Dziennikarze Travelera towarzyszyli pracownikom Polskiej Akcji Humanitarnej w Sudanie Południowym.

W tym milionowym mieście-wiosce kilka utwardzonych dróg krzyżuje się ze sobą w całkowicie przypadkowy sposób. Można odnieść wrażenie, że do tego asfaltowego szkieletu jakiś pijany urbanista poprzyklejał bezładne osiedla. Naprzeciwko pałacu prezydenckiego pasą się kozy (nazwała „pałac” jest umowna, jak wszystko w tym kraju). Pomiędzy blaszanymi kontenerami i glinianymi tukulami, czyli krytymi słomą chatami z gliny, co jakiś czas wyrastają murowane budynki organizacji humanitarnych, ambasad i hoteli dla cudzoziemców. Pośród architektonicznego chaosu te „luksusowe” gmachy są jak latarnie morskie. Dosłownie – gdyż ulice nie mają tu nazw, a dzięki nielicznym ceglanym budynkom łatwiej się zorientować w pozbawionym jakiegokolwiek planu i kształtu mieście. Ale też w przenośni – dla mieszkańców stanowią bowiem namiastkę lepszego świata, widomy znak, że można żyć inaczej. I że o najmłodszym i najbiedniejszym kraju na kuli ziemskiej nie wszyscy jeszcze zapomnieli. Czerpanie wody ze studni to zajęcie kobiet i dzieci. (Fot. Tomasz Woźny) Według danych ECHO, agencji pomocy humanitarnej Unii Europejskiej, na 10 mln mieszkańców Sudanu Południowego ponad 3 mln potrzebuje natychmiastowej pomocy humanitarnej. 70 proc. ludności to analfabeci, prawie połowa nie ma dostępu do wody pitnej. Dwa lata temu, gdy kraj uzyskał niepodległość, oddzielając się po półwiecznej wojnie domowej od muzułmańskiej Północy, wydawało się, że teraz już będzie tylko lepiej. Niestety państwo pogrążyło się w odmęcie walk plemiennych. Niektórzy mówią, że jest mniej bezpiecznie niż w czasach zależności od Chartumu.


Ale Dżuba to i tak kraina mlekiem i miodem płynąca, gdy porównać ją z Jonglei. To najbiedniejszy stan kraju, praktycznie pozbawiony jakiejkolwiek infrastruktury. W dodatku w trakcie trwającej tu ponad sześć miesięcy pory deszczowej całkowicie odcięte jest od reszty kraju. Przez okrągły rok brakuje pitnej wody. Według międzynarodowych standardów jedna studnia powinna przypadać maksymalnie na 500 osób. Tu średnio przypada na 2 tys., ale są miejsca, gdzie ujęć czystej wody nie ma w ogóle. Od listopada 2011 r. Polska Akcja Humanitarna pełni funkcję koordynatora sektora wodno-sanitarnego w Jonglei. To dowód uznania dla Polaków, ale i ogromna odpowiedzialność. Na barkach naszej organizacji spoczął obowiązek synchronizacji innych działających na tym obszarze międzynarodowych organizacji pomocowych, także szacowanie zniszczeń i potrzeb poszkodowanych mieszkańców. Rozdawane przez PAH chemiczne uzdatniacze wody w saszetkach. Dzięki nim breja z Nilu nadaje się do picia. (Fot. Tomasz Woźny)

Opowiada Weronika z plemienia Murle: Urodziłam się w okolicach Piboru, tam żyją moi rodzice, od kilku lat mieszkam w Gumuruku, bo stąd pochodzi mój mąż. Jesienią 2012 r. niespodziewanie zaatakowali nas rebelianci. Wszystko płonęło, strzelali do nas, uciekaliśmy w popłochu, nie zdążyliśmy nawet zabrać mat do spania, ubrań ani niczego do jedzenia. Cała wioska uciekała do buszu, mężczyźni rzucali się do Nilu, mój mąż został ranny w nogę, czołgał się przez cztery godziny, nie dopadli go, na szczęście się uratował. W czasie ataku zginęło kilkudziesięciu mieszkańców, w tym moja ciotka. Ja z dziećmi przez ponad 40 dni ukrywaliśmy się w buszu. Teraz wróciliśmy, odbudowaliśmy nasze domostwa, ale nie mamy co jeść i pić. Niczego więcej nie potrzebujemy, tylko wody i czegoś do jedzenia. Plemię Murle zamieszkujące wschodnią część stanu Jonglei to najbardziej wykluczona grupa ludności w Sudanie Południowym. Znienawidzeni