Jest ich 129. Gdyby można z nich odzyskiwać energię, z pewnością zaopatrzyliby w prąd niejedną afrykańską stolicę. Bez nich sztafeta śladami Kazimierza Nowaka po prostu nie mogłaby się udać. W sumie w dwa lata przejechali ponad 35 tys. km. Przyszedł czas na wielkie podsumowania.

7.30 rano, 11.01.2012 r., Poznań Główny

799. dzień sztafety śladami Kazimierza Nowaka. Po dworcu kreci się spora grupa osób w białobrązowych koszulkach. Ich rowery kompletnie zablokowały dostęp do jednej z kas, ale nikt nie zwraca juz na to uwagi. Nerwowo spoglądają na zegarek i tablice przyjazdów. Za 25 min na poznańskim dworcu maja zjawić się Norbert i Kasper. To oni pokonali ostatni odcinek wyprawy – 980 km z Marsylii do Paryża, a potem pociągiem do Poznania (wszystko w zawrotnym tempie 10 dni). Szykuje się wielkie powitanie na peronie. W końcu są! Niewyspani, skonani i trochę przybrudzeni. Rodzina afrykonowakowa jest wreszcie w komplecie. By świętować finisz ze wszystkimi, Jakub Pająk przełożył lot do Sudanu Południowego. Z blond dredami nie da się go pomylić z nikim innym. To miedzy innymi przez niego wydarzyła się ta cała afera. I przez książkę Rowerem i pieszo przez Czarny Lad, czyli zbiór reportaży z samotnej podróży Kazimierza Nowaka przez Afrykę w latach 1931 - 1936, którą przeczytał jednym tchem. Swój chytry plan ujawnił na festiwalu podróżniczym Kolosy 2009. Okazało się, że nie on jedyny wpadł na ten pomysł. Zbyszek Sas i Piotr Sudoł tez się nosili z tym zamiarem. Postanowili więc połączyć siły, zaangażować jeszcze parę osób i podzielić całą trasę na etapy. Wystarczy rozejrzeć się po peronie, żeby zrozumieć, ze plan został wykonany. Choć był pomysłodawcą, na swój pierwszy etap pojechał dopiero trzy miesiące po rozpoczęciu projektu. Od zawsze marzył by wybrać się do Sudanu Południowego, nie podejrzewał jednak, że ta podróż tak zmieni jego życie. Chwilę po powrocie z etapu 5. rzucił bezpieczna posadkę w Polsce i przeprowadził się tam na stałe. Obecnie prowadzi tam firmę budowlaną. I na razie nie wyobraża sobie życia w innej części świata. – Od trzech tygodni jestem w Polsce i juz myślę o powrocie do Dżuby. – Ten kraj mnie wciągnął, zafascynował, uzależnił od pierwszego wejrzenia – tłumaczy. Co najbardziej? – Chyba te trzy tygodnie, które spędziliśmy na barce spływającej Nilem Białym – odpowiada po dłuższym namyśle. To było  surrealistyczne przeżycie. Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. – Namioty rozbiliśmy na pokładzie, tropiki rozwiesiliśmy nad głowami, żeby zyskać choć trochę cienia – wspomina. Barka płynęła czasami tak wolno, że mieli poczucie, jakby smażyli się na stalowej patelni. Gdy pytali w Chartumie, jak przygotować się do tego wyjazdu, często podpowiadano, by zabrali cebulę. Szybko zrozumieli dlaczego. – Przysmak ten okazał się najlepszą walutą podczas tej podroży – opowiada. Jest to bowiem towar deficytowy na czarnym lądzie. – Rzucaliśmy ją na brzeg, a mieszkańcy wiosek odrzucali nam inne produkty. Tak udało nam się urozmaicić dietę przez te dwadzieścia parę dni – wspomina Kuba. Próbowali też sposobów przetrwania Nowaka, czyli np. picia wody bezpośrednio z rzeki. Dziś Kuba śmiało może powiedzieć, że nie poleca. Za to zachęca, by spróbować innego sudańskiego przysmaku – surowej wątróbki wielbłąda. To dla tych o mocnych nerwach.

