KUROZWĘKI

Fasada pałacu wciąż odcina się różem na tle otaczającej zieleni, pamiętam, jaki ten kolor za pierwszym razem zrobił na mnie wrażenie.
Rodzina Popielów odkupiła swój majątek w ruinie i konsekwentnie krok po kroku przywraca mu dawną świetność. Pałeczkę po ojcu, panu Jeanie Martinie, którego poznałam 15 lat temu, przejęli synowie Michał i Andrzej.

Młodszy Andrzej poświęca się rozwijaniu browaru Popiel, gdzie obecnie produkuje się sześć rodzajów piw o związanych z historią tego miejsca nazwach Biały Bizon (od największego stada bizonów, które biega po tutejszych łąkach), Pan Paweł (to z kolei najpopularniejsze imię w rodzinie Popielów) czy Złoto Kurozwęk, ale jest też jedno o nazwie K, z dodatkiem konopi, które już zostało wyprzedane.

Po zakamarkach pałacowych oprowadza mnie Michał. Właśnie rodzina zdobyła nowe fundusze, które pozwolą na dalszy remont rezydencji. To niesamowite, jakim labiryntem pokoi, korytarzy, klatek schodowych i piwnic, które doprowadzają do prywatnych kaplic, bibliotek, sal balowych są takie pałace. Zastanawiam się, ile nowych sekretów ujawnią podczas tej renowacji. Popielowie mają też swoją stadninę w oddalonym o 3 km Staszowie z ok. 80 końmi rasy arabskiej. 

Podziwiam, z jaką gracją te wzorce końskiego piękna biegają po padoku, prezentując swoje największe atuty; długą szyję, małą głowę, duże oczy, długie nogi i smukłe sylwetki z wysoko noszonym ogonem.

– Kiedy chcę odpocząć lub się odstresować, przychodzę na nie popatrzyć – mówi Michał. Hodowla koni tej krwi to też rodzinna tradycja Popielów, która odradza się dzięki staraniom spadkobierców. 

KRZYŻTOPÓR

Przed wybudowaniem Wersalu ten wzniesiony w XVII w. przez Krzysztofa Ossolińskiego w Ujeździe pałac w stylu włoskim był największym tego typu obiektem w Europie. W założeniach miał zachwycać i oszałamiać rozmachem.

Otoczony wysokim murem miał aż 13 tys. m² powierzchni, a jego budowa trwała 23 lata.

Niestety właścicielowi było dane cieszyć się nim zaledwie rok – zmarł na febrę, a jego jedynemu synowi 5 lat – poległ w bitwie pod Zborowem w 1649 r. Potem było tylko gorzej – doszczętnie ograbili go Szwedzi podczas potopu, a w 1770 r. spalili Rosjanie za konfederacji barskiej.

Ruiny warto zwiedzać z przewodnikiem, by poznać fascynującą historię tego obiektu i mnóstwo lokalnych legend oraz anegdot. Krzysztof Ossoliński interesował się magią i numerologią, stąd podobno zastosowana w nim symbolika nawiązuje do kalendarza. „Okien miał tyle, ile dni w roku, pokoi tyle, ile tygodni; sal wielkich tyle, ile miesięcy, a cztery narożne jego baszty odpowiadały liczbie kwartałów”. Nad wejściem do pałacu na wieży umieszczono symbol tego miejsca, czyli krzyż i topór, herby rodowe jego budowniczego. 

Na miejscu pustych obecnie tarcz dawniej lśniły złote zegary, a można się było do niego dostać przez zwodzony most. Z dziedzińca w kształcie trapezu wchodzimy do piwnic, gdzie w stajniach trzymano nawet 100 koni, a podobno za cztery takie rumaki można było kupić w Krakowie kamienicę.
Jadły one z marmurowych żłobów i przeglądały się w kryształowych lustrach. Nad nimi znajdowały się kwatery dla wojska. Wielkie wrażenie musiała też kiedyś robić druga wieża, z tyłu pałacu, gdzie Krzysztof Ossoliński miał swoją bibliotekę oraz gabinet. 

Podobno między nimi znajdowało się olbrzymie przeszklone akwarium z egzotycznymi rybami, które magnat mógł podziwiać z góry albo z dołu w zależności od tego, czy pracował, czy czytał książki. Zapobiegawczy właściciel wydrążył też rzekomo pod pałacem 15-kilometrowy tunel, którym mógł się ewakuować z Ujazdu do Ossolina w razie niebezpieczeństwa, i ukrył gdzieś wielki skarb – złote dukaty, które wciąż czekają na znalazcę.

PUSTELNIA ZŁOTEGO LASU

Tu odnajdziesz święty spokój – jest mottem współczesnej pustelni. Klasztor kamedułów w Rytwianach to miejsce, gdzie z dala od zgiełku świata możemy pogrążyć się w ciszy, kontemplacji i choć na kilka dni uwolnić od cywilizacyjnych uzależnień. 

Reguła kamedułów jest jedną z najsurowszych. Zakonnicy ubrani w białe habity, zamknięci za murami klasztorów, w ciszy, samotności, medytacji, ubóstwie i pracy szukali drogi do Boga. Dziś kamedułów w Rytwianach już nie ma jednak ich duch wciąż unosi się nad tym miejscem. Pustelnia ma szczęście do dobrych gospodarzy. 

Obecny ks. Wiesław Kowalewski kontynuuje dzieło odbudowy tego miejsca, w planach jest odtworzenie kolejnych domków eremitów, w których będą mogli mieszkać goście. Ksiądz Wiesław przyjmuje tu wszystkich, bez względu na poglądy i wyznanie.

Goście mają do dyspozycji ogród, stołówkę i kilometry ścieżek w pobliskim lesie, od którego pustelnia wzięła swoją nazwę. I jak zapewnia gospodarz, każdy ma szansę znaleźć tu to, czego szuka – nasze spa to cisza, spokój, rytm dnia zgodny z naturą, długi sen, zdrowa kuchnia, świeże powietrze i zawsze życzliwi ludzie.

WILLA SICHÓW

Stefana Dunina-Wąsowicza spotykam przed jego willą – pałacem w pięknym starym parku obsadzonym podobno ponad stu gatunkami drzew, z których wiele ma kilkusetletnią metrykę. Odzyskał rodzinną posiadłość zbudowaną w 1794 r. przez Potockich i powoli podnosi ją z ruin. 

Pan Stefan oprowadza mnie po odnowionych wnętrzach rezydencji, z których część wynajmuje, by sfinansować dalsze prace. A są one bardzo ambitne, o czym przekonuję się, wychodząc na rozległy taras na tyłach willi. Widok, jaki się stąd roztacza, nie bez powodu pan Stefan nazywa polską Toskanią. 

Łagodnie falujące wzgórza są idealne do uprawy winorośli, więc właściciel oczywiście założył tu swoją winnicę, którą opiekuje się teraz z pasją. Wino i takie otoczenie to doskonałe połączenie, dlatego zostaję tu do zachodu słońca. Nie mogłabym sobie wyobrazić lepszego zakończenia tego weekendu.