przez pozostałych mieszkańców, w tym bardziej wpływowych Nuerów, prawie w ogóle nie jest reprezentowane we władzach centralnych młodego państwa. Mówi się, że przed podziałem Sudanu Murle byli popierani przez władze w Chartumie i teraz ciągle się im tę kolaborację wypomina. Oskarżani przez inne plemiona o bandytyzm i nieustanne kradzieże bydła mają spośród wszystkich grup etnicznych największą liczbę wrogów. Kilka lat temu wśród Nuerów objawił się prorok Dak Kueth. Ubrany w lamparcią skórę, otoczony obstawą i bawołami ogłosił, że jeśli młodzi mężczyźni przez jakiś czas nie będą jeść i powstrzymają się od uprawiania seksu, Bóg da im szczególną moc. Dzięki niej ostatecznie zwyciężą Murle, którzy odtąd nie będą już im kradli zwierząt ani porywali kobiet i dzieci. W grudniu 2011 r. 6 tys. młodych mężczyzn, którzy mu uwierzyli, nazwało się „Białą Armią” i ruszyło na zamieszkałe przez nieprzyjaciół miasto Pibor. Żołnierze ONZ obserwowali ich przemarsz z helikopterów. Twierdzą, że wyglądało to jak wędrówka mrówek idących do mrowiska. Doskonale wiedzieli, że ten pochód niczym dobrym się nie skończy, ale nie mogli nic zrobić. Mandat Narodów Zjednoczonych nie przewiduje bowiem działań prewencyjnych, a jedynie obronne. W walkach zginęło wówczas 3 tys. Murle, 50 tys. straciło dach nad głową. Nuerowie zabrali wtedy swoim wrogom prawie 400 tys. krów.
Bydło to nie tylko jedyne bogactwo, ale i najpewniejsza powszechnie używana waluta. Na te zwierzęta przelicza się każdą realną wartość, żona na przykład kosztuje 30 krów. Ożenek jest więc bardzo drogi, trudno uczciwie zarobić na żonę. Łatwiej ukraść bydło sąsiedniemu plemieniu, czasem jeszcze łatwiej od razu zabrać kobietę. Zdarzają się też kradzieże kobiet z dziećmi. Niektóre porwania są na serio, inne służą tylko temu, żeby z rodzicami ofiary wynegocjować niższą cenę za córkę. Choć Murle są w powszechnej pogardzie, ich kobiety są chętnie porywane. Wśród innych grup etnicznych panują bowiem legendy o ich wyjątkowej płodności. Gospodarstwo domowe w Ayod. (Fot. Tomasz Woźny) W październiku 2012 r. Polska Akcja Humanitarna dostaje informację o dramatycznej sytuacji humanitarnej w okolicach zamieszkałej przez to plemię osady Gumuruk. Lekarze bez Granic, jedyna organizacja humanitarna, która zdecydowała się na rekonesans na tym terenie, donosi o braku wody pitnej i pięciokrotnym wzroście zachorowań na choroby zakaźne. Przyczyną tragedii jest zniszczenie okolicznych wsi przez walczących z armią rządową rebeliantów. Jedyne źródło wody stanowi starorzecze odległego o 300 m od wioski Nilu. W tej samej cuchnącej, brunatnej brei mieszkańcy się kąpią, piorą, poją nią bydło, wspólnie ze zwierzętami załatwiają też w niej swoje fizjologiczne potrzeby. Jedyny działający punkt chemicznego uzdatniania wody zniszczono w czasie ataku na wioskę. Próby wywiercenia studni nie przyniosły rezultatów. W Sudanie Południowym wodę znajduje się zwykle na głębokości 50 m. W Gumuruku zrobiono odwiert głęboki na 150 m, ale do wody się nie dokopano. Podstawowym majątkiem i walutą używaną przez mieszkańców jest bydło. W obozie dla uchodźców w Ayod mają je nieliczni mieszkańcy. (Fot. Tomasz Woźny)

Pieniędzmi na natychmiastową pomoc w takich sytuacjach dysponuje unijna agencja pomocy humanitarnej ECHO. Może ją przekazać organizacji, która zdecyduje się pojechać na ratunek mieszkańcom. Chodzi m.in. o dystrybucję środków czystości i saszetek uzdatniających wodę. Jednak przez kilka tygodni ONZ nikomu nie wydaje pozwolenia na działalność w tym niebezpiecznym terenie. W końcu na przeprowadzenie misji decyduje się Polska Akcja Humanitarna.
