Dwóch wyjątkowych podróżników przemierza Amerykę Południową. Właśnie dotarli do Boliwii, gdzie trwa Rajd Dakar.

- Zamieszanie, gwar i bieganina. To wcale nie przypominało dnia odpoczynku w Rajdzie Dakar, jaki przewidziany był na tę niedzielę – zauważył Michał Woroch, kiedy na swoim wózku inwalidzkim wjechał na teren miasteczka „dakarowego“. Michał jest uczestnikiem wyprawy „Wheelchair Trip“, którą odbywa wraz ze swoim przyjacielem, także poruszającym się na wózku, Maciejem Kamińskim. Niestety, jego towarzysz ze względu na zatrucie pokarmowe nie mógł dotrzeć dzisiaj do królestwa rajdowców, ani spotkać się z Rafałem Sonikiem. 
 

­- Jestem pod wrażeniem, że pan Rafał, chociaż był bardzo zajęty i zmęczony, znalazł jeszcze czas na rozmowę ze mną.  – relacjonuje Michał. ­­– Poza tym miałem okazję poobserwować tych wszystkich ludzi zaangażowanych w organizację i przebieg Rajdu. To było dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie. 
 

Do La Paz, stolicy Boliwii, gdzie dzisiaj zlokalizowane jest miasteczko “dakarowe” Michał i Maciek dotarli po 7 tygodniach podróży, w którą wyruszyli z Buenos Aires w Argentynie. Swoim dwudziestojednoletnim Land Roverem Defenderem, zwanym “ukochanym Domem Defem”, pokonali w tym czasie ponad 12 tysięcy kilometrów, jadąc najpierw na południe do Ziemi Ognistej, a potem wzdłuż wybrzeża Pacyfiku na północ, w kierunku pustyni Atacama oraz andyjskiego płaskowyżu Altiplano. Dodatkowe kilometry zaliczyli na swoich wózkach inwalidzkich, zwiedzając i oglądając miejsca, do których są w stanie na nich dotrzeć. A to jeszcze nawet nie półmetek wyprawy “Wheelchair Trip” – wyprawy, którą dwaj niepełnosprawni podróżnicy udowadniają, że pewne ograniczenia można pokonać dzięki sile determinacji, cierpliwości i przyjaźni, a z tymi, których pokonać się nie da, trzeba się po prostu pogodzić. Ale o tym nieco później.  
 

Łatwe początki….
 

Zaczęło się od problemów. Samochód, który dla Michała i Maćka miał być nie tylko środkiem transportu, ale także bazą wypadową, sypialnią, kuchnią, atelier fotograficznym, słowem wszystkim, czego potrzebowali do podróżowania, został zatrzymany w urzędzie celnym w porcie w Buenos Aires. Dzięki interwencji Ambasady RP w Argentynie areszt pojazdu na szczęście nie trwał zbyt długo, bo zaledwie cztery dni. W tym czasie Michał i Maciek zdążyli sobie zaskarbić sympatię zarówno polskich dyplomatów, jak i księdza Jerzego oraz goszczących ich sióstr Albertynek. I jeszcze Kasi, Polki odbywającej swą podróż dookoła świata, której końcowy fragment przejechała właśnie z nimi. Wszystkim bez wyjątku zaimponowali  ci dwaj młodzi mężczyźni, którym choroby odebrały możliwość swobodnego poruszania się, ale nie dążenia do realizacji marzeń. 
 

Pokonując rozległe, otwarte i niezwykle wietrzne przestrzenie od wschodniej Patagonii, dotarli do rozpalonej słońcem Ziemi Ognistej i leżącej na krańcu Ameryki Południowej Ushuaia. Stamtąd, pasmem Andów, mijając jeziora Argentyna i Buenos Aires oraz jaśniejące w oddali lodowce, przejechali wzdłuż zachodniego wybrzeża kontynentu do Chile. O niezwykłym uroku tych terenów decydują ciągnące się setkami kilometrów fiordy. Już na terytorium Chile trasa wiodąca między wulkanami prowadzi do Punta Arena, położonego na poziomie morza, gdzie płaskie pozbawione roślinności pustkowie przechodzi w urodzajną, przepełnioną zielenią oazę. Na krótko wpadli do Santiago, gdzie z rodzinną serdecznością ugoszczono ich w polskiej ambasadzie. Następnie, podziwiając z jednej strony górski łańcuch ośnieżonych w oddali Andów, z drugiej Pacyfiku o turkusowej lśniącej wodzie rozbijającej się falami o skaliste wybrzeża, dotarli do Antofagasty, miasta będącego swoistą oazą na pustyni Atacama. 
 

- Miało być tak ciężko, a wcale nie jest – skwitował ze śmiechem Michał, opowiadając o księdzu Marcinie, który wyczytawszy na facebooku informację o wyprawie, zaprosił obu przyjaciół do odwiedzenia go w Antofagaście. Co więcej, sprawił im niespodziankę w postaci wspaniałej rybnej kolacji i najlepszego w mieście hotelu z widokiem na ocean. Taki świąteczny prezent, bo to akurat była Wigilia. 
 

