Cena złota mierzona w dolarach i cierpieniu – nigdy dotąd nie była tak wysoka.


Górnicy bliskość śmierci oswajają refleksyjnym fatalizmem. Mawiają Al labor me voy, no sé si volveré, czyli: Idę do pracy, nie wiem, czy wrócę. Śmierć w kopalni jest nawet postrzegana jako dobry znak dla pozostałych przy życiu. Ofiary z ludzi, praktykowane w Andach przez stulecia, wciąż są uważane za najlepszy sposób obłaskawienia góry. Według lokalnych wierzeń proces chemiczny, w którym góra wchłania ludzki mózg, prowadzi do wyniesienia rudy złota bliżej powierzchni, ułatwiając jej wydobycie.

Lecz bogowie pewnie nie są szczęśliwi: ścieki i śmieci na ulicach to drobnostka w porównaniu z tonami rtęci uwalnianej do środowiska w procesie oddzielania złota od skały. UNIDO szacuje, że na każdy gram złota pozyskanego w ramach małoskalowej eksploatacji przypada 2–5 g rtęci. To szokujące dane, zważywszy że zatrucie rtęcią powoduje ciężkie uszkodzenia układu nerwowego i wielu organów ciała. Według ekologów rtęć z La Rinconady i pobliskiego górniczego miasteczka Ananea zatruwa wody aż po odległe o 250 km jezioro Titicaca.

Ojciec Rosemery, Esteban Sánchez Mamani, pracuje tu od 20 lat, choć obecnie rzadko wchodzi do kopalni z powodu chronicznej choroby, która wyssała z niego siły i podniosła ciśnienie krwi. Sánchez do dziś nie jest pewny, co to za schorzenie – pojedyncza wizyta u lekarza nie dała odpowiedzi. Przypuszcza jednak, że jest to skutek skażenia środowiska. – Wiem, że te kopalnie zabrały mi całe lata – mówi przygarbiony czterdziestolatek. – Nie znamy innego życia.

Los całej rodziny zależy teraz od rudy, którą żona Sáncheza, Carmen, przytaszczy z góry. Mężczyzna spędza większość dnia, siedząc na podłodze rodzinnej kamiennej chaty i roztłukując skałę na drobniejsze kawałki. Odłamki połyskujące drobinami złota trzyma w niebieskiej filiżance. Rosemery odrabia zadanie domowe na worku ryżu i zasypuje mnie pytaniami o życie poza La Rinconadą: – Czy w twoim kraju żujecie liście koki? Hodujecie alpaki? Chociaż chodzi dopiero do pierwszej klasy, już zdecydowała, że chce zostać księgową i mieszkać w USA: – Chcę wyjechać daleko stąd.
Rosemery przyłącza się do ojca, który z dwoma workami rudy (tygodniowa porcja) wybiera się do malutkiego młyna. Za każdym razem odżywa w nim nadzieja na fortunę. A przynajmniej że wystarczy złota, by jego dwoje dzieci mogło dalej chodzić do szkoły. – Chcę, żeby się uczyły i wyjechały stąd – mówi.

Ojciec i córka obserwują, jak młynarz gołymi rękami wprowadza ciekłą rtęć do drewnianej kadzi, a skażone odpady wyrzuca do strumienia pod szopą. Dziesięć metrów niżej jakaś dziewczynka napełnia wodą butelki. Oczy wszystkich utkwione są w srebrzystym samorodku wielkości wiśni w ręku młynarza. Rtęciowa otoczka skrywa złoto. Ale ile?

Wepchnąwszy samorodek do kieszeni, Sánchez idzie pod górę, do punktu skupu. Kupiec, jeden z kilkuset w mieście, palnikiem gazowym usuwa rtęć – przez rurę wydechową do chłodnego powietrza przedostaje się toksyczny gaz. W tym czasie Sánchez, miętosząc czapkę w dłoni, chodzi tam i z powrotem po izbie.

Po 10 minutach z płomienia wyłania się maleńkie ziarenko złota. Sánchez marszczy brwi. Samorodek waży zaledwie 1,1 g. Kupiec wręcza Sánchezowi sumę, która – po odliczeniu zapłaty dla młynarza – przyniesie rodzinie niecałe 20 dolarów. – Więcej szczęścia następnym razem! – rzuca handlowiec na pożegnanie.

Może w przyszłym miesiącu. A może jeszcze za miesiąc. Sánchez wie, że na tym podniebnym lodowcu szczęście to jedyna rzecz, na którą może liczyć.

Brook Larmer, 2009