Dzień 1.

Jest ciepło, ale nie gorąco, powietrze przesycone zapachem róż rozdzierają pokrzykiwania mew krążących nad minaretami niczym duchy. Ogromna fontanna, szumiąc, wyrzuca utkane z wody dywany i serpentyny. Po prawej wąsaty Turek w kamizelce haftowanej złotą nitką i czarnych szarawarach sprzedaje gotowane kolby kukurydzy. Ich słodko mdławy zapach owija się wokół mnie. Z lewej trzech wyrostków oprawia idealnie okrągłe arbuzy, dzieląc każdy na niewielkie kawałeczki. Nieco dalej pani w nieokreślonym wieku, odziana w kwiecistą, sięgającą kostek sukienkę, z głową osłoniętą białą chustką, wylewa chochlą na rozgrzaną patelnię kremową masę i posypuje ją serem, zamieniając w pyszne naleśniki. Przede mną leży wyliniały kot, typowy przedstawiciel stambulskiej populacji liczącej tysiące wiecznych głodomorów. Ponieważ mój sąsiad nie chce się podzielić posiłkiem, zwierzak wściekle zawodzi i atakuje go wyostrzonymi pazurami. Scena wywołuje śmiech otaczających mnie rodzin z dziećmi, zakochanych par i żigolaków w białych koszulach rozpiętych do połowy torsu, wzrokiem wyławiających samotne białe kobiety. Przyszłam tutaj napawać się zachodem słońca, które, znikając, pogrąży w półmroku słynne arcydzieła architektury muzułmańskiej i chrześcijańskiej, tymczasem na moich oczach rozgrywa się inny, równie atrakcyjny ludzki spektakl. Mogłabym tu siedzieć godzinami, nie nudząc się ani przez chwilę, objadać się smakołykami i pić gorącą słodką herbatę podawaną w szklaneczkach w kształcie kielichów tulipanów. Dlatego Stambułu nie powinno się zwiedzać szybko. Pierwszy dzień należy ograniczyć do dzielnicy Sultanahmet i sąsiadującego z nią Cypla Pałacowego. Tym miastem trzeba się delektować. Jego atutami są nie tylko zabytki, malownicze położenie czy kuchnia, lecz także niezwykle barwni mieszkańcy o fantazyjnie wystylizowanych wąsach i ubiorach oraz zwyczajach będących dla mnie kwintesencją Orientu.

 

1. Hipodrom

Warkot kosiarek oznacza, że również do Stambułu dotarła moda na perfekcyjnie wystrzyżone trawniki. Jest wcześnie rano, więc przemykam po obszernym prawie pustym placu – dawnego hipodromu. Ze stadionu wybudowanego, by pomieścić nawet 100 tys. widzów emocjonujących się wyścigami rydwanów pozostało niewiele. Zatrzymuje się najpierw przy okaleczonej kolumnie wężowej przywiezionej, czy raczej zrabowanej, z Delf. Trzy gadzie łby wieńczące monument odrąbał podobno nietrzeźwy polski szlachcic. Nieco dalej strzela w niebo egipski obelisk pochodzący z Luksoru – w czasie transportu został uszkodzony i to, co teraz podziwiam, jest zaledwie 1/3 jego faktycznych rozmiarów.

 
2. Błękitny meczet

Z zewnątrz wydaje się srebrny. Przylega do hipodromu i zazdrośnie rywalizuje o uwagę z położoną naprzeciwko Hagia Sophia. Osmańskim zdobywcom trudno było zaakceptować fakt, że ich architektura nie dorównywała urodzie bizantyńskiej. Wspaniała Hagia Sophia nawet zamieniona na meczet kłuła w oczy. Na odpowiedz świata muzułmańskiego trzeba było poczekać aż 150 lat. Sułtan Ahmed I mimo kryzysu nie szczędził środków. Błękitny Meczet przerósł oczekiwania obywateli imperium, a nawet wywołał ich gniew. Czy taka ostentacja nie kłóci się aby z zasadami skromności, do których nawołuje islam? – grzmieli. Bluźnierstwem okrzyknięto ozdobienie budowli aż sześcioma minaretami – tyle przecież miała święta Al-Kaba w Mekce. Za darmo wchodzę na dziedziniec, a potem do środka meczetu. Posadzka usłana jest dywanami, w które zapadają się moje bose stopy. Ściany świątyni pokrywają pochodzące z Izniku płytki ozdobione błękitno-zielonymi motywami roślinnymi. W swojej masie sprawiają wrażenie, jakbyśmy nagle przenieśli się do jakiegoś rajskiego ogrodu – to właśnie ich barwie meczet zawdzięcza nazwę.