 

8.50 rano, cmentarz Gorczyński

Sztafeta kończy się dziś nie bez powodu. Są 115. urodziny Kazika, jak o nim czule mówią sztafetowicze. Dlatego z dworca wszyscy jadą na cmentarz. Przy pamiątkowej tablicy stoją już uczniowie z Gimnazjum nr 5 im. Kazimierza Nowaka. Są werble, wstęgi, sztandar i wieniec. Atmosfera podniosła. Nowakolodzy podjeżdżają rowerami pod sam kamień, który jest symbolicznym grobem podróżnika. Wiadomo, że był pochowany gdzieś tu, jednak oryginalny grób nie został odnaleziony. Osoby w kaskach na głowach i rowerowych lycrach to nietypowy widok na cmentarzu. Ale w tym przypadku jakże adekwatny! Rowerzyści zapałają świeczki i przez chwile dumają o podróżniku. Oni kazikowej Afryki posmakowali sami. – Dopiero po 13 dniach podróży po libijskiej części Sahary z 50-kilogramowymi sakwami zacząłem rozumieć, czego tak naprawdę on dokonał – opowiada Piotr Sudoł o etapie 1. Afryki Nowaka. Pchanie roweru po rozżarzonych wydmach, które dosłownie zdzierają skórę ze stóp, czy jazda w 45-stopniowym upale po nieprzespanych zimnych nocach to nie przelewki. Spora część trasy po pustyni musieli przejść. Jazda nie była możliwa, bo rowery zakopywały się w piachu. Do tego dochodził niezwykle silny wiatr. – Nauczyliśmy się po drodze paru sprytnych trików. Np. ze łatwiej się pcha rowery ze spuszczonym powietrzem w oponach – śmieje się Piotr. – Przez cała te podróż nie mogłem się nadziwić, ze Nowak zrobił to sam i to bez żadnych nowoczesnych udogodnień. Bez filtrów do wody, liofilizowanego jedzenia, map czy choćby przerzutek w rowerze! – dodaje. Zainteresowanie jego osobą zamienił w podziw i zachwyt. Dzięki Afryce Nowaka słowa: „możliwe”, „trudne” i  „horyzont”, nabrały dla niego nowego znaczenia.

 

10.20 rano, budynek przed ul. Lodowa

Kolejny punkt finału sztafety. Przed drzwiami budynku nr 32 stoi Kazimierz Nowak ubrany w koszulkę sztafety (taka sama, jak maja wszyscy dookoła) i z wiekowym rowerem. Tu czekała na niego żona Maria wraz z dwójka dzieci: Ela i Romualdem, gdy wrócił z pięcioletniej podróży przez Afrykę. Właśnie do jeżdżą tu delegacja sztafetowiczów z cmentarza. Obecny lokator tego mieszkania (trzecie piętro, po prawej) macha im z okna i pozwala wejść do środka i zobaczyć piec. To ten sam, którego używali Nowakowie! – Doskonale pamiętam takie piece z własnego domu – śmieje się Sławek Kuczyński. Urodził się dokładnie 46 lat i dwa miesiące po sławnym podróżniku. Na rower wsiadł dopiero po tym, jak przeszedł na emeryturę. Jak sam mówi, że strachu przed depresją, bo zawsze był pracoholikiem. Chciał uciec przed domową monotonią (czyż to nie brzmi podobnie do historii samego Kazika?). Z tych właśnie powodów zdecydował się na udział w Afryce Nowaka. Choć jest najstarszym uczestnikiem sztafety (ma 69 lat), to z pewnością też jednym z najszybszych i najbardziej wytrzymałych. Nie bez powodu dostał ksywkę Żwawy. Ze sztafetą przejechał przez Polskę, Ukrainę i Tunezję. W tej ostatniej pokonał najwięcej kilometrów z całej grupy: 1,5 tys. w niecały miesiąc. To była jego najbardziej egzotyczna i szalona podroż. Sławek stał się duszą każdej afrykonowakowej imprezy. – On zawsze ma energię. I lubi też czasem zabalować. Dopiero po paru wieczornych imprezach na tunezyjskiej pustyni przestaliśmy się dziwić, gdy uhahany Sławek nagle stwierdzał, że robi „stójkę”, i w mgnieniu oka stawał na głowie – opowiadają wspołsztafetowicze. – Dzięki ludziom z Afryki Nowaka codziennie staję się młodszy – śmieje się. Za to oni są coraz bardziej żwawi. Zgodnie z powiedzeniem, które już spokojnie można zaliczyć do klasycznych powiedzonek sztafety: „Trzeba być Żwawym, a nie miętkim!”.


