Wieże Patagonii

10 maj 2013
Wieże PatagoniiWieże Patagonii. (Fot. FPM)

Torres to po hiszpańsku „wieże”. Ale co znaczy paine? Podróżnicy śmieją się, że „ból”. Bo tak trudno się do tego niezwykłego miejsca dostać. I jeszcze trudniej Torres del Paine zwiedzać.

La gran nada, czyli „wielkie nic” – takim epitetem mieszkańcy dalekiego południa amerykańskiego kontynentu określają otaczający ich krajobraz. Rzeczywiście, bezkresna Patagonia to w ponad dziewięćdziesięciu procentach płaskie, porośnięte ostrymi trawami, nieprzyjazne pustkowia. Ale im bliżej krańca świata, za którym czekają już tylko lód i pingwiny, tym mocniej ziemia zaczyna się piętrzyć. Z pustkowia zaczynają wyrastać oszałamiające skaliste góry, pomiędzy które wrzynają się potężne lodowce, a zimne arktyczne jeziora nie ustępują urodą tropikalnym lagunom.

Nie jest to region łatwy do zwiedzania, głównie ze względu na oddalenie od Europy oraz ekstremalne i nieprzewidywalne warunki pogodowe. Widoki, jakie oferuje Torres del Paine, wynagradzają z nawiązką wszelkie niedogodności. Swą nazwę park zaczerpnął od wizytówki tych okolic – trzech potężnych iglic strzelających w niebo na wysokość blisko 3 tys. m. Etymologia nazwy nie jest jednak do końca jasna. Torres to po hiszpańsku „wieże”, jednak paine jest słowem owianym tajemnicą. Jedna z hipotez mówi, że w języku Indian Tehuelczów oznaczało ono kiedyś „błękit”. Niezbyt biegli w znajomości obcych języków anglosascy turyści ukuli jednak inne tłumaczenie tej nazwy – „Wieże bólu” (od ang. pain – „ból”), co ma oddawać trudności związane zarówno z dotarciem, jak i ze zwiedzaniem parku. Czy rzeczywiście patagońskiej pogody należy się bać? Mam kilka dni na to, by przekonać się o tym na własnej skórze.

Do Torres del Paine docieram autobusem z oddalonego o 150 km Puerto Natales – małej, ale miłej mieściny znajdującej się nad jednym z tysięcy przecinających chilijską Patagonię fiordów. Przy wjeździe do parku, koło siedziby strażników, gdzie każdy z pasażerów musi wysiąść, opłacić wstęp i wysłuchać edukacyjnej pogadanki, pasie się duże stado gwanak. To zachwycający smukłą sylwetką i pięknym rudo-białym futrem kuzyni lam i alpak. Wszyscy turyści pstrykają im zdjęcia jak oszaleli. Ja też. Cóż, przez kilka kolejnych dni będę miała szansę zobaczenia tylu wielbłądowatych, że przestanę wyciągać na ich widok aparat.

Wysiadam z autobusu na jednym z pierwszych przystanków za granicą parku. Rozbijam namiot na kempingu, z którego wyruszają trasy prowadzące zarówno do słynnych wież, jak i do drugiego masywu, zwanego Cuernos del Paine, czyli do „rogów”. Ledwo zdążyłam wbić w ziemię ostatniego śledzia, z zasnuwających niebo chmur lunęło jak z cebra.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Autor

  • Paulina Pilch

    Paulina Pilch

    Prawniczka z zawodu, podróżniczka z zamiłowania; odwiedziła ponad 70 krajów na sześciu kontynentach. Współautorka książki Dziewczyńska podróż dokoła świata będącej zapisem rocznej podróży.

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowali�my dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się