Morze z pluskiem zamknęło się nade mną. Gwałtownie ucięło gwar rozmów i syk sprężonego powietrza, które zawsze towarzyszą ostatnim przygotowaniom nurków do zejścia pod wodę. Ciszę, jaka zapadła, przerywał jedynie bulgot bąbelków powietrza, które po każdym moim wydechu rozpoczynały szaleńczy bieg ku powierzchni. Ruszyłem w przeciwną stronę, ku widniejącej kilkanaście metrów niżej rafie. Opadałem powoli, przyglądając się bogactwu tutejszego życia. Pomachałem do kręcących się wokół pomarańczowych błazenków zwanych rybkami Nemo. Odskoczyły gwałtownie, kryjąc się w łagodnie falujących czułkach ukwiału. Ale już w następnej sekundzie ich ciekawskie oczka wyjrzały z ukrycia. Odważniejsza z rybek zaczepnie ruszyła w moją stronę, by w następnej sekundzie znów zniknąć. Taka zabawa mogła trwać godzinami, ale w tej sytuacji to ja, z moim ograniczonym zapasem powietrza w butli, byłem skazany na porażkę. Nie przedłużałem więc spotkania i ruszyłem w dalszą drogę w dół. Szukałem żółwia, którego wypatrzyliśmy z łodzi. Dwa głośne pluśnięcia przerwały ciszę. To kolejni nurkowie z naszej ośmioosobowej grupy wskoczyli do wody. Po chwili dołączył do mnie Tomek, z którym od lat penetrowaliśmy różne podwodne zakątki naszego globu. Gdy ja koncentrowałem się na fotografii, on obserwował otoczenie i wskazywał mi godne uwiecznienia obiekty. Płynęliśmy teraz ku dwóm skalnym iglicom wystającym na końcu niewielkiego plateau. Żółw niestety rozpłynął się jak kamfora. Byłem rozczarowany. Sipadan jest matecznikiem tych zwierząt, a Tim, nasz divemaster, zapewniał, że po kilku dniach nurkowań wokół wyspy będziemy się od nich oganiać. Nagle zza większej z iglic mignęła szara smuga. Rekin białopłetwy! Zobaczył nas i błyskawicznie oddalił się na bezpieczną odległość. Ależ wrażenie! Nawet nie zdążyłem pomyśleć o podniesieniu aparatu. Na tym niespodzianki się nie skończyły. Kilka ruchów płetwami i już byłem przy pagórku pełnym załamań i jam. W zakamarku rafy, otoczony przez dziesiątki kolorowych rybek, odpoczywał żółw. Początkowe uczucie rozczarowania ustąpiło miejsca radości z tego pierwszego nurkowania na Sipadanie. Każdy szanujący się nurek słyszał o tym miejscu. Maleńka wysepka leżąca na Morzu Celebes znajduje się w czołówce najlepszych miejsc do nurkowania na świecie. Sławę zawdzięcza kapitanowi Cousteau, który wraz z ekipą badał te wody w latach 80. XX w. Jego słowa: Takie miejsca jak Sipadan widziałem 45 lat temu. Teraz odkryłem nietknięte dzieło sztuki – sprawiły, że Sipadan stał się obiektem westchnień nurków z całego świata.

Wyspa jest wierzchołkiem wulkanu, którego stoki pokryte wyjątkowo bogatą rafą koralową opadają stromo kilkaset metrów do morskiego dna. Dzięki temu duże ryby mogą z łatwością podpływać do tego rogu obfitości w poszukiwaniu obiadu. Dla nurków to właściwie gwarancja spotkania dużych zwierząt morskich – rekina lamparciego, szarego, rekina młota, barrakud, mant, żółwi – przy każdym wejściu do wody. Wyspa Sipadan jest tak mała, że można by ją obejść w 20 min. Kiedyś istniały na niej centra nurkowe i resorty. Wszystkie zostały zlikwidowane, po tym gdy w 2004 r. utworzono tu park morski (odpowiednik parku narodowego, tyle że pod wodą). Chroni on m.in. miejsca lęgowe żółwi zielonych. Nie niepokojone przez ludzi wychodzą na plażę i składają jaja. Teraz nie ma możliwości nocowania na wyspie. Łodzie mogą przybić do brzegu w jednym, wyznaczonym miejscu (koło molo) i tylko w przerwie pomiędzy nurkowaniami.

 

