80. kilogramowy lew o imieniu Klaus ledwie wybiegł z klatki i już na mnie skoczył. Łapami objął moją buzię i zaczął mnie po niej lizać. Chciał się ze mną przywitać. Poznaliśmy się dzień wcześniej -  pierwszego dnia mojego wolontariatu w Limpopo Predator Park w Republice Południowej Afryki, ale wówczas mieliśmy kontakt tylko przez ogrodzenie. Tego dnia po raz pierwszy wzięłyśmy lwy na spacer. Poszliśmy drogą, poza głównym terenem ośrodka aż do starej rzeki. Niestety woda była zbyt wysoko, abyśmy mogli przejść korytem rzeki, więc weszliśmy z powrotem na górę na ścieżkę. Lwy swobodnie biegały i bawiły się ze sobą, czasami przychodziły do mnie, opierały się o moje kolana spragnione pieszczot, albo kładły się koło mnie domagając się pogłaskania. To były cudowne chwile.

Spacery z lwami stały się naszym codziennym zwyczajem. Każdy z nich dostarczał ogromnych emocji. Nigdy bowiem nie wiedziałyśmy kto trafi się danego dnia. W Limpopo Predator Park mieszkało bowiem 14 niemal rocznych lwów, z czego na spacer zabierałyśmy od 3-7. Najbardziej cieszyłam się, kiedy wśród „wybrańców” było jak najwięcej chłopców. Lwy bowiem były pieszczochami. Gorzej było z lwiczkami, które chciały się bawić, a najlepszą zabawą dla nich stanowiło skakanie na siebie lub na ludzi.  

Lwia mama
Dzień zaczynałam o 5.30 rano od nakarmienia najmłodszych lewków. Codziennie musiałam przygotować w sumie 40 butelek mleka (najmłodsza piątka jadła bowiem 5 razy dziennie, a miesięczne lewki 3 razy dziennie).

Potem jechałyśmy z Emmą (opiekunką lwów) do oddalonego ok. 10 minut jazdy ośrodka.

Przygotowywałam kolejną porcję mleka w proszku dla miesięcznych lewków i karmiłyśmy je, a potem szłyśmy na spacer z niemal rocznymi lwami. Potem w biegu jadłam śniadanie, po którym zabierałam się za sprzątanie klatek cywet afrykańskich oraz czteromiesięcznych lewków. O ile sprzątanie klatki cywet stało się z czasem przyjemne, bo zwierzęta zaczęły do mnie przychodzić (jeden wskakiwał mi na plecy, żeby się o mnie poocierać – taki rodzaj pieszczot), o tyle porządki u czteromiesięcznych lewków był poważnym wyzwaniem. Kiedy pierwszy raz weszłam do ich „sypialni”, żeby posprzątać, trzy złapały mnie za spodnie i zaczęły wyprowadzać. Z czasem przyzwyczaiły się do mnie i pozwalały mi wchodzić do pomieszczenia, w którym spały, ale chciały się ze mną bawić, co skutecznie utrudniało mi sprzątanie. Tamara na ogół próbowała odebrać mi szczotkę. Jak szorowałam podłogę zaczepiała mnie łapą, a jak tylko zostawiłam na chwilę szczotkę, żeby np. wysypać im nowe sianko lub zmieniałam wodę, Tamara porywała szczotkę. Najłatwiejszym zadaniem okazało się zbieranie kupek do żółtego wiadra. Kiedy już wszystkie klatki były czyste, porządnie myłam ręce (robiłam to tysiąc razy dziennie, przede wszystkim z względu na najmłodsze lewki) i znowu przygotowywałam mleczko dla najmłodszych. Następnie pakowałyśmy skrzynię surowych kurczaków na taczkę i wiozłyśmy śniadanko niemal rocznym lwom. Między 12 a 13 jedliśmy przygotowany przez  Thomasa lunch.


