To już dwunaste spotkanie z podróżnikami przemierzającymi Amazonkę rowerami. Dawid Andres i Hubert Kisiński niedawno dotarli do celu, czas na podsumowania.

 Słońce powoli zniża się i za chwilę dotknie horyzontu na linii styku nieba z oceanem, wyznaczającej granicę pomiędzy teraźniejszością a przyszłością, pomiędzy byciem “tu i teraz” a “tam i wkrótce”. TU oznacza wielką przygodę na Amazonce, TAM - to też przygoda, którą będzie cała reszta życia. Atlantycka plaża na wybrzeżu brazylijskim, na której siedzą Dawid Andres i Hubert Kisiński z napisami THE END ciągle zdobiącymi ich plecy, nastraja braci nostalgicznie i filozoficznie. Osiągnięcie celu, do którego dążyli przez ostatnie pół roku każe im myśleć, że tu właśnie coś się kończy i coś się zaczyna. Wspomnienia i plany, jedno i drugie budzi ekscytację.
 

To zacznijmy od wspomnień…
 

Czy ten rower da radę na Amazonce? 
 

- Właściwie to przez ostatni tydzień ciągle mówimy o tym, co nam się przydarzyło w czasie wyprawy rowerowej po Amazonce – stwierdza Dawid, inicjator ekspedycji, której pomysł narodził się pod wpływem lektur książek podróżniczych i nieodpartej potrzeby przeżycia niezwykłej przygody. – Myślę, że już zawsze, tak jak Ty Piotr, będę żył Amazonką. 
 

Dawid przez dwa lata przygotowywał się do wyjazdu na największą rzekę świata. Chłonął wszelkie informacje jak gąbka: o źródłach, o górskich bystrzach, o ludziach, o piratach, o kanałach, o dżungli. Długo zastanawiał się,  w jaki sposób odbyć podróż po Amazonce i którędy. Zbierał mapy, czytał i planował trasę, kontaktując się z tymi, którzy już tu byli: ze mną, z Westem Hansenem z wyprawy “The Amazon Express”, z Rafałem Kośnikiem, z Jackiem Klisowskim. 
 

- Przez dwa miesiące przed wyjazdem strasznie się gryzłem, że to niebezpiecznie, ryzykowne, nieodpowiedzialne – wspomina Dawid. - Ale coś wewnątrz mnie mówiło “musisz to zrobić”. Z jednej strony myślałem sobie, że tak niewielu ludziom udało się pokonać Amazonkę, więc czy ja dam radę, a z drugiej – skoro ktoś jednak tego dokonał, to dlaczego ja mam tego nie zrobić? 
 

Pewne wątpliwości, co do przebiegu podróży budził dodatkowo środek transportu wymyślony przez tego 40-letniego gorzowianina, obecnie mieszkańca Arizony. Rower amazoński, który spełniał podwójną funkcję adekwatną do koncepcji wyprawy – po drodze jeździł na kołach, a na wodzie płynął dzięki przymocowanym do ramy pontonowym płozom – miał zadebiutować nie gdzie indziej, ale właśnie na Amazonce.
 

- Pamiętam, jak mnie zapytałeś, czy rower na pewno wytrzyma na wodach Amazonki. Myślałem sobie wtedy, ale dlaczego Ty tak ciągle o to pytasz, przecież siądę sobie na siodełku, będę pedałował i tyle. Wielkie rzeczy. A potem zrozumiałem, że Ty naprawdę wiedziałeś, dlaczego pytasz o wytrzymałość roweru. Nie wyobrażałem sobie takich fal na rzece – śmieje się Dawid, przypominając sobie nasze pierwsze rozmowy i moje wątpliwości.  
 

To co najtrudniejsze, to co najfajniejsze    
 

Przypomnijmy, bracia wyruszyli w podróż we wrześniu 2015 roku. Wystartowali z miejscowości Camana nad Pacyfikiem. Wkrótce zaczęli wspinaczkę po górskich drogach w wysokich Andach, by dotrzeć do jeziora Ticlla Cocha, gdzie zlokalizowane jest źródło Amazonki. Właśnie tu, kąpielą na wysokości 5142 metrów na poziomem morza zainaugurowali swoją ekspedycję wzdłuż i po królowej rzek. 
 