Te również zostały bardzo ograniczone. Jednego dnia może się zanurzyć maksymalnie 120 osób. Chętnych nie brakuje, o pozwolenie trzeba się starać z dużym wyprzedzeniem. Mieszkaliśmy na wyspie Mabul oddalonej od Sipadanu o jakieś 25 min rejsu motorówką. Działa tu kilka centrów nurkowych, z których najbardziej lubię Water Village. Całe miasteczko, czyli domki, baza, restauracja, stoją na palach wbitych w turkusowe dno. Żeby dostać się na brzeg, trzeba przejść długim drewnianym molo. To miejsce stricte nurkowe i gdyby trafił tu ktoś mało zainteresowany tematem, niewiele miałby do roboty poza opalaniem. Można przespacerować się do rybackiej wioski, co zresztą zrobiliśmy któregoś dnia. Kampung Musu liczy 2 tys. mieszkańców. To głównie emigranci z Filipin parający się połowem ryb. Widać byli przyzwyczajeni do odwiedzin cudzoziemców, bo na nasz widok machali przyjaźnie albo z dumą prezentowali złowione sztuki. Skupialiśmy się na nurkowaniu. Każdego dnia już o 7 rano robiliśmy przegląd sprzętu w bazie, po czym wskakiwaliśmy do łodzi i płynęliśmy na Sipadan. Po południu, gdy moi koledzy zapadali się w leżakach albo wyruszali na stały ląd, ja zanurzałem się w świecie makro. Możliwość sfotografowania koników morskich, ślimaków nagoskrzelnych czy mątw była dla mnie równie kusząca jak perspektywa poszukiwań rekinów młotów, mant i innego dużego zwierza. Razem z dwójką Amerykanów i Japończykiem – przedstawicielami nacji najliczniej przybywających w te okolice – wyruszaliśmy na eksplorację wód Mabulu albo Kapalai. Towarzyszył nam Alex, człowiek legenda. Wiecznie rozkojarzony, w szkłach jak denka od musztardówek, sprawiał wrażenie człowieka niezdolnego do wypatrzenia czegokolwiek. Ale to właśnie on co kilka metrów wskazywał nam ślimaka, krewetkę, kraba, mątwę. Jak on to robił?

Ryk potężnych silników naszej łodzi i chłodna poranna bryza wypędziły ze mnie resztki snu. Była 7.15, a my już mknęliśmy na Sipadan. Ku jego podwodnym prądom, w których tak lubią przebywać duże ryby. My czuliśmy się w nich, jakbyśmy szybowali, tak bardzo przezroczysta była woda. Nigdzie nie znalazłem tak dobrych warunków do fotografowania, chociaż nurkowałem w wielu innych akwenach na świecie.

Informacja, że znów chcemy wskoczyć w miejscu zwanym Barrakuda Point, niemal doprowadziła naszego divemastera Tima do łez. Codziennie usiłował nas przekonać, żebyśmy zobaczyli coś nowego, ale nam Barrakuda podobała się najbardziej. On znał ją na pamięć, ponieważ to najpopularniejsze miejsce nurkowe Sipadanu. Zapewne obawiał się też, czy poradzimy sobie z tutejszymi mocnymi prądami zstępującymi, które łatwo mogą pociągnąć nurka w dół. Uparliśmy się jednak, więc nam ustąpił. Przewrót w tył, ostatnia kontrola sprzętu i rozpoczęliśmy podróż z nurtem podwodnej rzeki do miejsca nazwanego przez nas Aleją Rekinów. Wystarczyło pilnować głębokości, by prąd zaniósł nas w to miejsce. Dopiero za aleją trzeba było mieć się na baczności i „wysiąść” z niego w obszar spokojnej wody zamieszkiwanej przez setki kolorowych ryb. Ale już na początku trasy zaczynało być ciekawie. W dole kręciły się rekiny szare. Nie łagodne, białopłetwe, lecz drapieżniki. I choć niegroźne dla ludzi i raczej ich unikające, to jednak robiły wrażenie. Tak duże, że przegapiłem barakudy, które tworzyły olbrzymi okrąg. Trudno, nie było sensu walczyć z nurtem niosącym mnie niczym ekspres. Wpłynąłem do Alei Rekinów. Szeroka, zamknięta z obu stron wypiętrzeniami rafy, była miejscem odpoczynku całych stad rekinów białopłetwych. Na mój widok nerwowo zamachały ogonami, ale ja przyglądałem się wielkiemu, niewyraźnemu obiektowi przed sobą. Rekin leopardzi!

 

Jego piaskowa skóra na takiej głębokości wydawała się szaroniebieska, ale czarne plamy i rozmiar nie pozostawiały wątpliwości. Ależ fart! Rozpaczliwie złapałem się skały, jednak nurt pociągnął mnie dalej. Dystans między nami kurczył się coraz bardziej. Znów chwyt, tym razem pewniejszy, i jakoś się udało. Znieruchomiałem. Byle go nie spłoszyć. Tylko jak jedną ręką obsłużyć aparat fotograficzny? Zerknąłem za siebie i ze zgrozą zauważyłem szybującą watahę nurków. Moi przyjaciele skończyli zabawę z barakudami i byli coraz bliżej. Puściłem skałę i trąc kolanami o dno, by spowolnić działanie prądu, ustawiałem parametry w aparacie. A potem, niemal w ostatniej chwili, gdy wielki rekin z zadziwiającą lekkością uniósł się z dna, nacisnąłem spust migawki. Sipadan jest ostoją żółwi szylkretowych i zielonych. Tu odbywają gody i składają jaja na piaszczystych plażach.

NO TO W DROGĘ:

INFO :

■ Powierzchnia: Malezja, ok. 330 tys. km²; Sipadan 40 akrów.
■ Ludność: ponad 29 mln. 
■ Języki: malajski (urzędowy), angielski, chiński, tamilski.
■ Religie: islam (60 proc.), buddyzm (19 proc.), chrześcijaństwo.
■ Waluta: ringgit malezyjski (MYR); 1 zł = ok. 1 ringgit.