W pierwszym tygodniu byłam jedyną wolontariuszką, tak więc tylko we dwie opiekowałyśmy się grupą 29 młodych lwów (od noworodków do rocznych), 4 cewitami, leopardem, dzikim kotem, kurczakiem, dwoma tygrysami, grupą dorosłych lwów, krokodylami.

Wielkie karmienie
Popołudnie schodziło nam na karmieniu lwów. Zaczynałyśmy od piątki czteromiesięcznych lwów, które dostawały surowe mięso pocięte na małe kawałki. Emma niosła trzy miski, a ja dwie. Jak doszłyśmy do kamiennego podestu, równocześnie stawiałyśmy miski. Wcześniej nawiązywałam kontakt wzrokowy z dwoma lwami. Chodziło o to, żeby każdy dostał swoją miskę, a nie wykradał innemu. Uwielbiałam te maluchy, aczkolwiek częściej miały one ochotę na zabawę niż na pieszczoty. Tylko Scott był niezawodny i zawsze przychodził się przytulić. Był niesamowity, bowiem stawał na tylnych nogach, łapkami obejmował głowę i się przytulał mordką do mojej twarzy. Uwielbiał też dawać buziaki. Największym łobuziakiem była zaś Tamara. Lwiczka ta była nieprzewidywalna, potrafiła dać buziaka, a 5 minut później atakować z zębami. Po jedzeniu, jeśli miałyśmy czas, zostawałyśmy pobawić się z nimi.

 



Na kolejną porcję mleczka czekały już miesięczne lewki. Emma karmiła Jessie i Jossie oraz Elsie, ja natomiast rodzeństwo Silasa i Saskię. Uwielbiałam moich podopiecznych, bo byli prawdziwymi przytulaskami, w przeciwieństwie do Jessie i Jossie, którzy (Jessie bowiem był chłopcem), chyba nigdy nie przestawali się wydzierać. Poza tym jak tylko skończyli jeść wdrapywali się nam na plecy i chcieli rozrabiać. Elsie była spokojnym lewkiem. Najgorzej było, kiedy Emma nie miała czasu i musiałam karmić lewki sama. Nie chodziło tylko o to, by ich nie pomylić (po paru dniach nauczyłam się je rozróżniać, ale w stresowej sytuacji, kto wie co mogłoby się zdarzyć), ale przede wszystkim o to, że nie byłabym w stanie nad nimi zapanować. Dlatego wypuszczałam je z klatki pojedynczo. Nauczyłam się już karmić na dwie ręce, ale pięć głodnych lewków na raz atakujących moje ręce i plecy, to byłaby przesada. Po obiadku była chwilę na zabawę.

Potem szłyśmy znowu do najmniejszych. W tej grupie opiekowałam się dwoma siostrzyczkami Lily i Ivy. Lily była przesłodką grubą lwiczką, z miną aniołka, która od razu podbiła moje serce. Ivy zaś była chudziną, która wymagała specjalnej opieki. Chora lwiczka początkowo prawie w ogóle nie chciała jeść. Wypijała zaledwie 20 ml mleczka i zasypiała. Karmiłam więc Lili i po chwili znowu podawałam Ivy butelkę, w nadziei, że jeszcze coś wypije. Podawałyśmy jej także lekarstwo. Każdego dnia Ivy czuła się coraz lepiej  przybierała na wadze.

Dwa razy w tygodniu karmiłyśmy dorosłe lwy. Czasami przyjeżdżali do nas turyści, żeby poobserwować je podczas jedzenia. Oni jechali w odkrytym samochodzie, my razem ze skrzynkami pełnymi surowych kurczaków i dziczyzny na przyczepie. Jak samochód zatrzymywał się przy każdej grupie lwów, my rzucałyśmy od 2 do 4 skrzynek mięsa. Była to ciężka robota, bowiem w upale musiałyśmy rzucać jak najdalej i w różnych kierunkach, żeby lwy nie walczyły między sobą o jedzenie.

