Na północy Birmy dotarłem w takie miejsce, gdzie macki reżimowej władzy fizycznie się kończyły – mówi Andrzej Muszyński, reporter i prozaik, współpracownik NG.

O Birmie napisał, bo poczuł do niej miętę. Jego reportaż "Cyklon", poświęcony przemianom w tym kraju ukazał się właśnie nakładem wydawnictwa Czarne. Książka jest owocem wielu wyjazdów do azjatyckiego kraju. Podczas zbierania materiałów Muszyński dotarł m.in. w Himalaje Birmańskie oraz na pogranicze birmańsko-indyjskie. 

Pierwszy raz pojechałeś do Birmy jesienią 2008 roku, tuż po przejściu cyklonu Nargis i rok po szafranowej rewolucji, podczas której mnisi stanęli na przeciwko reżimowej armii. Co pchnęło Cię w tamtą stronę?

Andrzej Muszyński: Nie miałem żadnej szczególnej motywacji. Birma jawiła się jako kraj zamknięty, niemalże zza żelaznej kurtyny. To bardzo działało na wyobraźnię. Każdy człowiek, reporter czy turysta, ma potrzebę niesamowitości, inności. Miałem wrażenie, że tam ta potrzeba zostanie zrealizowana. Tym bardziej, że byłem już dość okrzepły w podróżach, sporo jeździłem, sporo zrobiłem, a wciąż szukałem kulturowego zderzenia, bo ono jest w podróżowaniu po świecie najfajniejsze.

Pierwszy raz w Birmie był tylko tygodniowym wypadem podczas pobytu w Azji Południowo-Wschodniej, ale to wystarczyło, by mnie ten kraj pochłonął. Rangun był całkiem inny od tego, co widziałem wcześniej, choćby w Bangkoku. A kiedy jeszcze tego samego dnia wyjechaliśmy wynajętym busem na północ, kiedy zobaczyłem, jak za pięciomilionowym miastem zaczyna się las, jak ta zieleń wgryza się w płoty i domy, to wiedziałem, że będę tam wracał.

A kiedy uświadomiłeś sobie, że chcesz o Birmie napisać książkę?

Właśnie wtedy, kiedy zderzyłem się z tą kulturą, z tą ciemnością. Trzy czwarte birmańskiego społeczeństwa wciąż nie ma dostępu do sztucznego światła. W tej ciemności wyobraźnia siłą rzeczy zaczyna pracować. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, jak moje pobyty w tym kraju będą wyglądać, o czym będę pisać, ale musiałem tam jak najszybciej wrócić.

Nie mogłeś też wiedzieć, że chcesz pisać o kraju w czasie odwilży, przemiany, bo wtedy nie było mowy o żadnej przemianie.

Jechałem pisać reportaże z kraju reżimowego, w którym religia kompletnie stapia się z życiem codziennym. Rewolucję szafranową widziałem rok wcześniej w telewizji. Pamiętam ten pomarańczowy ekran polskiej "Panoramy", mnichów, którzy z pałami idą na wojsko. Ten obraz, ta relacja religii z państwem były dla mnie nierzeczywiste i o tym chciałem pisać.

Potem minął raptem rok czy dwa i zrobiła się heca, bo nagle odbyły się wybory parlamentarne [przez Zachód uznane za sfałszowane – przyp. ar], wszystko zaczęło się toczyć bardzo szybko, ale i tak nikt nie spodziewał się, że przyjdzie polityczna odwilż. W efekcie okazało się, że moja książka opisze zmianę, transformację, to, co 20 lat wcześniej wydarzyło się w Polsce.

Dlaczego włączyłeś do książki wyprawę w Himalaje Birmańskie, która jest ucieczką od tematu tematu tej odwilży?

W wymiarze osobistym może i była to ucieczka, bo jak słyszy się te wszystkie historie o ludzkich dramatach, pobytach w więzieniu, walce z reżimem, to wpada się w takie zagęszczenie złych emocji, że jedyne, na co człowiek ma ochotę, to uciec.

Ale tak naprawdę już od pierwszych wizyt w Birmie bardzo chciałem pojechać na północ. Słyszałem wiele opowieści o Himalajach Birmańskich, choć nie było na ich temat żadnych wiarygodnych źródeł. Zawsze pociągały mnie takie miejsca – będące gdzieś na pograniczu, na marginesie świata, o którym się pisze i mówi. I kiedy wreszcie tam w 2012 roku trafiłem, byłem przekonany, że musi się to w równej mierze stać osią książki.

