Aborygeńskie mity zaklęte w prastarych skałach, orgia kolorów rafy koralowej, ciągle ledwie dotknięta natura i przyjazna nowoczesność miast uważanych za najlepsze do życia na świecie.
Oto Australia, Dwie przesiadki i ponad 20 godzin w powietrzu. To Wielki Skok. Trudy podróży zostaną jednak szybko nagrodzone. Nowy Świat od pierwszych chwil porazi nas pięknem, oczaruje i wchłonie. Wystarczy, że zobaczymy Sydney. Jego nazwa będzie brzmiała w głowie niczym mantra.
Choć dziś wiem, że nigdy nie mógłbym w tym mieście zamieszkać, wielokrotnie dałem mu się uwieść. Tu szybko zatraca się pamięć, sprawnie i bezstresowo wpada się w australijski rytm. No worries mate! Bracie, nie przejmuj się!
W Sydney i jego okolicach jest co robić nawet przez dwa tygodnie. Niemniej na bezbolesne wylądowanie, strzepanie kurzu z Polski, przestawienie spania o 10 godzin do przodu i skuteczny flirt wystarczą dwa, trzy dni. Na nocleg wybieram jeden z hotelików na Kings Cross – kiedyś dzielnicy rozpusty i rozboju, dziś zdecydowanie bardziej turystycznej, zaledwie kwadrans piechotą do City. Po zalogowaniu się w hostelu idę na piwo. Jest dobrze po północy i środek tygodnia, a na głównej ulicy Kings Cross – Darlinghurst Rd – niemal tłok. Z witryny pubu obserwuję mój nowy-stary świat. W połowie piwa dostrzegam bójkę. Po drugiej stronie ulicy kilku wyrostków zgrabnie, ale bez brutalności okłada się wzajemnie ciosami na oślep i chwilę później znikają w ciemnych uliczkach. Mam wrażenie, że to wykreowana atrakcja turystyczna. Stary, dobry Kings Cross, tego już więcej w Australii nie zobaczę. Noc i mocny sen, wczesna samoistna pobudka i zdziwienie. Gdzie ja jestem?! Znakomita kawa po drugiej stronie ulicy, tost z jajkiem i bekonem wystarczą, aby dostarczyć energii i zrozumieć sens kolejnej mantry, którą będę powtarzał co rano, przynajmniej do wylotu z antypodów: Beautiful one day perfect the next.
Nogi są najlepszym przyjacielem człowieka – to banalne założenie można wychodzić w kompaktowym centrum Sydney, gdzie wszędzie jest blisko. Wnikam więc do środka imponującej (jak na Australię!) Katedry Najświętszej Marii Panny. Przy wyjściu od strony zachodniej jest pamiątkowa tablica z pobytu Jana Pawła II w 1986 roku. Przez Hyde Park z fantazyjnie oświetlonymi nocą koronami drzew przechodzę do słynnej wieży Sydney Tower. W 40 sekund za 75 zł 300 metrów windą do nieba. A tam, na górze, panorama perły antypodów. Przez 420 okien do wyboru widać obiekty w śródmieściu, kompleks olimpijski, port i dalej Góry Błękitne na zachodzie i ocean na wschodzie. Kolejka Monorail, jak sama nazwa wyjaśnia, sunie po jednej szynie wokół City. Pętla trwa pół godziny i służy pogłębieniu przekonania, że mam do czynienia z naprawdę urodziwym miastem, drażnią tylko porysowane szyby z pleksi. Odkładam aparat na bok i chłonę przyjazną nowoczesność drapaczy chmur. Czas na spacer wielkomiejską, handlową i usługową Pitt St, aż do wody, do The Rocks, kiedyś centrum żeglugi i handlu, ale też prostytucji i rozboju. Dziś leniwy spacer brukowanymi uliczkami z kolonialną architekturą kończę w Lord Nelson Brewery Hotel, najstarszym pubie w Sydney. Mają tu pięć gatunków własnego piwa, niepowtarzalną atmosferę i świetne widoki na The Rocks.

Do 27 marca 2012 r. możesz głosować za pomocą SMS na najwybi...

Reklamy ośrodków narciarskich przypominają czasem te proszkó...

Uwielbiam ekstremalną jazdę po płaskim. I mam swój własny st...

Miłośnik sztuki ordynat Zamoyski mieszka tu po sąsiedzku z L...
Fascynacja pana Tomalika Australią jest bardzo duża; szczególnie daje się to odczuć na spotkaniu na żywo. Miałam przyjemność słuchać opowieści oraz oglądać slajdy na spotkaniu w maju br. we Włocławku. Dziękuję :)
Super opis. Bardzo mi się przydał do pracy do szkoły :).
Tam gdzie spotyka się południowo-wschodnia Wenezuela, Gujana i północna Brazylia rozciąga się kraina nazwana przez biogeograf...
Jeszcze tylko 7 dni, do wtorku 31 stycznia 2012 r. do godz. 24.00, poprzez stronę www.alpinus-miejodwage.pl można zgłaszać pr...
W związku z wejściem w życie 1 stycznia 2012 roku ustawy abolicyjnej Polska Akcja Humanitarna realizuje projekt, którego cele...
Bangkok to zjawisko. Niektórzy mówią, że to „miasto z dreszczykiem” myśląc o jego nocnym obliczu. Dla mnie osobiście Bangkok będzie miastem z ...
Najbardziej turystyczna wyspa Tajlandii + najbardziej popularna plaża na tej wyspie + najbardziej "kurewska" ulica przy tej plaży = ...
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.