 

3. Cysterna bazylikowa

Mogłaby z powodzeniem służyć za pałac jakiemuś władcy cierpiącemu na nadwrażliwość świetlną. By do niej dotrzeć, wystarczy przejść przez ulicę Divan Yolu, kupić bilet za 7 TL i zejść pod ziemie. Przy dźwiękach muzyki klasycznej wyrasta przede mną las kolumn. Wysokie na jakieś 8 m, ustawione w rzędach, ciągną się w nieskończoność. Zastanawiam się, ile antycznych świątyń ograbiono, żeby wypełnić kolumnami to olbrzymie wnętrze stanowiące rezerwuar wody dla Konstantynopola. W wodnej tafli odbija się sklepienie, nad którym pływają setki niezwykle dorodnych karpi i innych gatunków ryb. Spaceruję kładkami przerzuconymi nad wodą niczym mosty. Akustyka jest doskonała, słychać, jak krople z pluskiem spadają na dół. Na samym końcu sali odnajduję dwie kolumny ozdobione głowami meduz. Jedna głowa jest ustawiona do góry nogami, a druga bokiem – wygląda, jakby spała. Zgodnie z legendą Meduza miała wężowe włosy i wzrok, którym zamieniała w kamień każdego, kto na nią spojrzał. Pokonał ją Perseusz, odrąbując bestii głowę. Druga wersja mitu mówi zaś, że Meduza była piękną dziewczyną o cudownych włosach, doskonałej figurze i nieprzeciętnej urodzie, zakochaną ze wzajemnością w Perseuszu. Nie spodobało się to bogini Atenie, która zabiegała o względy młodzieńca. A że bogowie mają przewagę nad śmiertelnikami – Meduza stała się potworem. Perseusz musiał zabić ukochaną, której tak diametralnie zmieniły się wizerunek i usposobienie.

 


 
4. Hagia Sophia

Najwspanialsza budowla starożytności, przed którą na kolana padali królowie, cesarze, nie wspominając o zwykłych zjadaczach chleba, tonie w zieleni. Na przestrzeni wieków dobudowano do niej typowe dla meczetów obiekty, wsparto ją podporami, ozdobiono minaretami. Szczerze mówiąc, masywna pomarańczowa bryła Hagia Sophii z zewnątrz rozczarowuje – wydaje się ciężką, pozbawioną gracji matroną. To wrażenie ulatnia się zaraz po przekroczeniu progu. Wnętrze świątyni przygniata wprost niewyobrażalną przestrzenią – olbrzymia kopuła zwieńczająca główną nawę wisi na wysokości 56 m. Zgodnie z założeniami architektów miała być ona odbiciem nieba na ziemi. Pokryte złotymi mozaikami ściany, z których zachowały się tylko fragmenty, musiały pogłębiać metafizyczne doznania wiernych onieśmielonych majestatem Mądrości Bożej. Kunszt dawnych architektów trzeba sobie dawkować powoli, pielgrzymując od jednej kolumny do drugiej, od ołtarza do nawy i do empory, na którą można dostać się rampą. Stąd cesarz wraz ze świtą oglądał uroczystości. Ludzie widziani z tej perspektywy wydają się liliputami. Przy jednej ze ścian dostrzegam tablicę z nazwiskiem Enrico Dandolo. Ten ślepy wenecki doża wraz z hordami krzyżowców złupił Konstantynopol i zapewne za karę zmarł wkrótce potem.

 
5. Sogukcesme Sokagi

Czyli ulica zimnego źródła, znajduje się na tyłach Hagia Sophii po drodze do pałacu Topkapi. Odrestaurowane drewniane wille pokazują, jak wyglądał Stambuł w XVIII–XIX w., zanim drewnianą architekturę, dzielnica po dzielnicy, pochłonęły pożary.

