątpliwie zdrowej diety przodków. To skutek gwałtownego odejścia od tradycyjnego trybu życia. Świeże warzywa i owoce, a wraz z nimi witaminy, trafiają do odległych pustynnych wspólnot niezwykle rzadko. Czasem nigdy. Mieszkańcy osad sporadycznie i niechętnie polują. Nie mają też specjalnego nabożeństwa do swej odwiecznej naturalnej śpiżarni znanej pod nazwą bush tucker. Kilka lat temu powstał rządowy projekt filmowy „Catch & Cook” – audiowizualny podręcznik uczący, jak upolować i przyrządzić zdobycz. Są też inne programy mobilizujące ciało i ducha krajowców, próbujące przywrócić ich matce naturze. Brakuje jednak badań nad holistycznie rozumianym rdzennym Australijczykiem. Biały człowiek – kolejny raz – próbuje rozdzielić duszę i ciało. I popełnia wielki błąd.

 

Krzyk rozpaczy

Cisza, a może wręcz zmowa milczenia wokół Aborygenów została przerwana pod koniec XX wieku. Głównie za sprawą rdzennych Australijek. To one od początku lat dziewięćdziesiątych krzyczały, by rząd przestał przymykać oko na rosnącą przemoc. Przemoc, której ofiarami padają najczęściej właśnie one. Dwunastokrotnie częściej niż białe Australijki w swym „białym” środowisku. W siedemdziesięciu procentach osądzonych spraw agresorem był mąż lub partner ofiary. Rzadko się zdarza, aby poszkodowanymi we wspólnotach byli biali, w szczególności białe kobiety, doświadczające przemocy czterdzieści pięć razy rzadziej niż rdzenne Australijki. Społeczeństwa aborygeńskie wbijają ostrze przemocy w samych siebie.

Są spore różnice dotyczące poziomu przestępczości w zależności od osady. Najwięcej przestępstw na tle seksualnym w stanie Queensland doświadczają kobiety w najbardziej izolowanych od „cywilizacji” północnych wspólnotach. Od początku XXI wieku nawet oficjalne źródła rządowe podają, że przemoc w rodzinie i przestępstwa na tle seksualnym osiągnęły w wielu osadach aborygeńskich alarmująco wysoki poziom. Już wiele lat temu uruchomiono odpowiednie narzędzia (Task Forces) mające zapobiegać eskalacji przemocy. Dewiacje i okrucieństwo stały się powszechnie akceptowalne jako integralna część życia w osadach aborygeńskich.

Raport Edie Carter (Aboriginal Women Speak Out) opracowany na podstawie dziesiątków wywiadów przeprowadzonych we wspólnotach wokół Adelaide poruszył opinię publiczną. Przywołuje on gwałty zbiorowe z udziałem prawie pięćdziesięciu gwałcicieli. Siedem procent objętych wywiadami kobiet było gwałconych regularnie, pięćdziesiąt procent z nich należało do przedziału wiekowego 21–28 lat. Sprawcami byli rdzenni Australijczycy (czterdzieści jeden procent) i biali (czterdzieści dwa procent).

Połowa przestępstw wydarzyła się w domach, a prawie dziewięćdziesiąt procent spośród nich nie została nigdy zgłoszona. Ze wstydu i lęku przed zemstą, ale także z obawy przed umieszczeniem partnera, męża czy ojca w więzieniu. Najbardziej ukryte – dla statystyk i świata zewnętrznego – pozostają przestępstwa, których ofiarami są dzieci. Biały człowiek próbuje znaleźć przyczyny takiego stanu rzeczy i przeciwdziałać. Przyczyny wydają się oczywiste: totalna marginalizacja Aborygenów, pozbawienie ich prawa do ziemi, co w konsekwencji doprowadziło do degradacji tradycji kulturowej, zanikania więzi plemiennych, które wcześniej – w oparciu o własne prawo krajowców – działały fantastycznie. Obiecanki niedotrzymanki kolejnych rządów.

Zakorzeniona nędza, rasizm, alkohol i narkotyki, a na tym tle męskie ego – i tak bardzo silne w tradycji – które pod wpływem używek stało się jeszcze „silniejsze”, beznadziejnie okrutne, a w stosunku do kobiet i dzieci pozbawione kontroli. Wielu białych sądzi, że za przemoc odpowiada alkohol. Aborygen jest zły, bo nie pracuje (lub pracuje źle) i nie ceni dóbr doczesnych. Jest prymitywny, więc pije, gwałci i bije. Nikogo chyba nie trzeba przekonywać, że nie wszyscy sprawcy przemocy piją i wielu rdzennych Australijczyków, którzy piją – nie są agresywni.

Biali tak chcą widzieć sprawy, bo kiedyś alkohol był wprowadzoną przez nich walutą. Dziś jest źródłem zysku dla… Rad Aborygenów, które prowadzą system barów. Znacznie zdrowiej byłoby przekazać je w ręce prywatne. Zyski z barów zasilają programy charytatywne dla dzieci i… fundusze zdrowia. Jakkolwiek i gdziekolwiek funkcjonują te programy, łatwo przewidzieć, że korzyści, jakie przynoszą, są niewspółmierne do spustoszeń wywoływanych przez skutki alkoholizmu.

Marek Tomalik

 

„U ludzi”

Zebrane w książce reportaże, wywiady i opowiadania dotyczą ludów i ludzi wyjątkowych, tych, którzy mnie poruszyli, zafascynowali. Pisząc książkę, miałem na uwadze zachowanie jak największej autentyczności. Nie ma tu czarujących zmyśleń. To wszystko wydarzyło się naprawdę, wszyscy bohaterzy są z krwi i kości.

 

Marek Tomalik

Podróżnik, publicysta, pisarz z wykształcenia geolog. Pasjonat i znawca Australii, do której jeździ systematycznie od 1989 roku. Organizuje wyprawy duchowo-przygodowe, nie tylko w australijski Outback. Twórca i organizator 23 edycji Festiwalu Podróżników „Trzy żywioły” oraz wielu innych imprez artystycznych. Menadżer zespołów rockowych. Pisze o podróżach i muzyce. Stały współpracownik National Geographic i Jazz Forum. Autor książek o podróżach, w tym trzech o Australii. Dziennikarz radiowy, przez 15 lat prowadził w Radiu Kraków program podróżników „Globtroter”, przez kilka miał stałą rubrykę w Przekroju . Zasiadał w jury Travelerów – prestiżowych nagród przyznawanych przez National Geographic, prowadził obrady kapituły Trzech Żywiołów. Dwukrotny laureat Kolosów. Znawca rynku nieruchomości. Australia to jego „miejsce na ziemi”, zawsze jednak wraca w Karpaty. Skąd? Z Australii, Singapuru, Malezji, Tajlandii, Birmy, Laosu, Indonezji, Indii, Nepalu, Sikkimu, Syberii (J. Bajkał), Laponii, Egiptu, Syrii, Libanu, Algierii, Brazylii, Meksyku, Peru, Boliwii i krajów Europy.