KIEDY ■ Najlepsza pora przypada między kwietniem a październikiem. Od grudnia do marca mocno pada (często zaczyna już w listopadzie).
WIZA ■ Na pobyt do 90 dni w celach turystycznych nie jest wymagana. DOJAZD ■ Samolotem do Kuala Lumpur (np. liniami Qatar z Warszawy z przesiadką w Ad-Dausze) – bilet kosztuje ok. 2,7 tys. zł. Następnie z Kuala Lumpur malezyjskimi liniami Malaysia Airlines do Tawau (koszt ok. 500 zł). Z Tawau busem albo taksówką do miasta Semporna położonego na wyspie Borneo.

KOMUNIKACJA ■ Najlepszą opcją jest wykupienie pakietu w jednym z centrów nurkowych działających na wyspach Mabul i Kapalai. Transport jest wówczas zorganizowany – busik zabiera gości z lotniska w Tawau i dowozi do Semporny, dalej płynie się motorówką.

NOCLEGI ■ Pakiet nurkowy obejmuje transport, noclegi i wyżywienie. Do wyboru jest kilka resortów, m.in. - www.swvresort.com
- www.waterbungalows.com
- www.sipadanhotel.com
- www.sipadan-kapalai.com

JEDZENIE ■ Nie ma lokalnej gastronomii. Turyści są skazani na stołowanie się w resortach, gdzie przebywają. Kuchnia jest mocno międzynarodowa. Słodka woda pochodzi z lokalnych odsalarni. Goście dostają wodę butelkowaną.

ZAKUPY ■ W niektórych resortach działają sklepiki z pamiątkami (koszulki, czapeczki). U rybaków na wyspie Mabul można kupić m.in. ręcznie rzeźbione figurki czy szczękę rekina. Ta druga opcja nie jest jednak dobrym pomysłem – szczęka może pochodzić z gatunku chronionego prawem międzynarodowym.

BEZPIECZEŃSTWO ■ Miejsce jest bezpieczne dla turystów. Ryzyko niesie tylko głupota nurkujących, ale w tym przypadku każdy odpowiada za siebie. 
 
ZDROWIE ■ Szczepienia nie są wymagane. Można się jednak zaszczepić przeciw żółtaczce A i B, durowi brzusznemu, polio.

NIEPEŁNOSPRAWNI ■ Bazy nie działają w Handicap Scuba Association, nie mają oferty dla niepełnosprawnych. Ale znając uczynność miejscowych, osoby dopuszczone do nurkowań nie powinny mieć żadnych kłopotów z poznawaniem głębin.

 

WARTO WIEDZIEĆ ■ Park morski obejmuje Sipadan i przylegającą rafę koralową. Obowiązuje zakaz wstępu na wysepkę i spacerowania po niej. Nurkowie nocują na pobliskich wyspach: Mabul i Kapalai. Poprzez centrum nurkowe dostaje się imienną zgodę na nurkowania na Sipadanie.
■ W bazach można wypożyczyć sprzęt (za dodatkową opłatą), co przy kosztach nadbagażu zabieranego z Polski jest warte rozważenia. 

POCZUJ KLIMAT
■ Borneo: Ghost of the Sea Turtle  – film dokumentalny z 1989 r. w reżyserii Jacques’a-Yves’a Cousteau.

WWW ■ www.sabahparks.org.my – parki narodowe i obszary chronione w malezyjskim stanie Sabah

3 sposoby na Sipadan
ilość dni trasa wyzwania przy okazji
3 dni Wody wokół Sipadanu. Łodzie dryfują za nurkami. Do wyspy przybijają tylko w wyznaczonym punkcie i tylko  na czas odpoczynku. Barrakuda Point
– najpopularniejsze miejsce nurkowe Sipadanu – oraz pobliska Aleja Rekinów. Uwaga
na silne prądy!
Warto spróbować swoich sił w fotografii podwodnej – nigdzie nie znajdzie się tak przejrzystej wody
i takiej różnorodności zwierząt.
tydzień Czasu jest wystarczająco dużo, żeby wielokrotnie zanurzyć się przy Sipadanie oraz sąsiednich wyspach – Mabul
i Kapalai.
Po wynurzeniu się warto patrzeć w górę – Sipadan jest sanktuarium nie tylko żółwi, ale też tropikalnych ptaków, m.in. nektarników i zimorodków. Wyprawa do wsi Kampung Musu na wyspie Mabul. Z kolei wysepka Kapalai dwukrotnie w ciągu doby chowa się pod wodą.
2 tygodnie Spokojnie można wracać w ulubione miejsca wokół wysp. Niektóre centra organizują nurkowania w jaskini żółwi. Gady wpływają tam i nie mogą znaleźć wyjścia – ich szkielety zaściełają dno jaskini. Można wybrać się wynajętą łodzią do miasta Semporna, by przejść się po stałym lądzie. Taki rejs zajmuje około godziny
i 15 min w jedną stronę.