 
6. Topkapi

Przez 400 lat podejmowano tutaj najważniejsze decyzje dotyczące imperium: snuto plany podbojów, intrygi, przyjmowano poselstwa, bawiono się i smucono, mordowano następców tronu i samych władców. Przez Bramę Szczęśliwości dostaję się na dziedziniec. Topkapi to kompleks złożony z różnej wielkości i urody budynków. Są tu więc: Pawilon Obrzezania, Sala Tronowa, Skarbiec, a w nim kolekcja broni i klejnotów, sala z monarszą garderobą; niektóre kaftany są tak olbrzymie, że dają wyobrażenie o monstrualnej tuszy właścicieli. W Sanktuarium Płaszcza Proroka przechowywane są między innymi ząb i kępki brody Mahometa. Przed wyruszeniem na podbój haremu warto odpocząć na tarasie pałacowej restauracji. Widać stąd Bosfor łączący się z Morzem Marmara, po którym suną setki statków i kutrów wyglądających jak flota inwazyjna.

 
7. Harem rozczarowuje

Wyobraźnia przerosła rzeczywistość. Ciasne ciemne korytarzyki ze świetlikami w suficie wiodą do małych stęchłych pomieszczeń, w których żyły najpiękniejsze kobiety imperium. Dziś, gdy w powietrzu nie unosi się już zapach perfum i kadzideł oraz nie słychać rozmów i śmiechu, miejsce to ukazuje prawdziwe oblicze – żeńskiego więzienia o podwyższonym standardzie.

 
8. Sposób na wieczór

Wielu skusi zapewne orientalna kolacja okraszona występem derwisza lub tańcem brzucha. Ja udaję się na Divan Yolu, by w jednej z setek restauracji zjeść kebaba i nacieszyć się widokiem iluminowanego Błękitnego Meczetu.

 

2. Dzień

Ile jest bazarów w Stambule? Myślę, że nie wiedzą tego nawet sami mieszkańcy. Konstantynopol przez tysiąc lat uchodził za najbogatsze miasto świata, co zawdzięczał położeniu – tutaj krzyżowały się szlaki handlowe łączące Azję, Europę i Afrykę. Dzisiejszy Stambuł nie jest tak bajecznie bogaty, jednak z całą pewnością kupieckie tradycje w nim nie umarły. Handluje się tu wszystkim, a dorośli odwiedzający Dzielnicę Bazarów mogą choć przez chwilę poczuć się jak dzieci w sklepie z zabawkami. Jedyne, co mnie powstrzymuje przed pozbyciem się całej gotówki, to wymiary mojego bagażu. Choć Stambuł to metropolia zamieszkiwana przez 15 mln ludzi, do najważniejszych jego atrakcji przy odrobinie samozaparcia można dotrzeć na piechotę. Spacerkiem ruszam więc w górę znanej już ulicy Divan Yolu przechodzącej płynnie w ulicę Janczarów. Jeżeli zauważycie tłum wylewający się niczym ze stacji metra przez bramę, to znak, że dotarliście do celu.


 
9. Wielki bazar

Najstarszy i ponoć największy kryty bazar świata składa się z 65 poplątanych uliczek wiodących do 4 tys. sklepów. Pracuje tu 25 tys. osób, a 250 tys. odwiedza go codziennie. Organizacja tego miasta w mieście nie wiedzieć czemu kojarzy mi się z mrowiskiem. Setki ludzi wzorem mrówek robotnic biegają tam i z powrotem obładowani towarami, które usiłują upychać na swoich kilkumetrowych stoiskach. Tutaj złoto spływa kaskadami, srebrna biżuteria przybiera formy, których nie wymyśliliby najbardziej kreatywni mistrzowie baroku, a szale to prawdziwe dzieła sztuki ręcznie wyszywane koralikami. W życiu nie widziałam takiego nagromadzenia zjawiskowych w kolorach i wzorach dywanów. Kusza mnie też lampy jakby teleportowane wprost z Baśni z Tysiąca i Jednej Nocy. Na każdym porządnym bazarze, a wiec również i tutaj, królują wszelkiej maści podróbki. Nabycie damskiej torebki bez logo znanego projektanta graniczy z cudem. A gdy nieśmiało zapytałam o takowa, sprzedawca potraktował mnie niemal jak osobę szalona. Kiedy się zmęczymy bazarem albo odkryjemy, że po raz 10. wróciliśmy w to samo miejsce, po prostu zapytajmy o wyjście, by sprawnie opuścić ten labirynt konsumpcyjnej rozpusty.

