To jedna z najbardziej naturalnych czynności, jak oddychanie czy chodzenie. Siadamy przy stole, bierzemy do ręki widelec i wkładamy do ust smakowity kęs nieświadomi, że razem z obiadem na naszym talerzu leży podwójna porcja konsekwencji. I to globalnych.

Stek być może przyjechał z Argentyny. Winogrona są z Chile, banany z Hondurasu, oliwa z gajów oliwnych Sycylii, a sok jabłkowy – z Chin. Cywilizacja zwalnia nas z trudu uprawy, zbioru, a nawet przygotowywania codziennej strawy. Wystarczy tylko za nią zapłacić. Dlatego problem zaczynamy zauważać dopiero wtedy, gdy ceny rosną. A konsekwencje naszej niefrasobliwości są bardzo daleko idące. W ubiegłym roku gwałtowny wzrost cen żywności poruszył cały świat. Tylko między 2005 a 2008 rokiem ceny pszenicy i kukurydzy wzrosły trzykrotnie, a ryżu – aż pięciokrotnie, co wpędziło w nędzę dodatkowe 75 mln ludzi i wywołało zamieszki w wielu krajach. W przeciwieństwie jednak do poprzednich szoków, które wynikały z przejściowych niedoborów żywności, tym razem ceny osiągnęły szczyt w roku rekordowych zbiorów zbóż. Jak się wydaje, jest to objaw poważniejszego problemu, który szybko nie zniknie. Najprościej rzecz ujmując, chodzi o to, że przez większą część ostatniej dekady globalna konsumpcja żywności przewyższała produkcję. Po latach drenowania zapasów w 2007 r. zaskoczony świat odkrył, że rezerwy zmalały do 61 dni globalnego spożycia – to drugi najniższy poziom odnotowany w historii.

W najostrzejszej fazie kryzysu Joachim von Braun, dyrektor generalny Instytutu Badań Międzynarodowej Polityki Żywnościowej w Waszyngtonie, ostrzegł, że „wzrost produktywności rolnictwa to zaledwie 1–2 proc. rocznie. Zbyt mało, żeby sprostać przyrostowi demograficznemu i zaspokoić rosnący popyt”. Wysokie ceny to ostatni dzwonek ostrzegający, że żywności zaczyna brakować. Agflacja, czyli rolnicza inflacja, najmocniej uderza w miliard najbiedniejszych mieszkańców planety, którzy na jedzenie wydają 50–70 proc. dochodów. Tymczasem nawet po wywołanym kryzysem światowej gospodarki spadku ceny żywności utrzymują się na niemal rekordowym poziomie, a przyczyny kłopotów – niskie zapasy, eksplozja populacji i coraz mniejszy wzrost plonów – pozostają. Przewiduje się, że zmiany klimatu i związany z tym wzrost temperatur oraz rosnące niedobory wody sprawią, że w większości rejonów świata wielkość zbiorów będzie spadać. Cóż więc ma robić przegrzany, zatłoczony i głodny świat? Odpowiedzi na to pytanie poszukuje von Braun i jego koledzy z Grupy Konsultacyjnej ds. Międzynarodowych Badań w zakresie Rolnictwa. W skład grupy wchodzą ośrodki naukowe o światowej renomie, których praca w okresie od połowy lat 50. do połowy lat 90. XX w. przyczyniła się do więcej niż podwojenia światowych plonów kukurydzy, ryżu i pszenicy. Było to osiągnięcie tak imponujące, że nazwano je zieloną rewolucją. Jednak gdy w perspektywie liczba ludności świata ma w połowie stulecia osiągnąć 9 mld, ci sami eksperci są zdania, że potrzebna jest powtórka, czyli podwojenie obecnej produkcji żywności do 2030 r. Innymi słowy, niezbędna jest kolejna zielona rewolucja, i to w dwakroć krótszym czasie.

Mniej więcej 12 000 lat temu, gdy nasi przodkowie porzucili myślistwo i zbieractwo na rzecz orki i siewu, liczebność ludzkiej populacji była związana z poziomem rozwoju rolnictwa. Każdy postęp w tej dziedzinie, od udomowienia zwierząt, przez nawadnianie pól, po zalewową metodę uprawy ryżu – prowadził do skokowego wzrostu liczby ludności. Gdy produkcja żywności przeżywała stagnację, podobnie działo się z populacją. Już w najstarszych zapiskach arabskich i chińskich dostrzegano związek między liczbą ludności a zasobami żywności, lecz dopiero pod koniec XVIII w. brytyjski uczony Thomas Robert Malthus podjął próbę wyjaśnienia mechanizmu łączącego te dwie zmienne. Dzięki temu stał się zresztą jednym z najbardziej oczernianych badaczy zagadnień społecznych w dziejach. Malthus, którego nazwisko posłużyło do stworzenia określeń typu „zapaść maltuzjańska” czy „klątwa maltuzjańska”, był matematykiem i duchownym. Jak mówili jego krytycy – typem człowieka, dla którego szklanka jest zawsze w połowie pusta. Gdy część filozofów oświecenia, odurzona sukcesami rewolucji francuskiej, zaczęła wieszczyć stałą, nieograniczoną poprawę warunków życia ludzi, Malthus podcinał im skrzydła. Z jego obserwacji wynikało bowiem, że liczba ludności świata, gdyby nie podlegała ograniczeniom, zwiększałaby się w postępie geometrycznym, podwajając się co mniej więcej 25 lat, podczas gdy produkcja żywności rośnie tylko w postępie arytmetycznym – dużo wolniej. To biologiczna pułapka, z której ludzkość nigdy nie zdoła się uwolnić. Potencjał wzrostu populacji jest nieskończenie większy niż zdolność ziemi do wytworzenia niezbędnej do jej utrzymania ilości żywności – pisał w wydanym w 1798 r. Essay on the Principle of Population. Z tego wynika, że muszą istnieć silne, stale działające czynniki pozwalające na utrzymanie populacji na poziomie umożliwiającym jej wyżywienie. Malthus uważał, że takie ograniczenia mogą być przyjmowane dobrowolnie (regulacja urodzin, abstynencja seksualna czy opóźnianie wieku zawierania małżeństw) lub też niezależne od człowieka (wojny, głód i zarazy). Sprzeciwiał się rozdawnictwu żywności (z wyjątkiem pomocy dla „najbiedniejszych z biednych”) w przekonaniu, że taka pomoc prowadzi do wzrostu liczby dzieci zrodzonych do życia w nędzy. Za swoje niepopularne poglądy został w perfidny sposób uwieczniony w angielskiej literaturze, i to przez samego Karola Dickensa. Kiedy w Opowieści wigilijnej Ebenezer Scrooge zostaje poproszony o jałmużnę dla ubogich, ten bankier bez serca mówi prowadzącym zbiórkę, że nędzarze powinni trafiać do przytułków lub więzień. A jeśli wolą umrzeć, niż się tam udać, lepiej niech tak zrobią i zmniejszą nadwyżkę populacji.