12.30–15.45, droga Poznań–Boruszyn

Nie ta główna, tylko bardziej widokowa, przyjazna rowerom. W sumie 72 km. W kategoriach afrykonowakowych to prawie nic. Bo i szosa równa, upału nie ma, kilometraż umiarkowany. Sytuacja idealna, żeby nadrobić zaległości i pogadać z dawno niewidzianymi sztafetowiczami. Tylko jeden gość wyrywa do przodu. On nie jedzie, tylko pędzi. Tak, tak, to Norbert. Ten sam, który przyjechał rano pociągiem z Paryża. Już na pierwszy rzut oka widać, że chłopak zachorował na Nowaka. Rozpoznanie: wirus niegroźny dla zdrowia. Objawy: upodabnianie się do Kazimierza Nowaka; szczeciniasta broda, lekko zapuszczone włosy, skłonność do ascezy, zamiłowanie do warunków trudnych. Leczenie: brak. Medycyna tradycyjna jest bezradna. Jak sam twierdzi, najlepsza jest terapia ruchowa, czyli ciągłe przemieszczanie się po świecie. Gdy opowiada o Afryce i Kaziku, wyraźnie się ożywia. Jako jedyny zna prawie wszystkie osoby, które wzięły udział w sztafecie. Zdradza, że podobieństwo do Nowaka nie było zamierzone. Jako argument podaje, że wbrew podejrzeniom o Nowakowi fanatyzm książkę Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd skończył czytać pół roku temu. Na swój pierwszy etap pojechał dopiero rok po tym, jak zaangażował się w projekt jako PR-owiec wolontariusz. Ruszył do Zimbabwe i RPA. Koniecznie chciał jak najwierniej odwzorować szlak Nowaka. Dlatego na przykład zamiast drogą, zdecydował się na jazdę wzdłuż trakcji kolejowej w okolicach Bulawayo. Szybko zorientował się, że to co pisał Nowak, jest nadal aktualne. Myślałem, że o wiele lżej będzie się można poruszać nasypem kolejowym, ale i ten tak zasypany piaskiem jak i droga – pisał o tym miejscu podróżnik. – To była prawdziwa droga przez mękę, ale dziś dobrze to wspominam – mówi Norbert. Głownie przez poczucie satysfakcji. Jest prawie pewien, że tą trasą nie próbował przejechać nikt od czasów Nowaka. Z tego okresu przywiózł dętkę z 23 łatkami. – Pod niektórymi z nich były po dwie dziury. Na torach pojawiło się bowiem dziwne pnącze przypominające pinezki. Łataliśmy średnio jedna na kilometr – wylicza. Z tej wyprawy pamięta też dobrze, jak zatrzymał się po zmroku na bezludnym skrzyżowaniu. Cisza, spokój, wreszcie miał chwile na odpoczynek – gdy znienacka usłyszał szelest w krzakach i ogłuszający ryk. Do dziś nie wie, co to było. Podejrzewa lwa. Nie miałem czasu tego sprawdzać, tylko rzuciłem się na rowerze do ucieczki – śmieje się Ten odcinek dał nam w kosc, na szczęście mogliśmy liczyć na ogromna życzliwość i pomoc Zimbabwenczyków. Wtedy jeszcze nawet nie przyszło mu do głowy, że dziś, 11.01.2012 r., dostanie uścisk „prezesa” za przejechanie  największej liczby kilometrów ze wszystkich sztafetowiczów.

