"Po tym, co przeżyłem zamilkłem na trzy dni".

Pierwszy wskoczył Dan Filip, za nim on. Ja czekałem na idealny moment. Jeszcze przez chwilę skupiłem się na oddechu i uspokojeniu. Usiadłem na krawędzi burty wpatrując się w martwy punkt i zamykając daleko w tyle głowy zbędne myśli. Wtedy wskoczyłem.

Z początku trzymaliśmy się blisko burty. 50 metrów przed nami wystawały dwumetrowe czarne płetwy, z miejsca przypominające nam wszystkie obejrzane w przeszłości horrory o rekinach, a my mieliśmy płynąć w ich stronę?

Woda przed nami wrzała jak w kotle, rozpętało się bulgoczące piekło, nad którym latały dziesiątki mew liczących na kawałki śledzi wypływające na powierzchnię. Nie wiedzieliśmy jeszcze co się dzieje pod wzburzonymi falami.

Napełniłem płuca i zanurzyłem się tuż obok statku. Nigdy przedtem nie byłem w tak lodowatej i niekończącej się toni bez żadnego punktu odniesienia. Przygłuszony i ciężki odgłos silnika był na tyle nieznośny, że szybko odpłynąłem od burty. Płynęliśmy równomiernie w niewielkim odstępie od siebie. Po paru metrach zauważyłem, że płynę szybciej niż towarzysze, więc zwolniłem i pokazując jasny znak „płyniemy dalej”, zdecydowanie zachęcałem do parcia na przód.

 Po kolejnych kilku metrach zorientowałem się, że coś jest nie tak. Wtedy skrzywiłem minę i zrozumiałem, że jeden z nas po prostu spanikował. Całkiem zrozumiałe, że niektórzy cenią sobie życie takie, jakim jest. Byłem kilka metrów przed chłopakami, kiedy powtórzyłem ten gest i po raz ostatni obejrzałem się za siebie. Popłynąłem w sam środek ceremonii. Tylko ja.

 

Kurtyna do góry!

Kiedy zobaczyłem pierwszą orkę kilkanaście metrów pode mną i za chwilę kolejną - samicę z młodym - wszystko, co działo się do tej pory nie miało żadnego znaczenia. Nawet to, że straciłem z oczu towarzyszy.

Byłem całkowicie zahipnotyzowany, wręcz otumaniony, jakbym właśnie dostał zastrzyk uspokajający. Zawieszony w morskiej toni, obserwowałem jak dostojnie i spokojnie pływały w nieznacznej odległości ode mnie.

Z prawej strony nadpłynęła pierwsza ławica, jak przemieszczająca się czarna żyjąca kula. Z każdej strony blokowały je orki, perfekcyjnie zorganizowane jak otwarta klatka, z której nie było wyjścia.

Ta sama ławica chwilę później znalazła się o poziom wyżej, parę metrów ode mnie i to był pierwszy moment, kiedy poczułem niepokój. Miałem wrażenie, że za chwilę znajdę się w jej środku i tak się też stało. Cała ławica zniknęła w ciemności, by za chwilę pojawić się dokładnie na mojej wysokości. Masa ryb płynęła prosto na mnie i zanim zdążyłem pomyśleć, by odpłynąć w bok, tysiące śledzi opłynęło mnie dookoła.

Myślałem jedynie o tym, z której strony uderzy w to orka i czy mnie zauważy. Wierzyłem w ich inteligencję. Musiałem im zaufać, trochę jak naiwne dziecko powtarzałem sobie: one są inteligentne, mają przecież sonary, zauważą mnie. Śledzie opływały moje biodra i nogi tak blisko, że udało mi się schwycić jednego i wypłynąć z nim na powierzchnię, by jednocześnie złapać kolejny wdech.

Kiedy wypłynąłem ze zdobyczą, zobaczyłem mnóstwo łodzi i statków wypełnionych turystami po brzegi, wszyscy z kamerami i aparatami, w tym dziennikarze norweskiej telewizji. Byłem tam sam, jak danie główne w garnku miedzy okrętami i czarnymi płetwami w spienionej, dobrze osolonej wodzie.

Całkowicie straciłem poczucie czasu. Pomachałem wszystkim obserwatorom, których miałem w zasięgu wzroku i zacząłem rozglądać się szukając znajomych twarzy, a przynajmniej dwóch masek z rurkami. Zrezygnowany szybko zanurzyłem się ponownie. Ogarnęło mnie uczucie, jakby na powierzchni panował zbyt duży chaos - silniki statków, wynurzające się i chowające płetwy, stada głośnych ptaków i straż przybrzeżna z megafonem. Podobno wołali bym wracał blisko swojej łodzi, ale dowiedziałem się o tym później. Neoprenowy kaptur dobrze zasłaniał uszy, przez co nie słyszałem nawet odgłosów pod wodą tak dobrze, jak to nagrała kamera. Śpiewu orek.

