– Za pół godziny widzimy się przy Jubilee Gate – mówi na odchodne Jaroslav, mój przewodnik.

Wspominaną bramę widzę z okna pokoju hotelowego. Wyróżnia się na tle innych budynków. Trochę przypomina łuk triumfalny. Jak się potem dowiem, prawdopodobnie była wzorowana na Porta Gemina w Puli. Ta jednak nie prowadziła do miasta, a do jednego z najsłynniejszych browarów nie tylko w Czechach, ale i na świecie. Jestem w Pilźnie, a więc wizyta w Pilsner Urquell to oczywista oczywistość.

Duma Pilzna

Pierwszy na świecie pilsner został wyprodukowany w Pilźnie w 1842 r. pod okiem Josefa Grolla, piwowara z Bawarii. 50 lat później, kiedy Pilsner Urquell święcił już poważne triumfy, wybudowano Jubilee Gate. Zdobienia na bramie nawiązują do silnej do dziś browarniczej tradycji miasta i całego kraju pilzneńskiego.

Piwoszem nie jestem. O browarnictwie też wiem niewiele, ale ponad godzinne zwiedzanie mija mi bardzo szybko. Duża w tym zasługa przewodnika, który z pasją przeprowadza nas przez kolejne etapy powstawania złocistego trunku.

Piwo na różnych etapach produkcji smakuje inaczej. / fot. Mateusz Łysiak

Na chwilę zapuszczamy się nawet do korytarzy biegnących pod miastem. Niespodziewanie temperatura spada do zaledwie kilku stopni. To tam w drewnianych beczkach pilsner czeka na filtrowanie, a dopiero później na spożycie. Degustuję słynne piwo jeszcze w wersji nieprzeznaczonej do dystrybucji.

Na filtrowane piwa czas przyjdzie później. Oto zaczynam zwiedzanie Kraju Pilzneńskiego, gdzie rytm życia, a właściwie slow life, nadają liczne mikrobrowary. I nie tylko one.

Co jeszcze zobaczyć w Pilźnie?

Rozpogadza się akurat, kiedy ruszam w stronę Placu Republiki. Jest bardzo przestrzenny. Uwagę poza kolorowymi kamienicami przyciągają fantazyjne fontanny przypominające złote krany. Taka czeska fantazja.

W centrum placu stoi katedra św. Bartłomieja, która katedrą jest dopiero od 1993 r. Przyczynił się do tego Jan Paweł II. Wcześniej kościół był znany między innymi z tego, że jeszcze do lat 80. ubiegłego wieku uchodził za najwyższy budynek w Czechach. Obecnie tytuł należy do wieżowca AZ Tower w Brnie, mierzącego 111 m. Katedra nadal zachowała jedno swoje „naj”. Ma najwyższą wieżę kościelną w Czechach – 102,26 m.

Plac Republiki w Pilźnie / fot. Harald Nachtmann/Getty Images

Naprzeciwko świątyni znajduje się renesansowy ratusz. Można do niego wejść bezpłatnie. Na parterze znajduje się imponujących rozmiarów makieta najstarszej części Pilzna.

Kilkaset metrów dalej w jednej z kamienic mieści się z kolei Muzeum Lalek. Jak dowiaduję się na miejscu, Pilzno jest jedną z kolebek tradycyjnego czeskiego lalkarstwa. Na chwilę cofam się do dzieciństwa, a oczami wyobraźni jeszcze wcześniej, do czasów, kiedy po Czechach podróżowały grupy lalkarzy ze swoim kramem.

Eksponaty w pilzneńskim muzeum to małe dzieła sztuki. Przedstawiają cały szereg postaci. Jest diabeł, wojak Szwejk oraz oczywiście Spejbl i Hurvinek – najpopularniejszy duet czeskiego teatru lalkowego.

Z Hartmanic do Dobrej Vody przez góry Szumawa

Z Pilzna wyjeżdżam zaraz po śniadaniu. Kierunek: południe. Po drodze patrzę, jak zmienia się krajobraz. Jest już coraz bardziej pagórkowato i bardzo zielono. Słońce na razie chowa się za chmurami, przez co okolica wygląda na senną i melancholijną. Zanim zdążę zapomnieć o śniadaniu, jestem już w Hartmanicach. Małe miasteczko zamieszkuje niewiele ponad tysiąc osób. Przed ruszeniem na pieszy szlak do wsi Dobrá Voda, zaglądam do najwyżej położonej w Europie Środkowej synagogi. Od ukończenia budowy w 1898 r. świątynia pełniła różne funkcje, także magazynu i stolarni.

– Obecnie w regionie nie ma już praktycznie żadnych wyznawców wyznania mojżeszowego. Ostatnie żydowskie wesele zorganizowano tu w 2011 r. Teraz to przede wszystkim muzeum i miejsce spotkań kulturalnych. Po remoncie o obiekt dba stowarzyszenie obywatelskie Památník Hartmanice – opowiada kustosz.

W Hartmanicach uderza mnie cisza. Zarówno w synagodze, jak i na szlaku jestem właściwie sam. Towarzyszy mi przewodnik i dwóch dziennikarzy, ale nie mijamy po drodze innych turystów. Całkowicie oddaję się aurze spokoju. Odruchowo ściszam nawet głos w trakcie krótkich wymian zdań z moimi towarzyszami.