 

Dom Nowaka w Boruszynie

To tutaj wszystko się zaczęło. Stąd ruszał Kazik w swoja afrykańską podróż. Tu tez wystartowała sztafeta – 4 listopada 2009 r., dokładnie 78 lat po Nowaku. A dziś tu się kończy. Chata, w której mieszkał niegdyś Nowak, nie różni się wiele od pozostałych, stoi na końcu brukowanej drogi. Czas na pamiątkowe zdjęcie. Pobyt w Boruszynie skłania wszystkich do podsumowań. Generalnie wychodzą bardzo pozytywnie. Choć jasne jest, ze ten dwuletni projekt nie mógł się odbyć bez kłopotów czy zmian w pierwotnych założeniach. Malaria i inne choroby dały się we znaki kilku sztafetowiczom (na szczęście nikomu nie zagroziły życia). W Ugandzie na rowerzystów napadli tubylcy z dzidami (na szczęście bez powodzenia), o krokodylach i hipopotamach czyhających w rzekach Demokratycznej Republiki Konga nie wspominając. Największe schody zaczęły się jednak po etapie 20. Okazało się, że w Nigrze, w którym miał odbyć się „etap wielbłądzi”, było za gorąco i nikt nie zgodził się na sprzedaż bądź wypożyczenie tych zwierząt w tym terminie. Żeby nie stracić płynności wyprawy, przeniosła się ona do Polski i Ukrainy, gdzie przejechano z Boruszyna do rodzinnego miasta Nowaka Stryja. W tym czasie Niger trochę ochłonął i śmiałkowie polecieli do stolicy Niamey. Zgodnie z planem dotarli do Nguigmi, skąd mieli wziąć wielbłądy. Tu zaczęły się problemy. Wpadli w ręce policji, dla której ich plan wydawał się, lekko mówiąc, szalony. Na nic zdały się tłumaczenia, że 78 lat temu udało się to polskiemu podróżnikowi. Zaczęli przerzucać sztafetowiczów od komisariatu do komisariatu. Skonfiskowali paszporty i odesłali do Zinder. Tam sytuacja się powtarza. Po dziesięciu dniach pobytu jasne stało się, że etap się nie odbędzie. Oficjalny powód? Zbyt niestabilna sytuacja kraju. Chłopaki wracają do Polski. – Jak tylko sprawy się tu ustabilizują, wrócimy tam – zapewniają. Nawet teraz, po zakończeniu sztafety.

 

23.55, Dom Kultury w Boruszynie

Czas na podsumowanie sztafety. Miało być przemówienie i parę prezentacji z etapów, ale jakoś nikomu się nie spieszy. Jest pięć minut przed północą i nikt nawet nie myśli, żeby wracać do Poznania. Suche podsumowanie mogłoby brzmieć tak: było 30 etapów, większość z nich trwała około miesiąca i miały za zadanie jak najwierniej odwzorować trasę Nowaka. Najważniejsze przedmioty? Książeczka-pałeczka, czyli oprawiona tak jak Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd księga pamiątkowa, do której wpisywali się napotkani po drodze ludzie. Są wśród nich tacy, którzy Nowaka spotkali osobiście. I tabliczki z informacją o projekcie w trzech językach (polskim, lokalnym i kolonialnym, np. angielskim), które sztafetowicze przykręcali na trasie. Łącznie powiesili ich 82. Wśród zebranych osób brakuje jednej uczestniczki – Jagody Nowak, z tych Nowaków. Jej dziadek Romuald był synem słynnego Kazika. O wyczynie pradziadka wiedziała od dziecka. Ale w domu to był niewygodny temat. Trudno się dziwić, dziadek został osierocony przez Kazimierza w wieku 13 lat. Rok po tym jak pięć lat nie było go w domu, bo podróżował rowerem po Afryce. – Duszę podróżnika odziedziczył za to mój tata. Od zawsze zabierał nas na wakacje w spartańskich warunkach. Namiot i wycisk w górach to była dla nas normalka – opowiada Jagoda. O całym zamieszaniu z Afryką Nowaka dowiedziała się od Łukasza Wierzbickiego, redaktora książki z reportażami podróżnika. On też namówił ją, by pojechała z nim na etap konny do Namibii. To była jej pierwsza tak długa (pięć tygodni) wyprawa. Nigdy wcześniej nie widziała oceanu. Chociaż z powodu wyjazdu musiała zrezygnować ze zdawania na studia, bo terminy się nakładały, nie żałuje decyzji. Pradziadek byłby z niej dumny. Zresztą tak jak ze wszystkich uczestników projektu. I pewnie dorzuciłby na koniec kultowe pozdrowienie sztafety: Pozdrower!