Pojechałam na daleką Północ, by spotkać Innuitów całujących się nosami. Zamiast nich znalazłam dziką przyrodę.

Spanie w namiocie w takim towarzystwie nie bardzo się nam uśmiecha. Podobno niedźwiedzie lubią jagody i maliny, więc rozstawiamy namiot z dala od tych słodkich owoców. Po kilku dniach czujemy się pewniej, bo przy zachowaniu zdrowego rozsądku i tzw. złotej zasady trójkąta (gdzie indziej jeść, gdzie indziej gotować, gdzie indziej spać) nic nie powinno się nam stać. Widok niedźwiedzi czy wilka powoli przestaje na nas robić tak wielkie wrażenie jak na początku. Kolejne dni spędzamy, włócząc się po górach. Gdy rano budzi nas para Francuzów, nie możemy wyjść ze zdziwienia, bo od kilku dni nie widziałyśmy żywej duszy. Ci jednak zeszli ze swojej trasy, specjalnie by ostrzec nas, że niedaleko zobaczyli całe stado niedźwiedzi grizli z małymi. Tempo, w jakim składamy obozowisko, mogłoby trafić do Księgi rekordów Guinnessa.

Po chwili znowu jesteśmy w drodze. Tym razem eksplorujemy mieniące się na tysiąc kolorów Góry Polichromowe. Dzięki trasie dostępnej tylko dla specjalnych busów można zwiedzić różne obszary parku i dojechać aż na jego koniec, do Wonder Lake (czyli „cudownego jeziora”). To chyba najbardziej obfotografowane miejsce na Alasce. Kojarzycie takie zdjęcie: jezioro, pośrodku którego stoi łoś, na tle gór? To właśnie tam dojeżdżamy i faktycznie wszystko się zgadza. Tak jakby i tu rząd wynajmował łosia, by ten brodził nieustannie w wodzie. Natura wygrywa z kulturą.

Witaj, misiu

Dlatego kierujemy się autostopem na samo południe, na półwysep Kenai, by eksplorować pole lodowe Harding o powierzchni 777 km2. Półtora raza tyle co Warszawa. Po parogodzinnej wspinaczce przed oczami mamy niekończący się ocean lodu. Licząc wszystkie jęzory lodowe, jakie z niego odchodzą, podobno ma powierzchnię prawie 3 tys. km2. W nocy śpimy pod lodowcem Exit i słyszymy, jak ten pracuje i się rusza. Odgłosy strzelającego lodu niemal nie dają nam zmrużyć oczu. Rano ruszamy odkrywać kolejne cuda natury Alaski i nie przestajemy eksplorować jej terenów przez następne tygodnie. Ale to już materiał na kolejny artykuł o wspinaczce, przetrwaniu i bezkresie natury. Po miesiącu wracam do Polski zupełnie pogodzona, że jednego życzenia, aby z bliska poznać kulturę Innuitów, nie udało się spełnić. Może innym razem? Może w Kanadzie albo na Grenlandii? Inne marzenia ziściły się, i to z naddatkiem.