 
10. Corlulu Ali Pasa

Znajduje się niedaleko głównego wejścia do Wielkiego Bazaru. Wstąpcie tam koniecznie, żeby wyciszyć emocje po udanych bądź nieudanych zakupach. Najstarsza stambulska herbaciarnia zajmuje wnętrze zabytkowej medresy. Zbudowano ja na polecenie Ali Paszy, zięcia sułtana Mustafy II. W środku, w cieniu olbrzymiego platana wyrastającego na dziedzińcu, stoją rzędy szerokich ławek przykrytych dywanami. W porównaniu z bazarowym gwarem jest tu cicho i spokojnie. Leniwa atmosfera sprzyja relaksowi. Zapadam się w siedzenie, wyciągam nogi, opieram sie o poduszki. Zamawiam herbatę i fajkę wodną z tytoniem o zapachu jabłkowym. A po godzinie kupuje lampę w tutejszym sklepiku i z trudem powstrzymuje się przed nabyciem dywanu.

 
11. Plac Bajazyta

Dawniej zajmował go pchli targ. W tłumie biegali poprzebierani sprzedawcy soku, który nalewali wprost z wielkich samowarów kiwających się im na plecach. Dziś na placu Bajazyta zostały jedynie gołębie i staruszki sprzedające dla nich karmę. Nie zniknęła też brama w stylu mauretańskim przeniesiona chyba wprost z Marakeszu, wiodąca na teren Stambulskiego Uniwersytetu. I najstarszy w mięście meczet sułtana Bajazyta II, zwanego świętym, inspirowany dość wiernie architektura Hagia Sophii, którego zwiedzanie sobie daruje. Przedzieram się miedzy straganami, które nie zmieściły się pod dachem Wielkiego Bazaru i rozlały na okolice, zajmując każdy skrawek chodnika. Ich asortyment mógłby przyodziać chyba całą populacje świata. W końcu docieram do meczetu...

 
12. Meczet Sulejmana

Jest godny odwiedzenia z wielu powodów. Ja podam tylko trzy: uchodzi za największy w Stambule, wzniósł go Sinan, najsłynniejszy osmański architekt, a zrobił to z inicjatywy Sulejmana Wspaniałego, jednego z najwybitniejszych władców imperium. I chyba najbardziej romantycznego. Sułtan zakochał się w niewolnicy Roksolanie, uczynił z niej żonę i podobno z pola walki pisał listy równie żarliwe jak nasz król Jan Sobieski do Marysieńki. Niestety, meczet jest w remoncie. Nie zostaje mi nic innego, jak przez boczną bramę przedostać się na teren cmentarza. Tutaj wśród licznych nagrobków wznosi sie mauzoleum Sulejmana Wspaniałego, a nieco dalej – Roksolany, która, żeby zapewnić sukcesje swojemu synowi, wyeliminowała wszystkich jego konkurentów. Obierając azymut na Złoty Róg, szybko docieram do kolejnego bazaru, gdzie obok świeżo palonej kawy i niesamowicie soczystych owoców można kupić: kwiaty doniczkowe, tornister dla   dziecka, maszynę do szycia przypominającą zszywacz do papieru, mydło, patelnie, folię aluminiową i garnki przeznaczone chyba do gotowania strawy dla pułku wojska. Wśród tych straganów ukrywa się perełka architektury osmańskiej.

 
13. Meczet Rustema

Paszy to kolejne arcydzieło Sinana (wzniósł ich 131). Został ufundowany przez zięcia Sulejmana Wspaniałego. Dużej siły woli potrzeba, żeby skoncentrować się tu na modlitwie, skoro zewsząd dochodzą szczegóły odbywających się transakcji. Meczet jest zadziwiająco kameralny i to jego wielka zaleta. Przy całym ogromie i przepychu wcześniejszych obiektów ten zdaje się mieć idealne proporcje. Poza tym ma najpiękniejsze dekoracje z płytek iznickich, jakie do tej pory widziałam.