W pozostałe dni, starałyśmy się wypuszczać czteromiesięczne lewki na placyk, żeby sobie pobiegały i pobawiły się. Uwielbiały te zabawy, ale też chętnie wracały do klatki na kolację. My zaś szłyśmy z posiłkiem do niemal rocznych lwów. Przy czym wówczas już nie wchodziłyśmy do ich zagrody, bowiem mogło to być niebezpieczne. Po naszej kolacji do nakarmienia zostawały nam jeszcze miesięczne i najmłodsze lewki. Te drugie zabierałyśmy na noc do domu. Spały w mojej łazience. Po północy wstawałam, żeby je nakarmić.

Wakacje z misją
Nie chodziło mi o to, żeby pojechać na wakacje i się fajnie bawić w gronie dzikich zwierząt. Moim celem było zrobienie czegoś pożytecznego.  Jak podaje National Geographic lwy zniknęły na 80 proc. powierzchni ich afrykańskiego zasięgu. Na wolności żyje tylko ok. 35 tysięcy dzikich kotów. Dlatego trzeba dbać o odbudowę ich populacji.  Pierwszym krokiem jest odbudowanie populacji w niewoli, aby w przyszłości można było wypuszczać lwy na wolność.

W Australii podobny problem dotyczy koali. Na swój pierwszy wolontariat pojechałam do Lone Pine Koala Sanctuary w Brisbane, którego historia sięga 1927 roku. Wtedy to, Claude Reid stworzył dom dla dwóch koali Jacka i Jill. Z biegiem lat rosła nie tylko liczba koali, ale dochodziły także inne gatunki zwierząt. Obecnie na 5 hektarach mieszka ponad 130 koali, co czyni go największym takim ośrodkiem na świecie; a także kangury, dingo, wombaty, diabły tasmańskie, emu, nietoperze, opos, owce, świnki morskie, świnie, kurczaki, węże, krokodyle oraz niezliczona liczba ptaków.

Twarzą twarz z koalą
Pierwszego dnia wolontariatu w Lone Pine Koala Sanctuary miałam poznać ośrodek. Tymczasem okazało się, że po podpisaniu dokumentów, że podejmuje się pracy z dzikimi zwierzętami na własne ryzyko, przebraniu w fioletową koszulkę wolontariusza i szybkim oprowadzeniu po ośrodku, od razu rozpoczęłam pracę. Miałam pomóc Sandy w sekcji dla ptaków. Jak się później okazało wolontariat nie ograniczał się do pracy z koalami. Każdego dnia o 8.30 na zebraniu każdy z wolontariuszy dowiadywał się z kim dzisiaj i w jakiej sekcji będzie danego dnia pracował.  Osobiście najbardziej podobała mi się praca z kangurami, ssakami i koalami, trochę mniej z ptakami czy na farmie. Sekcja mieszana była trochę jak rosyjska ruletka, wszystko mogło się zdarzyć. W zależności od zapotrzebowania pomagało się sprzątać klatki ptaków, przygotowywać jedzenie dla dingo, pomagać w szpitalu itd.
Praca w większości sekcji wygląda podobnie. Przed południem sprząta się klatki zwierząt, w niektórych wymienia się ściółkę oraz zmienia wodę w pojemnikach. Potem spędza się czas w „kuchni” przygotowując jedzenie dla zwierząt lub zmywając naczynia. Czasem dostaje się jednorazowe zadania jak „wrzucenie” krabów, w zależności od ich rozmiarów, do odpowiednich pojemników z wodą; wybieranie liszek z ziemi itp. Po południu, w zależności od dnia i sekcji, kończy się przygotowywać jedzenie i karmi się zwierzęta. To była moja ulubiona pora dnia. Jak się miało szczęście można było karmić zwierzęta z ręki.


