Zastanawiałeś się kiedyś nad tym, jak wyglądałby ruch na drodze, gdyby zlikwidowano wszystkie światła drogowe? Tak właśnie jest w Drachten w Holandii.

Zasady są po to, by je łamać – mówi przekorne porzekadło. Co jednak zrobić, gdy zasad brak? Od kilku lat z takim problemem zmagają się mieszkańcy 50-tysięcznego miasteczka Drachten w północnej Holandii. Lokalny samorząd w siedem lat zlikwidował tam niemal wszystkie światła drogowe, przekazując tym samym pałeczkę mieszkańcom.

Mniej wypadków, więcej kolizji

Pomysłodawcą przedsięwzięcia był Hans Monderman, ekspert do spraw komunikacji znany z nowatorskiego spojrzenia na relacje ludzi i pojazdów. Jego zdaniem, pozbawieni regulacji radzimy sobie o wiele lepiej niż w systemach pełnych obwarowań. Wyniki drachteńskiego eksperymentu zdają się wspierać tę teorię. W mieście, w którym przed wprowadzeniem nowych porządków miało miejsce około ośmiu poważnych wypadków drogowych rocznie, dziś są średnio dwa. Przybyło za to drobnych kolizji, co jednak nie martwi władz miasta, bo liczba stłuczek jest odwrotnie proporcjonalna do liczby ofiar. Na głównym skrzyżowaniu miasta, przez które przejeżdża dziennie ok. 22 tys. samochodów, w miejscu świateł stoi rondo. W ten prosty sposób zapomniano tu o korkach.

Kierowcy i piesi wspólnie ponoszą odpowiedzialność

– Likwidując przepisy, przenosimy odpowiedzialność za ruch drogowy z władzy na samego kierowcę, który ponosi ryzyko swoich decyzji, a tym samym jest ostrożniejszy – mówił kilka miesięcy po rozpoczęciu eksperymentu Monderman, piewca pojęcia "wspólnej przestrzeni", w której piesi, rowerzyści i kierowcy każdorazowo samodzielnie ustalają reguły współżycia. Dziś Drachten ma swoich naśladowców wśród miasteczek w całej Europie. Pozostaje czekać, aż zainspiruje się nim któraś z metropolii.