Lampki z symbolami pasów bezpieczeństwa zaskrzyły się jaskrawym światłem nad fotelami pasażerów. Za chwilę podchodzimy do lądowania. Wraz z opadaniem samolotu narasta ekscytacja. Razem z żoną próbujemy spojrzeć, ponad ramieniem pasażera siedzącego przy oknie, na rysującą się białą kreską oceanicznej piany linię styku kontynentu i bezkresu wody. I na starożytne miasto, zarastające od blisko trzydziestu trzech wieków wzgórza wokół szerokiego ujścia rzeki, przez które woda zdaje się nie wypływać, lecz wdzierać w głąb lądu. Miasto na krańcu Starego Świata, najpierw znane jako fenickie Allis Ubbo - „bezpieczny port”, potem z grecka, również Rzymianom, jako Olissipo lub Olissipona, nawiązując swą nazwą do legendy samego Odyseusza. Aż do czasu upadku Kartaginy, gdy Rzymianie przejęli miasto i przemianowali na Felicitas Julia. Po nich były już tylko plemiona germańskie, później Maurowie, z krótkim interwałem w postaci norweskich krzyżowców, aż do pojawienia się Alfonso I Portugalskiego. A nazwa miasta w ciągu pierwszych dwudziestu czterech wieków ewoluowała, by z wizygockiego Ulishbona wreszcie zastygnąć jako Lisboa, z polska zwane Lizboną.

Nawracając nad siedemnastokilometrową kreską mostu Vasco da Gamy, tnącą w poprzek rozlewisko ujścia rzeki, samolot przechyla się, strzelając jednym skrzydłem w niebo, drugim rysując cień na wodach Tagu. Wreszcie równa lot i schodzi delikatnie do lądowania. Lizbona przyjmuje nas miękko i słonecznie.