Szybko przekalkulowałem, gdzie jest najwięcej płetw i popłynąłem w tamtą stronę. Orki były wszędzie. Naliczyłem około 20 osobników. Pode mną, kilkadziesiąt metrów dalej i przy mnie, na wyciągniecie ręki. Cała niepewność zeszła, kiedy w końcu dotarło do mnie, że nie są agresywne i że prawdopodobnie nic nam nie grozi. Były zajęte polowaniem, mimo iż doskonale wiedziały, że tam jesteśmy. Pomyślałem o samicy z młodym przyklejonym do jej boku, których widziałem na początku. Z reguły przecież matki broniące swojego potomstwa bywają niezwykle agresywne. Ten świat wydawał się łamać wszelkie znane nam reguły, a my uczyliśmy się życia od początku.

Zawieszone w toni białe kropki, przypominające miliony gwiazd na niebie były niczym innym jak fragmentami rozgryzionych śledzi, których głowy z precyzją kuchennego noża były odgryzane z mistrzowskim cięciem, a przy tym w zwolnionym tempie. Orki są wybredne, chwytając śledzia robią to z taką precyzją, że odgryzają rybom głowy dokładnie na wysokości oskrzeli. Żaden ruch polujących orek nie był przypadkowy.

Kilkakrotnie widziałem tego samego samca z wyszczerbioną płetwą grzbietową, którego skóra była pełna bruzd i czarnych długich smug  - pozostałości po sieciach, otarciach o kamienie i śruby silników statków. Wyryta na nim historia wydawała się stawiać go na przedzie całego stada.

Dopiero, gdy wynurzyłem się po raz kolejny, zobaczyłem Marcina i Dan Filipa na pokładzie naszego kutra. Musiałem być naprawdę daleko, skoro nie widziałem ich w wodzie do tej pory. Pomyślałem, że skoro to freediving, mogłem poczuć się naprawdę wolny, nieograniczony żadnymi regułami, jak tylko tymi podwodnego dzikiego świata.

Podpłynął do mnie Marcin i zachłystując się zachwytem opowiedział mi co widział i o tym, jaki materiał udało mu się nagrać. Wziąłem od niego kamerę i popłynęliśmy razem na drugą część spektaklu. Żadne poprzednie nurkowanie nie dało nam tyle energii! Adrenalina, którą wówczas porządnie przedawkowaliśmy, służyła nam przez kolejne 30 minut.

 

To jeszcze nie koniec

Przez resztę festynu spokojnie oglądaliśmy polujące orki, wynurzaliśmy się z nimi na powierzchnię. My i orki w jednym basenie. Takim bez ścian. Nic szczególnego miało się już  nie wydarzyć.

Wtedy jedna z orek przepływająca 20 metrów pod nami odwróciła głowę w naszą stronę, po czym wystrzeliła z toni, w każdym ułamku sekundy coraz szerzej otwierając paszczę. Marcin był sparaliżowany z zaskoczenia, gdyż mimo, że wszyscy byliśmy obok siebie, on znalazł się idealnie na drugim końcu linii strzału. Myślał o najgorszym. Orka płynęła prosto na niego i w ostatniej chwili, może 20 centymetrów od kamery odstrzeliła w bok, unikając zderzenia. Dziwię się, że nie wypuścił kamery z ręki. Dopiero film nam pokazał, że ta orka zauważyła pojedynczego śledzia, który ogłuszony motał się w wodzie. Śledź uciekał w naszą stronę. Orka, by uniknąć kolizji z nurkiem odbiła w bok w ostatniej chwili.  Rybę zahaczyła jedynie zębami i głośnym kłapnięciem paszczy. To były sekundy. W mojej głowie pozostał obraz zapamiętany z kilku metrów - człowieka w porównawczej skali z wielorybem, rysunek jakich widziałem wiele, lecz nigdy na żywo i z tak bliska.

Wszyscy na raz przez zamknięte usta krzyczeliśmy stłumione w wodzie: WOW! WOW! A gdyby niespodzianek nie było jeszcze wystarczająco dużo, na sam koniec woda zawrzała jeszcze raz, kiedy zupełnie znikąd wyłoniły się potężne humbaki. Były niezwykle blisko od swobodnie pływającego Dan Filipa, który jak poparzony spływał stamtąd najszybszym kraulem, jaki w życiu widziałem.

To, co przeżyliśmy niezwykle trudno jest opisać. Sam zamilkłem na trzy dni. Nie odbierałem telefonów, nie słuchałem muzyki. Dla mnie to wszystko wciąż trwało - uczucie jakbym nadal tam był i unosił się nad główną sceną podwodnego teatru.

 

Johnny Wild

Ma 35 lat i od 2008 roku mieszka w Tromsø, w Norwegii. Jest miłośnikiem sportu i outdooru,  pasjonatem podróży wszelakich, zazwyczaj samotnych.
Więcej zdjęć na Instagramie oraz na facebooku.