14. Bazar korzenny

Nie polecam go łasuchom i osobom z nadwrażliwym zmysłem powonienia. W tym miejscu zostanie on bowiem poddany torturom. Na kramach, uformowane w stożki, piramidy, kopce, wysypujące się z tysięcy worków, misek i innych naczyń, sprzedawane są przyprawy sprowadzane z całego świata. Nie przypuszczałam, że paleta ich barw może być tak bogata. Są tu: żółcienie, fiolety, pomarańcze, brązy, zielenie, a nawet błękity. Istne szaleństwo ogarnia mnie na widok piętrzących się na ladach słodyczy. Bloki chałwy przeplatają się z tacami bakław, ze stosami lokum, z koszami wypełnionymi suszonymi śliwkami, bananami i czereśniami, orzechami pistacjowymi, laskowymi, włoskimi. Kupuję torbę Turkish Delights, obowiązkowo targując się o cenę, i tak zaopatrzona przedostaję się na drugą stronę ulicy, by w ostatniej chwili wskoczyć na pokład statku wypływającego w rejs po Bosforze.

 

15. Rejs

Pierwsi osadnicy na Złotym Rogu, zatopionej wodami Bosforu dolinie rzeki, pojawili się już w VII w. p.n.e. Miasto rozrastające się od tamtego czasu sukcesywnie pożera coraz to nowe wzgórza, których stoki łagodnie opadają w kierunku cieśniny. Rozłożyste korony drzew, zarówno po stronie azjatyckiej, jak i europejskiej, zastępują piętrowe kremowe wille z pomarańczowymi dachami i oknami skierowanymi na wodę. Jakby to, co się na niej działo, było przedmiotem największej troski i uwagi stambulczyków. Przecież tędy przybyli krzyżowcy, którzy złupili Konstantynopol, a potem Turcy, którzy go podbili. Statek dynamicznie pruje fale, wiatr się wzmaga. Na nabrzeżach jest tłoczno i gwarno, obok wędkarzy bawią się dzieci. Mijamy pałac Dolmabahçe, oficjalną rezydencję sułtanów od połowy XIX w., koronkowy meczet Mecidiye, nad którym wznosi się Most Bosforski. Gdy na horyzoncie wyrasta kolejny wiszący most i ruiny Twierdzy Europa, której budowa umożliwiła Turkom zdobycie Konstantynopola, to znaczy, że zaraz rozpoczynamy powrót. Półtorej godziny później dobijamy do przystani. Przy dłuższym pobycie warto pomyśleć o wyprawie aż do Morza Czarnego połączonej z pysznym obiadem w wiosce na krańcu Bosforu.

 

3. Dzień


Przez wieki dzielnica Beyoglu położona na drugim brzegu Złotego Rogu uchodziła za nowoczesną. W Sultanahmet jeszcze 10 lat temu panie chodziły w bezkształtnych płaszczach skutecznie maskujących wszelkie kobiece wypukłości i w chustkach zawiązanych pod brodą tak, że twarze wydawały się spuchnięte. Krótkie spódniczki turystek, podobnie jak odkryte ramiona, wywoływały z jednej strony święte oburzenie, a z drugiej – nie mniej uciążliwe zainteresowanie płci przeciwnej. (Byłam świadkiem, jak za niemiecką turystką biegło co najmniej sześciu mężczyzn, i to bynajmniej nie dlatego, że chcieli jej coś sprzedać). Przybysz mógł się poczuć swobodnie dopiero na Istiklâl, reprezentacyjnej ulicy Beyoglu, gdzie każdy niemal rodzaj ubioru i zachowania był akceptowany. Tam osiedlali się obcokrajowcy, budowano ambasady. Zanim jednak zapuszczę się w tę część Stambułu, funduję sobie śniadanie – rybnego kebaba smażonego na jednym z grillów zamontowanych na... statkach cumujących przy Eminönü. Ich obsługa posiada akrobatyczne wprost umiejętności i cieszy się 100-procentową odpornością na chorobę morską. Kulinarny cyrk pochłania moją uwagę prawie na godzinę.