- Górski odcinek był jednym z najtrudniejszych – opowiada Hubert. – Wysokość dawała się we znaki, zwłaszcza przy ciągłych jej zmianach – raz cztery i pół tysiąca metrów, raz dwieście, raz cztery tysiące i raz pięćset. Ale za to widoki były cudowne! Ciągle mam je przed oczami, choć to było tyle miesięcy temu i tyle tysięcy kilometrów stąd.  
 

Obaj rowerzyści nie mogli się nadziwić, jak z chorobą wysokościową radził sobie ich przyjaciel Dominik Dąbrowski, który towarzyszył im w podróży przez prawie dwa tygodnie. Ledwo przyleciał z Polski, zaraz wskoczył na dodatkowo zakupiony rower i przepedałował kawał drogi po andyjskich wzniesieniach. “Zipiał ciężko” co prawda, ale się nie poddał, jak przystało nawet na chwilowego uczestnika wyprawy.  
 

Gapowaci piraci
 

- Dawid, a pamiętasz tych gangsterów na terenach Ashaninka? – na wspomnienie  ciapowatych bandytów Hubert się uśmiecha. – Jak oni nieporadnie wyglądali zbierając się z ziemi, kiedy się wywrócili z tymi swoimi motorami. Aż żal było patrzeć.
 

W Atalaya bracia zwodowali swoje rowery i rozpoczęli najprzyjemniejszą część podróży. Pierwsze kilometry na rzece spędzili wylegując się na stanowiących rodzaj podestu deskach przymocowanych do płóz. Woda sama niosła ich pojazdy, pozwalając podróżnikom a to na drzemkę, a to na kąpiel, a to na kontemplowanie, jak wspaniale  i bez wysiłku pływa się po Amazonce. Do czasu. Na Ukajali – gdzie słuchali “gadających” ryb i ścigali się z delfinami - trzeba było już trochę popracować, pedałując. No i zaczęły się problemy z napędami, których tendencja do psucia się spędzała sen z powiek Dawidowi, a Hubertowi “brylantowej rączce” zapewniała dodatkowe zajęcie – naprawianie, modernizowanie, poprawianie, demontowanie, montowanie i tak raz po raz. 
 

Za Iquitos rowerzyści wpłynęli na szybką wodę, dzięki czemu, co odnotowywali z dumą i radością, osiągali średnią prędkość 10-14 km/godz. Zaczęli już sądzić, że w takim tempie, dotrą do oceanu znacznie wcześniej niż sądzili. Dlatego zdecydowali się zostać w Tabatinga na granicy perywiańsko-brazylijskiej nieco dłużej, na święta. Tu spotkali najfajniejszych ludzi spośród licznego grona przyjaznych im osób – kolumbijską rodzinę, która na czas Bożego Narodzenia “zaadoptowała” dwóch Polaków podróżujących dziwnymi pojazdami po Amazonce.  
 

Fajni dla braci okazali się nawet piraci grasujący pomiędzy Tefe a Manaus. Co prawda, trzecie spotkanie z bandą rzezimieszków było dość stresujące i “wykańczające psychicznie”, ale zakończyło się szczęśliwie, bo po czterogodzinnym krążeniu wokół rowerzystów, dali im spokój i pozwolili odpłynąć. 
 

Poczucie odpoweidzialności i gościnność
 

Gościnność oraz przyjazne, ciepłe kontakty z miejscowymi to szczególnie cenne doświadczenia rowerzystów, którzy dzięki temu mieli okazję poznać życie, zwyczaje, kulturę mieszkańców dorzecza Amazonki.  
 

- Ogromne wrażenie zrobiły na mnie dzieci spotykane w wioskach, w których nocowaliśmy – wspomina Dawid. - Wydają się dużo dojrzalsze, bardziej samodzielne i świetnie radzą sobie w różnych sytuacjach. Zapamiętałem zwłaszcza Arexa, 10-latka, a więc chłopca w wieku mojego syna, którego spotkaliśmy w wiosce nieopadal Coari. Rozrzewniło mnie, gdy zobaczyłem, jak wcześnie rano w deszczu wypływa łódką na rzekę złowić ryby na śniadanie dla swojego rodzeństwa. To poczucie odpowiedzialności zrobiło na mnie ogromne wrażenie. 
 