Pierwszym postojem po drodze jest Dobrá Voda, gdzie znajduje się muzeum historii żydowskiego klanu Adlerów i źródło z no właśnie, dobrą wodą. – Odnotowano tu kilkaset cudów. Ostatni w XVIII w. Potrzebujemy nowego, tak że śmiało, przemyjcie oczy – zachęca nas Weronika z muzeum. Cudowna woda ma leczyć problemy ze wzrokiem. Mnie niestety nie pomogła.

Kapliczkę z cudowną wodą i kościółek ze szklanym ołtarzem trzeba odwiedzić obowiązkowo. / fot. Mateusz Łysiak

Obok kapliczki stoi niewielki kościółek. Wyjątkowy z dwóch powodów. To jedyny na świecie kościół pod wezwaniem świętego Guntera. Warto wejść do środka. Oprócz szklanej podobizny mnicha znajduje się też również wykonany ze szkła ołtarz, ambona i obrazy przedstawiające stacje drogi krzyżowej – również szklane.

Ruszam dalej na szlak i zachwycam się przyrodą. Po lewej stronie mam bujne lasy, po prawej w oddali góry Szumawa. To od nich swoją nazwę wziął największy park narodowy w Czechach. Pierwszy raz widzę innych turystów, całe dwie osoby. Pozdrawiamy się serdecznym „Ahoj” i uśmiechem. Dochodząc do polecanej przez lokalsów restauracji Chata Rovina, mijam stado owiec. Leniwie pasą się i wygrzewają na słońcu. Im też udziela się miejscowy slow life. Slow life nieoczywisty, bo hasło nie pojawia się w przewodnikach czy reklamach, ale jak inaczej nazwać niespieszne odkrywanie jednego z najbardziej malowniczych miejsc w Czechach?

Czeska Szwajcaria

Turyści chętnie odwiedzają kraj pilzneński. Najwięcej osób przyjeżdża z Niemiec i Czech. Jakimś cudem nie trafiam jednak na tłumy, mimo że przed hotelem w miejscowości Srni, gdzie zostaję na dwie noce, samochodów jest od groma.

Wieczorem zagaduję Jaroslava o fenomen zwiedzanego przez nas regionu. – Tu możesz wiele, ale nie musisz nic. Ludzie przyjeżdżają tu, żeby odpocząć od miasta i się wyciszyć. Łatwo wejść w ten powolny rytm dnia, nawet jeśli przemieszczasz się między wioskami i miastami. Wszędzie jest blisko – wymienia spokojnie.

Po hikingu czas na rowery. I to nie byle jakie. W miejscowości Modrava wypożyczamy całą czwórką elektryczne rowery górskie. Zanim znikniemy za drzewami, mijamy miejscowy mikrobrowar, rwący strumień i wybieg z kangurowatymi. Modrava przypomina mi alpejskie wioski. Ciężko to opisać. Tę sielankowość po prostu czuć w powietrzu. Góry dookoła pogłębiają mój dysonans poznawczy.

Góry Szumawa polecają się na rowerowe wycieczki i hiking. / fot Mateusz Łysiak

Rowerzyści mają do wyboru szlaki różnej długości. Poza mapą warto patrzeć też na oznaczenia przy drodze. Niektóre trasy są przeznaczone tylko dla piechurów. Jest na nich bardziej stroma, a nawierzchnia to miejscami naturalna ściółka.

Kašperské Hory na jednośladzie i pieszo

Kraj pilzneński i góry Szumawa to nie tylko aktywności na łonie natury. To też raj dla miłośników urokliwych miasteczek. Do takich należą Kašperské Hory. Odwiedzam tu muzeum motocykli – jedno z największych w kraju. Na rozległym poddaszu od lat 90. zgromadzono 170 jednośladów, w tym 80 rowerów.

Właściciel imponującej kolekcji z dumą podkreśla, że większość pojazdów jest sprawna. Jak powstawało muzeum? Część motocykli odkupił, inne dostał w opłakanym stanie. Niektóre modele pochodzą też z niemieckich fabryk, a tych na terenie obecnych Czech było kiedyś znacznie więcej.

Za poleceniem moto-specjalisty kieruję się do zamku Kašperk mniej popularną trasą, za to bardziej malowniczą. Skręcam w ciasną uliczkę między wiekowe domostwa i po chwili jestem wzgórzu, z którego rozpościera się widok, za którym będę tęsknił. To jednak dopiero początek podejścia na zamek. Do celu prowadzi droga pod skosem. Można się zmęczyć, a to dlatego, że Kašperk to najwyżej położony zamek królewski w Czechach – 886 metrów nad poziomem morza. Latem na zamkowym dziedzińcu wystawiane są sztuki teatralne na podstawie dzieł Williama Szekspira. Trudno wyobrazić sobie lepsze miejsce na takie spotkania z kulturą. Niedawno otworzono też kameralną salę koncertową, w której mieści się nie więcej niż 100 osób.

Widok z zamkowej wieży. / fot. Mateusz Łysiak

Mimo że ostatnie kilkaset metrów mocno odczułem w nogach, wchodzę jeszcze wyżej – na najwyższy poziom odrestaurowanej wieży. Przepiękna panorama rekompensuje wysiłek. Podchodzę do okien wychodzących na cztery strony świata, a przewodnik zdradza mi, że poznałem już miejsca, które odwiedziłem: „Tam są Kašperské Hory, tam dalej wczoraj jeździliśmy na rowerach. A w tamtą stronę jest nasz hotel”.

Wystarczyły trzy dni, żebym poczuł się w kraju pilzneńskim jak w domu.