 
16. Most Galata

Przedsiębiorczy stambulczycy sprytnie zagospodarowali te zwodzona konstrukcje spinającą brzegi Złotego Rogu. Z górnego poziomu można podziwiać słynny las minaretów, który tak bardzo zachwyca przybyszów. Tworzy go ponad 2,5 tys. meczetów ozdobionych co najmniej jednym klującym niebo szpikulcem. Most, miejsce towarzyskich spotkań, od rana do wieczora oblepiony jest wędkarzami moczącymi żyłki w brudnych wodach zatoki – w wiaderkach, słoikach lub foliowych torebkach widzę jedynie rybia drobnice, za skromna na porządny obiad. Niższy poziom zajmują eleganckie restauracje, gdzie dostaniemy wszelkie znane mi ryby i owoce morza. Pozostaje wieżyc, że nie pochodzą one z tego akwenu.


17. Istiklâl

Możemy tam dojść piechota, ostro wspinając się pod górę, albo dojechać kolejką za 1,5 TL, oszczędzając siły. Na Istiklâl dotrzemy też, wsiadając na placu Bajazyta w autobus 61B lub 46H – wówczas przejedziemy się malowniczym bulwarem Atatürka biegnącym pod arkadami starożytnego akweduktu Wallensa, którym dostarczano wodę do Konstantynopola. Zobaczymy gwarne ulice, zaduch i domy powciskane obok siebie, tak że nawet chudy stambulski kot by się nie przecisnął. Co jakiś czas między kamienicami stercza zgliszcza starych drewnianych domostw bez dachów, ze spalonymi ścianami i z powybijanymi oknami. Bez względu na to, który środek transportu wybierzemy, wylądujemy albo na początku, albo na końcu ulicy Istiklâl. Szybko wtopimy się w tłum płynący niczym rzeka tym szerokim wyłączonym z ruchu deptakiem. Co jakiś czas ludzkie mrowie się rozstępuje, robiąc miejsce sunącemu powoli, czerwonemu zabytkowemu tramwajowi. Obie strony Istiklâl zajmują sklepy, restauracje i kawiarnie. W jej okolicach znajduje się klasztor Mevlevi, gdzie przy odrobinie szczęścia możemy doświadczyć ekstatycznego tańca derwiszów. Jeżeli nie zniechęca nas ostry zapach martwych morskich stworzeń na targu rybnym w Galatasaray, zamówmy jakieś pyszne, zrobione na naszych oczach danie. Blask Istiklâl zdecydowanie przygasł. Pozostałe dzielnice dogoniły Beyoglu, podczas gdy ona nie bardzo wie, w jakim kierunku podążać.

 
18. Marko Pasa

To restauracja położona w jednej z bocznych uliczek odchodzących od Istiklâl. W witrynie pani w kwiecistej chustce na głowie rozwałkowuje ciasto na stolnicy, z którego sklei nadziewane mięsnym farszem pierożki. To podstawa mity, zamówionego przeze mnie dania podawanego w pierzynie ayranu, doprawionego mięta, oliwa, pieprzem i czymś jeszcze, czego nie rozpoznaje. Jego smak to esencja Orientu.

 

19. Wieża Galata

Warto się na nią wspiąć, by z wysokości 62 m obejrzeć panoramę Stambułu. Kiedyś dotarcie tu przypominało przedzieranie się przez slumsy, gdzie umorusane dzieci bawiły się zniszczonymi oponami, w powietrzu unosił się zapach uryny, a na ziemi walały się stosy śmieci. Dziś plac uporządkowano, a na ławkach siedzą sędziwi starcy i czytają gazety, zapewne sprawdzając wyniki ligi tureckiej; w rzadko, którym kraju ludzie tak bardzo ekscytują się piłką nożną jak w Turcji. Spod Galaty uliczką zajętą przez sklepiki z instrumentami muzycznymi, a potem z elektroniką, zejdziemy wprost na most Galata. Spacerkiem przejdziemy do Eminönü, gdzie możemy wsiąść w metro, by przemieścić się do hotelu w Sultanahmet. Tam ostatni raz rzucimy okiem na Hagia Sophie i Błękitny Meczet, a potem z żalem wrócimy do domu.
 

Agnieszka Franus