Sztormy, wiatry, wichury
 

O ile początek wyprawy nastręczał trudności, o tyle końcowy etap dał się rowerzystom solidnie w kość, choć w zgoła odmiennych warunkach. 
 

- Od Santarem przez miesiąc toczyliśmy walkę z rzeką – opowiada Dawid. -  Ja nie sądziłem, że będą takie wielkie fale, że będzie nami tak szarpać. 
 

- I że będą pływy, które tak Cię denerwowały – dodaje Hubert. 
 

Sztorm i wiatr, chwila spokoju i znowu wichura tworząca na rzece fale, jak na oceanie. I tak dzień w dzień. Do tego przypływy i odpływy, które komplikowały podróż, zwłaszcza w kanałach, gdzie zdarzało się, że rzeka zmieniała w nieprzewidywalny sposób kierunek nurtu. 
 

- Miałem chwile słabości -  przyznaje Dawid. 
 

Amazoński trójkąt bermudzki
 

Jeśli braciom wydawało się, że poruszanie się drogą lądową będzie łatwiejsze, to dżunga szybko zweryfikowała ich przypuszczenia. Dlaczego? Bo droga, która była widoczna na mapie, dawno zarosła gęstą tropikalną roślinnością, zalana wodą, która raz po raz zmieniała się w błotniste grzęzawisko. Przedzieranie się na rowerach przez ten teren było wykańczające. A w przypadku braci, można powiedzieć, że potrójnie wykańczające, bo zakręcili trzy pętle w tym “amazońskim trójkącie bermudzkim” dążąc do zachowania idei ciągłości podróży w jednym kierunku i o własnych siłach.  
 

Droga z Belem nad Atlantyk miała być dwustukilometrowym spacerkiem, łatwizną pokonaną ot tak, pstryk i już! Kolejne złudne wrażenie. Część tej trasy stanowiła znowu dżungla, przez którą przedzieranie się nie było wcale taką gratką. Za to potem… Potem oczom braci ukazał się widok długo wyczekiwany i wymarzony – Atlantyk. 
 

- To było najwspanialsze wskoczyć do ciepłego oceanu, zagarniać wodę rękami nie tyle płynąc w tym oceanie, co dotykając go. W końcu osiągnęliśmy cel naszej podróży – mówi z rozrzewnieniem Hubert.      
 

Lekcje amazońskie
 

Pół roku na Amazonce to wystarczająco dużo czasu, by sporo dowiedzieć się o samej rzece, o ludziach mieszkających w jej dorzeczu i o sobie samych. 
 

- Trzeba przyznać, że nabraliśmy krzepy fizycznej i psychicznej – mówi Dawid. – Amazonka stopniowo przygotowywała nas na coraz większe trudności. Gdyby to co działo się na końcu, miało zdarzyć się na początku, to chyba nie dalibyśmy rady. – dodaje ze śmiechem. 
 

Gdy było szczególnie ciężko myślał o bohaterach książek o okresie w historii, którym szczególnie się interesuje, łagrach i niemieckich obozach koncentracyjnych. Postawa ludzi, którzy przeszli gehennę, jak jego ulubiony autor Stanisław Grzesiuk, inspiruje go i każe spojrzeć na własne problemy z innej perspektywy.
 

- To co przeszli ci ludzie czyni ich prawdziwymi twardzielami. Nieraz na wyprawie  powtarzałem sobie i Hubertowi, człowieku, na co ty narzekasz. Ludzie przeżyli katorgę, spędzili w łagrach wiele lat i dali radę, żyli, byli szczęśliwi, a ty płyniesz Amazonką, którą sam sobie wybrałeś i jest świetnie. To mnie podbudowywało.    
 

Różni, a jednak podobni do siebie, jednakowo zdeterminowani i uparci, bracia przyznają, że jeden bez drugiego nie zrealizowałby tej wyprawy. Wspieranie się i uzupełnianie nawzajem nie tylko umiejętnościami, ale osobowością i siłą charakteru stały się najlepszym odzwierciedleniem mocy braterskiej więzi. 
 