Do Gumuruku lecimy wynajętym samolotem, bo ONZ nie godzi się na transport lądowy. Byłoby to zbyt niebezpieczne, w okolicy ciągle działają rebelianci. Na miejscu czeka tłum mieszkańców uprzedzonych dzień wcześniej o naszym przybyciu. Niektórzy, gdy dowiadują się, że PAH nie będzie rozdawał jedzenia (w Sudanie Południowym zajmują się tym inne organizacje), a „jedynie” środki czystości i uzdatniania wody, nie kryją zawodu. Tutejsza ludność ciągle nie potrafi bowiem powiązać ze sobą swoich licznych chorób z brakiem higieny i brudną wodą. Dlatego, mimo licznych akcji uświadamiających, ludzie ciągle umierają. Według badań Lekarzy bez Granic w niektórych rejonach jedna piąta mieszkańców zarażonych jest na przykład drakunkulozą. Do infekcji dochodzi przez wypicie brudnej wody, w której znajdują się larwy tzw. robaka medyńskiego. Przebijają one ściany żołądka lub jelit, rosną przez rok, w końcu, gdy osiągają długość metra, przebijają się przez skórę. Pasożyt może wyskoczyć z nogi, stopy, ale także ramion, głowy, klatki piersiowej, a nawet z oczu. Powoduje przy tym potworny ból. Jedynym dostępnym w Sudanie Południowym sposobem leczenia jest nawijanie robaka na patyk i wyciąganie go po kilka centymetrów dziennie. Na szczęście, odkąd m.in. PAH zaczął budować tu studnie, liczba zachorowań zdecydowanie spadła. Dystrybucja środków czystości odbywa się wśród tych mieszkańców, którzy ucierpieli podczas walk plemiennych. Przebiega w ściśle określonym porządku. Główny plac wioski (tak naprawdę kawałek ziemi pod dużym drzewem) zostaje podzielony na sektory. W pierwszej sekcji na plastikowych krzesłach rozsiadają się przedstawiciele starszyzny z okolicznych wsi. Każdy z nich trzyma symbolizujące władzę strusie pióra. Miejscowa ludność nie ma dokumentów tożsamości, szefowie wiosek pomogą więc w identyfikacji poszczególnych rodzin. Mieszkańcy Gumuruku czekają na dystrybucję środków czystości. (Fot. Tomasz Woźny) Zanim mieszkańcy dostaną wiadra, mydło i chemiczne uzdatniacze wody, przechodzą kilkunastominutowy kurs sanitarny. Instruktorami są przeszkoleni wcześniej wybrani mieszkańcy wioski, którzy choć trochę rozumieją angielski. Pod wpływem puryfikatora błotnista ciecz przyniesiona z Nilu zamienia się w wodę. Niektórym trudno w to uwierzyć, mówią, że dawno nie pili tak czystej wody. Dla mnie nadal nie pachnie ona zbyt dobrze, ma podejrzany smak i jest mętna. Ale w porównaniu do tego, co się tu pije na co dzień, i tak jest krystaliczna. Przede wszystkim jednak nie truje. A to oznacza, że uratuje życie setkom tutejszych mieszkańców. Sudan Południowy kraj, który umiera z pragnienia. PS W akcji w Gumuruku towarzyszyliśmy m.in. dwóm kenijskim pracownikom PAH: Johnowi Paulowi Mugo i Thomasowi Odari. Dwa dni później w niedalekim Piborze stali się oni przypadkowym celem ostrzału ze strony żołnierzy walczącej z rebeliantami armii rządowej. Był to pierwszy w sześcioletniej historii polskiej misji tego typu przypadek. Na szczęście ani Thomas, ani John Paul nie zostali ranni. Materiał powstał przy współpracy organizacji ECHO (pełna nazwa – Komi­sja Europejska: Pomoc Humanitarna i Ochrona Ludności). Agencja ta zajmuje się dostarczaniem pomocy humanitarnej w imieniu Unii Europejskiej. W Sudanie Południowym ECHO współpracuje z Polską Akcją Humanitarną. Traveler dziękuje pracownikom PAH za pomoc w realizacji reportażu.