Koala to nie miś
Każdy koala jest inny. Można je rozpoznać po uszach lub nosie. Dorosły koala waży 8-15 kg. Na wolności żyje ok. 10 lat. Koale mają u rąk dwa kciuki i trzy palce, u nóg zaś cztery palce z pazurami oraz coś na kształt ludzkiego kciuka u ręki. Często mylnie nazywane są misiami, tymczasem koale najwięcej wspólnego mają z wombatami.

W ośrodku znajdują się koale w różnym wieku, od bobasów do emerytów, którzy skończyli 12 lat. Mieszkają w ogrodzonych płotem do pasa zagrodach, w których znajdują się specjalne konstrukcje z drzew, po których chodzą. W całym parku jest ok. 10 takich zagród (m.in. przedszkole, dla dziewczynek, dla chłopców, dla matek z dziećmi, dom starców itd.), poza tym kilka klatek, gdzie mieszkają pojedyncze koale i jedno ogrodzone drzewo. Za każdym razem, kiedy wchodzi się do takiej zagrody, trzeba spsikać buty środkiem dezynfekującym. Koale są bowiem podatne na choroby, a ich leczenie jest kosztowne.
Niektóre koale mają szorstkawą sierść, ale na ogół są milusińskie. Dlatego kiedyś na nie polowano, żeby wykorzystywać ich futerka do produkcji zabawek, butów itd. Jednak obecnie polowanie na koale jest zabronione. Mimo to zwierzętom tym groziłoby wyginięcie, gdyby nie takie ośrodki jak Lone Pine Koala Sanctuary.
 
Pani gówienko
Nie mogłam się już doczekać pracy z koalami, bowiem trafiłam do nich dopiero piątego dnia pobytu. Jakież było moje rozczarowanie, kiedy pierwszym moim zadaniem było posprzątanie całego parku. Musiałam wyczyścić wszystkie barierki i poręcze z gówienek. Wtedy też dowiedziałam się, że wolontariusz zajmujący się tym danego dnia nosi miano „Pani/a gówienko”. Na szczęście całkiem sprawnie uwinęłam się z tym zadaniem, a potem było już tylko fajniej.

Kolejnym moim zadaniem było umycie konstrukcji z drzew, po których chodzą koale. Robi się to co 7-10 dni. Najpierw zamoczoną w specjalnym środku dezynfekującym szczotką szorowałam drzewka, potem taką szpachelką usuwałam gówienka, a następnie dokładnie je umyłam. Na tych konstrukcjach zawieszone są pojemniki z wodą, którą codziennie się uzupełnia. Każdego dnia przed południem zabiera się także gałęzie eukaliptusa, które są cięte w specjalnej maszynie na małe kawałki i tak powstaje ściółka. Po południu zaś koale dostają świeże gałęzie (w ośrodku jest plantacja drzew eukaliptusowych). Trzeba być bardzo uważnym. Liście bowiem nie mogą dotknąć ziemi. Jeśli jej dotknąć, trzeba je umyć.

Dostarczanie nowych gałęzi eukaliptusa było moim ulubionym zajęciem. Koale, które przesypiają 19 godzin dziennie, w porze karmienia robią się bardzo aktywne i niemal pędzą do liści. Jest to niesamowite doświadczenie, wtedy bowiem jest się najbliżej nich. Kiedyś widziałam nawet zęby jednego jak konsumował liścia. Miał takie dwa kiełki. Innym razem, kiedy dolewałam wodę do pojemnika, jedna koala (to była dziewczynka) stanęła przede mną i przysunęła swój nos do mojego, tak, że zetknęły się czubkami.
Turyści widzą tylko fragment życia tych zwierzaków, ja mogłam obserwować je stale: kiedy były w dobrym i złym humorze, kiedy jadły, spały, bawiły się itd. Moją ulubienicą była mama koala, na którą często patrzyłam jak np. chodziła po wybiegu z dzieciątkiem na plecach albo walczyła z innym koalą, który siedział na gałęzi, którą ona sobie upodobała. Pewnego dnia, kiedy akurat chodziła po ziemi, jeden z opiekunów poprosił mnie o pomoc. Po wejściu do zagrody, ktoś go zagadał, a ja czekałam na zadanie do wykonania. Nie wiedziałam bowiem co będziemy robić. Mama koala podeszła do mnie, więc przesunęłam się w bok, to ona zawróciła i znowu do mnie podeszła. Niestety ten pracownik posadził ją z powrotem na drzewo.

