We wsi Piaski zaczyna się prawdziwy wiejski klimat, z drewnianymi chałupami, pasącymi się kozami, tabliczkami, gdzie można kupić ser, a gdzie miód, i babciami w chustkach przechadzającymi się powoli po okolicy. Na miniryneczku, a właściwie rozstaju dróg w Cieciszewie kolejna grupa kolarzy posila się na ławkach. Z wyleniałej tablicy informacyjnej dowiaduję się, że jestem na Urzeczu – mikroregionie etnograficznym związanym z osadnictwem olęderskim w XVII w. i nierozerwalnie związanym z rzeką. A z pamiątkowego kamienia – że wieś istnieje od ponad 650 lat. Jestem na kolejnym kolarskim rozstaju, można stąd jechać w trzech kierunkach: do Góry Kalwarii, Słomczyna i Chojnowskiego Parku Krajobrazowego lub Obór i Konstancina-Jeziornej. Miniaturowy drewniany Cieciszew jest wsią tak uroczą, że od pierwszego wejrzenia staje się moim ulubionym miejscem na trasie.

Ale ruszam dalej – w lewo, czyli na Górę Kalwarię. Coraz bardziej czuć oddalenie od wielkiego miasta, ruch prawie ustaje, „nic się nie dzieje”, jakby powiedział Zdzisław Maklakiewicz. Głównym bohaterem rolniczego krajobrazu powoli przestają być dynie i kapusta. Staje się nim jabłko. Po raz pierwszy pokonywałam tę trasę w październiku i wciąż mam przed oczami te obrazki: tony zebranych jabłek jadą na przyczepach traktorów, wysypane zalegają na poboczu drogi lub czerwienią się jeszcze na drzewach.

Sady ciągną się tu kilometrami. Zapewne to jabłka sprawiły, że wyrastają tu kolejne wystawne murowane domy i sześciany zwane przez architektów „kostką mazowiecką”. Skarpa wiślana przybliża się do szosy, to znak, że jestem już blisko Góry Kalwarii.

Piekło Mazowsza

Koniec wielkiej pętli znajduje się w kolarskiej kawiarni Góra Kawiarnia. Po prawie 35 km jazdy absolutnie wszyscy zatrzymują się tam na kawę i ciasto. Budynek, w którym się mieści, zdobi ogromny mural przedstawiający Ryszarda Szurkowskiego. Bywał tu i brązowy medalista olimpijski Rafał Majka, i wicemistrz olimpijski Czesław Lang – a kawiarnia działa dopiero od lipca 2019 r. Tutejsze tiramisu spokojnie wystarczy na powrót.

 

 

Wjazdu do Góry Kalwarii broni stromy, 12-procentowy wjazd ulicą Lipkowską zwany szumnie (nawet na Google Maps) Piekłem Mazowsza. Ale to bardziej piekiełko niż piekło, bo podjazd jest krótki.

Znad świetnej kawy, ogromnego ciasta i książki o Urzeczu, zalegającej w Kawiarni, nie chce mi się ruszać w drogę powrotną. Słońce schodzi niebezpiecznie nisko i wiem, że nie dam rady tym razem wykonać całego planu. Była w nim sama Góra Kalwaria założona w 1670 r. jako Nowa Jerozolima – miasto klasztorne. 200 lat później stała się z kolei jednym z głównych ośrodków chasydyzmu w Polsce.

Idę na taras widokowy wykorzystujący skarpę wiślaną, gdzie oczywiście grupa kolarzy robi sobie pamiątkowe zdjęcie. I cieszę się, że tym razem ze skarpy będę zjeżdżać w dół.