"Po tym, co przeżyłem zamilkłem na trzy dni".

Nurkowanie stylem dowolnym to bezwzględne wyciszenie i opanowanie. Każdy stres, nieprzyjemna sytuacja w pracy czy zdenerwowanie, zabiera cenne sekundy wstrzymywanego oddechu. Znoszące prądy zatoki, nieznane dno czy meduzy, na których cienkie jak nitki, 4-metrowe macki nadziałem się na jednym z treningów w morzu, kończąc z poparzeniem w usta - jedyny odsłonięty fragment ciała. To było jak użądlenie przez kilka os na raz w jedno miejsce.

O przygotowaniach wiedzieli tylko najbliżsi i ludzie, którzy byli w cała akcję zaangażowani. Nie mówiłem na głos o planach, dopóki nie byłem na 100% pewny, że już nie ma odwrotu.

W dodatku przez ostatnie 3 miesiące dość poważnie chorowałem. Straciłem 7 kilogramów, a energia, która miała służyć treningom spadła do 60%. Byłem bezwładny. Mogłem niespodziewanie stracić równowagę opadając n ziemię, zachowując przy tym świadomość, co zdarzyło się kilkakrotnie. Za pierwszym razem obudziłem się w szpitalu. Kiedy upadałem moje ciało było zupełnie bezwładne. Potrafiłem jedynie mrugnąć powiekami, ale nie byłem w stanie wypowiedzieć ani jednego słowa. Kilka nocy spędziłem w szpitalu, ale o rezygnacji z planu nie było mowy. Wiedziałem, że kiedy to zrobię, to będę mógł już wszystko i ta myśl była dla mnie motywacją. Nic już miało nie być takie samo.

 

Do wody!

Była sobota 14 listopada, ostatni weekend zanim słońce całkowicie zajdzie za horyzont przed nadejściem nocy polarnej. Trzy dni wcześniej wróciłem z tygodniowego trawersu w dolinie Rostadalen i szwedzkiej Laponii. Zadzwonił Marcin i oznajmił, że wszystko jest gotowe, że w sobotę nurkujemy z orkami. Szyper będzie czekał w Kvaløyvogen, wypływamy jego kutrem do ujścia fiordu.

Godzinę drogi samochodem od Tromsø czekał na nas doświadczony rybak i jego mała skorupka - rybacki kuter typu shark, gotowy do wejścia na pokład. Wypłynęliśmy chwilę po godzinie 10. Wydawało nam się to trochę późno, jednak on sam zapewniał nas, że nie będziemy zawiedzeni.

Cały poprzedni dzień skupiłem się na wyciszeniu. Nie robiłem nic stresującego, zachowywałem energię, słuchałem wyciszającej muzyki. Zaskakujące, że nie miałem problemu z zaśnięciem, co zwykle przed jakimkolwiek ważnym wydarzeniem, czy nawet podróżą zdaje się być moim największym problemem.

Kiedy w drodze do portu koledzy prowadzili żywiołowe i nawet irytująco nerwowe rozmowy, ja potrzebowałem odłączyć się, zakładając słuchawki na uszy i spokojnie prowadzić auto. To był mój dzień.

Oddychałem miarowo i pełną piersią, wyciszałem ostatnie myśli. Mimo to miałem pełną świadomość, że coś może pójść nie tak. Byłem nawet na to przygotowany. Na stole w domu zostawiłem hasła do banku, kody pin do kart i numer polisy ubezpieczeniowej oraz telefon do rodziny w Polsce.

Dwa długie kwadranse od wypłynięcia zobaczyliśmy nareszcie w oddali płetwy i kilka innych statków. Skinęliśmy głowami na znak. Przebieramy się. Używamy mokrych skafandrów, nie suchych jak przy nurkowaniu z butlami. Gorącą wodą z termosu napełniamy skarpety neoprenowe i rękawice, by jak najdłużej zatrzymały ciepło. W arktycznych wodach stopy i dłonie marzną najszybciej.  Na zewnątrz kilka stopni na minusie i wiatr. Samo przebieranie się w tych warunkach jest wyzwaniem, nie mówiąc już o samym skoku do lodowatego morza, który dla umysłu wydaje się ścianą nie do przesunięcia.

Radar pokazywał głębokość 147 metrów. Dobrze, że dowiedziałem się o tym dopiero wracając na pokład. Naprawdę dobrze.

Orki płynęły niezwykle szybko i synchronicznie, zapędzając ławice śledzi w kierunku skał nadbrzeża, zamykających fiord około 200 metrów przed nami. Ledwo nadążaliśmy i wtedy w jednej sekundzie, jak na znak gwizdka wszystkie zawróciły, kierując się prosto w naszą stronę.

Silnik stanął. To był moment, kiedy wiedzieliśmy, że musimy skoczyć. Wymieniliśmy się spojrzeniami. Były jak pieczęć nad dobrowolnie podpisaną zgodą na oddanie swojej duszy. W tych kilku sekundach każde słowo byłoby zbędne.

- Ready?? - krzyknął Marcin.