Ale nie tylko od święta spotykają się z życzliwością miejscowych. Zwykle dostrzegają w oczach tubylców zainteresowanie, czasem zdziwienie, gdy wyciągają oba wózki inwalidzkie z samochodu i siadają na nich, a najczęściej dobro, jak mówi Michał. Pytani o cel podróży, otrzymują słowa podziwu, otuchy i wiary w powodzenie planu. A jeśli ktoś nie przekonał się do nich od razu, to z pewnością uczynił to otrzymawszy od Polaków obrazek z wizerunkiem Jana Pawła II. 
 

- Wygląda na to, że naszego Papieża uznają także za swojego. Jan Paweł II nadal jest tu bardzo poważany i uważany za przyjaciela ludu. On z Polski i my z Polski – to działa. – opowiadają. 
 

Zapasy obrazków uzupełnili u księdza Marcina w Antofagaście. Do Waszyngtonu powinno wystarczyć, jak zapewniają ze śmiechem. 
 

Przez piasek, sól i kamienie
 

Antofagasta to brama do pustyni Atacama, pokrytego piaskiem płaskowyżu zniewalającego grą barw czerwonej, pomarańczowej i żółtej. A jednocześnie najbardziej suchego miejsca na ziemi, z punktami, gdzie – odkąd prowadzone są pomiary - nie zanotowano ani milimetra opadów. 
 

- To miejsce kojarzy mi się z Marsem, chociaż nigdy tam nie byłem – relacjonował Maciej – Dużo odmian czerwieni i żółci, a przy tym kompletna pustka. 
 

Trzymając się konwencji astronomicznej, chciałoby się powiedzieć, że na pustyni Atacama dominował nie tylko krajobraz marsowy z charakterystyczną czerwienią, ale i księżycowy. Płaskie, opustoszałe przestrzenie urozmaicone czasem wzniesieniem, większym lub mniejszym, wszechpanujący piach na zmianę z wysuszoną i spękaną powierzchnią ziemi oraz solniskami, z których parująca sól spowija otoczenia białawą powłoką. Żadnej roślinności, poza pojawiającymi się z rzadka porostami i kolczastymi krzewami. A przy tym upał, spiekota, słońce. Dla Michała było to jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi, z tą oszałamiającą grą barw i świateł. Fascynujące, a jednocześnie przerażające pustką i odizolowaniem od świata zewnętrznego. A do tego będące niezłą szkołą dla  kierowcy auta. 
 

-Prowadzenie samochodu w tym terenie to było prawdziwe wyzwanie, a dla nas całkiem nowe doświadczenie – opowiadał Michał.  – Obszar Parku Narodowego Pustyni Atacama to było 200 kilometrów ciężkiej drogi. Albo tarka, czyli pofalowane warstwy piachu z wyżłobieniami zrobionymi przez inne pojazdy, pomiędzy którymi trzeba było manewrować tak, by nie rozwalić auta, albo kamienie, które odbijały się od drogi uderzając w podwozie. W tych warunkach nietrudno było uszkodzić samochód.
 

Defe nie został uszkodzony, ale podróżnicy doszli do wniosku, że w La Paz konieczne będzie wzmocnienie resorów (należy wymieć sprężyny śrubowe i odboje gumowe), by móc bez problemu pokonywać kolejne trudne trasy. 
 

Jak się czegoś nie da, to się śmiejemy
 

Defe, ich dom na kółkach stanowi okno na świat. Bo nierzadko tylko zza jego okien mogą podziwiać widoki na zewnątrz, niestety niedostępne dla nich ze względu na trudności z poruszaniem się wózkami po trudnym terenie. 
 

Któregoś dnia Michał i Maciej postanowili pojechać do rezerwatu flamingów na Atacamie. Flamingi są jednym z niewielu żyjących na pustyni gatunków ptaków, przez co stanowią swoisty symbol tego niezwykłego miejsca. Nie są różowe jak te widywane na zdjęciach, ale nieco wypłowiałe od soli unoszącej się w powietrzu. 
 

Kiedy zatrzymali auto  na parkingu, okazało się, że do rezerwatu trzeba przejść jeszcze kawał drogi, kawał kamienistej drogi. 
 

- Zajęłoby nam to mnóstwo czasu i energii. Ja bym musiał trzymać się Maćka, a Maciek musiałby włożyć dwa razy więcej siły w prowadzeniu swojego i mojego wózka – opowiadał Michał. – To tak często jest w naszej podróży, że widzimy kogoś spacerującego po jakimś terenie, podczas gdy dla nas poruszanie się po nim byłoby męczarnią. 
 