Zdarzały się też momenty, że mogłam potrzymać koalę na rękach. Utrzymanie jednego osobnika to koszt ok. 20 tys. dolarów rocznie (pod warunkiem, że nie choruje). W Lone Pine Koala Sanctuary koale utrzymywane są z wpływów ze zdjęć z turystami. Wolontariusze służą czasem za drzewo – tzn. jeśli koala, nie ma ochoty pozować z danym turystą, wolontariusz trzyma go na rękach. Na sesji zdjęciowej koala spędza maksymalnie pół godziny dziennie.


Mój przyjaciel kangur
W ośrodku mieszkało 140 „długonożnych” (macropods = macro – długie + pods – kończyny), czyli kangurów, czerwonych kangurów i wallabys (małe kangury australijskie). Jako jedyne żyły otwartym terenie i mogły się swobodnie poruszać niemal po całym Lone Pine Koala Sanctuary. Miały też swoją odgrodzoną „strefę odpoczynku”, do której turyści nie mieli wstępu. Jeden chory kangur mieszkał na specjalnie ogrodzonym siatką terenie. W podobnej, wielkości sporego mieszkania, klatce mieszkały matki wallabys ze swoimi małymi. Wszystko po to, by ochronić maleństwa przed włamującymi się do ośrodka lisami. Ważące ok. 1 kg bobasy wallaby byłyby dla nich przysmakiem. Dlatego też pracownicy parku dbali o to, aby lisy nie przedostawały się do Lone Pine Koala Sanctuary. Pewnego dnia razem z Lianą (opiekunka kangurów) robiłyśmy rozpoznanie terenu. W miejscach, w których były ryzyko, że lisy mogą tamtędy przedostawać się do ośrodka, wykopałyśmy dołki, w które włożyłyśmy surowe mięso, wcześniej smarując nich drogę od siatki i zakopałyśmy je piaskiem. Następnego dnia okazało się, że Liana miała nosa. Na piasku oprócz śladów indyków były widoczne ślady łap lisa.

Innego razu, kiedy skończyłam sprzątać zagrodę kangurów Liana poprosiła mnie, żebym podeszła i spojrzała jej przez prawe ramię. To, co zobaczyłam było niesamowite. Przed nią stała mama - wallaby, a Liana otwierała jej worek, tak żebym mogła zobaczyć maleńkiego, różowego, jeszcze bez włosków i niewidzącego bobasa wallaby, który dopiero co przyszedł na świat i dalej będzie rozwijał się w brzuchu mamy. Podobnych, niezapomnianych chwil podczas wolontariatu w ośrodku dla koali było więcej.
To właśnie kangury dostarczyły mi najwięcej wrażeń podczas wolontariatu. Ponieważ żyły na otwartej przestrzeni, miałam do nich nieograniczony dostęp, tak więc odwiedzałam je w każdej wolnej chwili, czyli w przerwach na lunch i po pracy. Z czasem zaczęły mnie już poznawać, niektóre przychodziły do mnie się przywitać, jedne dawały się głaskać za uszkiem, inne dawały buziaczki. Do moich ulubieńców należało rodzeństwo kangurów czerwonych, które mają najmilsze futerko ze wszystkich kangurów i mama z dzieciątkiem.

Małgorzata Zdziechowska, 2014

Świat oczami Gośki http://swiatoczamigoski.blog.pl/