Kuracja amazońska pozwoliła mi spojrzeć na siebie z boku
 

- Cieszę się, że pojechałem na tę wyprawę razem z Hubertem – podkreśla Dawid. – Nie tylko potrafił wszystko naprawić i gotować posiłki, ale tonował nierzadko moją niecierpliwość i czarne myśli.   
 

A poza tym Hubert znowu jest sobą. Jest wesołym, otwartym, ciepłym młodym mężczyzną, takim jakim był zanim dopadły go problemy narkotykowe. Wyprawa po Amazonce stała się dla niego sposobem na ratowanie samego siebie, ucieczką od uzależnienia, które nim owładnęło. 
 

- Kuracja amazońska pozwoliła mi spojrzeć na siebie z boku, z pewnej perspektywy, pozwoliła mi dojść do siebie. To dojście do siebie, żebym zaczął normalnie i racjonalnie myśleć zajęło mi wiele miesięcy Dopiero teraz jestem w stanie zrozumieć i ocenić skalę problemu, w którym tkwiłem. Amazonka na zawsze pozostawi swoistą rysę w moim życiu, doświadczenie, które uczy, pokazuje coś nowego, coś dobrego. Co było trudniej pokonać, Amazonkę czy narkotyki? Zdecydowanie to drugie. Na Amazonce możesz wezwać pomoc, gdy dzieje się źle, w uzależnieniu musisz poradzić sobie sam, albo toniesz. 
 

Na Amazonce Hubert odzyskał przede wszystkim wiarę w swoją siłę i swoje możliwości. Poczuł, że znowu potrafi z uporem i konsekwencją dążyć do celu. 
 

- Gdy błądziliśmy w dżungli, w ciemnościach, w gęstwinie, przez którą słońce nie było w stanie się przedrzeć potrafiłem dostrzec światło. I wtedy z jeszcze większą zapalczywością ciąłem maczetą zarośla i … faktycznie znajdowałem światło i wyjście – opowiada o swoich, po trosze metafizycznych, doświadczeniach.
 

Witajcie w domu
 

Mieszkanie rodziców Dawida i Huberta w gorzowskim Zawarciu przepełniają zapachy smażonych kotletów schabowych, kapusty i jeszcze kilku dań. Mama, Bożena Kisińska, przygotowuje na powitanie synów typowo polski obiad. 
 

- Pewnie stęsknili się za domowym, swojskim jedzeniem – mówi, a w jej głosie słychać ekscytację połączoną ze wzruszeniem. Chłopaki powinni być w domu za jakieś półtorej godziny, wracają cali i zdrowi, co za ulga. – Jeszcze ogórki kiszone, może będą mieli na nie ochotę – woła do męża. 
 

Pan Zdzisław, podobnie jak żona, ogromnie dumny z osiągnięcia synów, jest przy tym niepocieszony, że nie mógł pojechać po Dawida i Huberta na lotnisko – ospa uziemiła go w domu na dobre dwa tygodnie. To pech! 
 

Z pokoju obok po raz niewiadomo który dobiega dziecięce wołanie: Kiedy tata przyjedzie?! Dawidek i Filipek, synowie Huberta od rana zajmują strategiczne miejsca przy oknie.  Z przerwami na sprzątanie pokoju, “bo musi być czysto na powitanie taty”. Czas dłuży się niemiłosiernie, żadna zabawa nie wciąga chłopców. No to jeszcze raz: Kiedy tata przyjedzie? 
 

Dzwonek do drzwi. Tata przyjechał!!! I wujek Dawid!!!
 

Dawid i Hubert nie mają za wiele czasu na odpoczynek. Już w sobotę, 12 marca będą w Gdyni na Kolosach - spotkaniu podróżników i eksploratorów, gdzie późnym wieczorem opowiedzą o swojej zakończonej kilka dni temu wyprawie po Amazonce. Przy okazji będzie również można zobaczyć rower amazoński, którym podróżowali po największej rzece świata.
 

Zdobywcy Amazonki
 

Dawid Andres i Hubert Kisiński zrealizowawszy cel swojej wyprawy wpisali się tym samym na listę osób które w sposób ciągły, w jednym kierunku i o własnych siłach pokonały Amazonkę od źródła do ujścia w Atantyku.
 

Autor: Piotr Chmieliński