Michał i Maciej swoimi opowieściami uświadomili mi, ile czasem wysiłku muszą włożyć w czynności, które każdej swobodnie poruszającej się osobie zajmują kilkanaście- kilkadziesiąt sekund. I jakiej trzeba cierpliwości, spokoju, a czasem samozaparcia, by je wykonać. Bo czymże na przykład jest wydobycie kabli do ładowania telefonu leżących z tyłu samochodu? Wychyleniem się, wyciągnięciem ręki czy przejściem kilku kroków. W ich przypadku to operacja polegająca na wyciągnięciu złożonych za ile plecami obu wózków, ściąganiu windy, która służy do ich transportowania na dach samochodu, a potem przesuwaniem się centymetr po centymetrze do wnętrza samochodu. Nic dziwnego, że w trakcie jazdy czasem nie ładują telefonu. 
 

­- Z reguły kwitujemy takie sytuacje śmiechem. Jak się czegoś nie da zrobić, albo jest trudne do wykonania, to się śmiejemy. Przecież nie będziemy płakać, bo nie zobaczyliśmy flamingów – ­­­mówi Maciek. – Chociaż przyznaję, były takie dwa czy trzy dni, gdy nawet śmiać nam się nie chciało. 
 

Na Altiplano
 

Śmiać odechciało im się na wysokości ponad 4500 m npm. Z Atacamy, z poziomu około 2000 m npm wjechali na płaskowyż Altiplano w Andach i zaczęli wspinać się w górę, kierując się na La Paz. Jakieś 600 metrów wyżej zatrzymali się na krótką aklimatyzację, by wkrótce ruszyć dalej i doświadczyć kolejnego niezwykłego zjawiska. Niezwykłego przynajmniej dla nich samych. Pokonawszy stromą drogę liczącą zaledwie kilkadziesiąt kilometrów w bardzo szybkim tempie znaleźli się na wysokości prawie 5000 metrów npm. Natychmiast pojawiły się bóle głowy. 
 

- Myślę, że zbyt pewnie poczuliśmy się na wysokościach i daliśmy sobie za mało czasu na aklimatyzację. Na 3500 metrów czuliśmy się na tyle dobrze, że nie pomyśleliśmy, że 1000-1500 metrów wyżej tlenu będzie znacznie mniej w powietrzu. Przyznaję, że się wystraszyłem, gdy zaczęły mi drętwieć palce w rękach. Myślałem, że to jest od kierownicy, bo akurat ja prowadziłem auto. Ale kiedy się zatrzymaliśmy, to w ciągu pięciu minut ręce mi wykrzywiło. Aż bałem się o tym powiedzieć Michałowi – wspomina swoje doświadczenia Maciej. 
 

Na szczęście po dziesięciu minutach ręce odzyskały sprawność. 
 

Przez znajomych udało mi się pomóc zdobyć dwie butle z tlenem jeszcze w Santiago, dzięki czemu Michał i Maciej w razie potrzeby aplikują sobie 10-minutowe sesje dotleniające ich organizmy i pomagające przetrwać w niesprzyjających warunkach.
 

Niemniej wysokość nadal wpływa na samopoczucie obu podróżników, powodując ociężałość i senność. Nawet Nowy Rok przespali nad solniskiem Salar de Uyuni, lekko odurzeni jednocentymetrową dawką whisky, która zaszumiała im w głowach. 
 

Uzależniony od podróżowania
 

Nie zważając na kiepskie samopoczucie wywołane niską zawartością tlenu w powietrzu, Michał w La Paz, najwyżej położonej stolicy świata nie zaprzestał swoich “motorowych” wycieczek. Jeszcze w Polsce, tuż przed wyjazdem skonstruował urządzenie, które podpina pod wózek i dzięki któremu może jeździć z prędkością nawet 40 kilometrów na godzinę.  
 

- Dla mnie podejść 100 metrów na wózku to jest już duży problem. A z urządzeniem mogę się bez problemu przemieszczać. Tylko trochę przesadziłem z budową baterii, przez co ma zasięg 120 kilometrów – mówi Michał. 
 

Rowerek, bo tak Michał, dawniej jeżdżący długie godziny na rowerze, nazywa swoje urządzenie, pozwala mu realizować jego największą pasję – poznawania zakamarków odwiedzanych miejscowości, obserwowania ludzi, przyglądania się światu. Cieszy go patrzenie, jak z rana budzi się życie w mieście, jak otwierane są stragany na targowiskach, jak handlarze wykładają świeże warzywa, jak wzmaga się gwar, jak samochód jedzie przez skrzyżowanie, jak wygląda ocean z góry. Samodzielne docieranie do miejsc, włóczenie się po ulicach i uliczkach wydaje się dawać mu poczucie wolności, niezależności, a przy tym pełni władzy i kontroli nad swoimi możliwościami poruszania się. 
 

- Uwielbiam podróże i choćbym nie wiem, jak źle się czuł, nie zrezygnuję z nich, dopóki wystarczy mi sił -  podkreśla. 
 

Michał i Maciej wkrótce po wizycie w miasteczku “dakarowym” i spotkaniu z Rafałem Sonikiem wyruszyli z La Paz, kierując się w stronę Peru. 
 

Przebieg wyprawy możecie śledzić tutaj.
 

Tekst: Piotr Chmieliński