W Birmie, jak nigdzie indziej na świecie, rzuciło mi się w oczy, jak zmieniają się relacje między ludźmi oraz między władzą a ludźmi w zależności od fizycznego dystansu od centrum, czyli Rangunu czy nowej stolicy Naypyidaw. Kiedy już dotarłem na daleką północ, był taki symboliczny moment, miejsce, gdzie macki reżimowej władzy fizycznie się kończyły. Można było wziąć świeży oddech, choćby dlatego, że ludzie nie bali się mówić o polityce. A wtedy wszyscy bali się o niej mówić. (Czytaj więcej o wyprawie Andrzeja Muszyńskiego w Himalaje Birmańskie)

Czy birmańska odwilż na tych peryferiach była w ogóle zauważalna?

Dla mniejszości etnicznych to, co się obecnie dzieję ma znaczenie, bo władza stała się ciut odważniejsza. Ma alibi w postaci zmian demokratycznych i coraz silniej ingeruje na tych terenach. Ogromnym problemem są konflikty o złoża surowców. Władza chce wydobywać i kopać wszystko, co się da. Wiąże się to oczywiście z wysiedleniami wiosek.

Ale tak czy inaczej wszystko dzieje się tam z ogromnym opóźnieniem. Komórki stały się powszechne dopiero w 2012 czy 2013 roku. Przez te wszystkie lata mój telefon był bezużyteczny, bo nie było roamingu. Internet w zasadzie nie działał, choć można było skorzystać z paru kafejek w Rangunie i wysłać maila, ale trwało to kwadrans. Do dziś większość prowincji do tych zdobyczy nie ma dostępu.

Pamiętam kilka mocnych i paradoksalnych scen z tym związanych. Na samym końcu świata, w dżungli, gdzieś pod granicą z Indiami, widziałem faceta z iPhonem, którego kolega wysłał mu z Singapuru, a potem ktoś przywiózł na ciężarówce z Myitkyiny. On nie był w stanie ani go obsługiwać, ani nawet uruchomić!


Fot. archiwum prywatne Andrzeja Muszyńskiego

Ale kiedy szedłem przez te odcięte od świata wsie Himalajów Birmańskich, tłumacz, który rozumiał, co się dzieje, relacjonował, że ludzie stali się dużo bardziej otwarci, odważni. Zabrali się choćby za remonty domów, bo na rynku pojawiły się niedostępne wcześniej materiały. Ale summa summarum, prowincja birmańska wciąż jest czwartym światem.

A centrum kraju?

Ten pejzaż miejski: billboardy, Coca-Cola – to wszystko zmieniło dosłownie w ciągu roku. Przez pierwsze trzy lata od początku reform nie było bankomatów, a pieniądze można było wymienić tylko u cinkciarza, choćby na Bogyoke Market w Rangunie.

W 2008 roku nie było jeszcze asfaltowej drogi z Rangunu do Mandalaj, pustej, białej jak słońce. Teraz jest na niej mnóstwo wypadków, bo nie udaje się okiełznać temperamentu birmańskich kierowców. Do tej pory nikt tak szybko nie jeździł, nie było po czym.

A i samochodów pewnie coraz więcej?

Rok temu organizowano naprędce kursy dla mechaników, bo nikt nie wiedział, jak naprawiać te cacka, które się teraz sprowadza z Japonii. W 2008 roku po ulicach jeździły same szroty. Krajobraz rodem z lat 60., coś jak na Kubie, ale te auta nie były wcale piękne, a zdezelowane.

I nagle w trzy lata samochodów pojawia się tyle, że trzeba zupełnie przeorganizować ruch. Miasto dotychczas przyjazne pieszym, pełne zamkniętych uliczek, malowniczych promenad nad rzeką, stało się dla pieszych bardzo przykre. Trzeba było wytyczać pasy, likwidować uliczne herbaciarnie. Dziś po Rangunie nie da się jeździć, Warszawa i Kraków to przy nim nic.

"Cyklon" powstawał przez kilka lat. Co powodowało, że ciągle do niej wracałeś, że ciągle brakowało Ci materiału?

Praca reporterska była cholernie niewdzięczna. Do moich bohaterów było bardzo trudno dotrzeć. O spotkanie z Sai Thein Winem, który w 2010 roku zdezerterował z wojska, starałem się dwa lata.

Uciekł do Norwegii, tam ukrywano jego miejsce zamieszkania. Żeby zamienić z nim choć słowo, musiałem przeniknąć siatkę reporterów DVB [Democratic Voice of Burma – przyp. ar], wysłać wiele maili, kilka razy do nich pojechać. Poza tym narzuciłem sobie bardzo ambitny jak na mnie plan, by spróbować opisać, jak rozkłada się fenomen tej władzy w przestrzeni.

W efekcie musiałem pojechać w odległe miejsca – wspomniane Himalaje Birmańskie i Ledo Road przy granicy indyjskiej. O ile o pozwolenie na wyjazd w Himalaje starałem się pół roku, o tyle na podróż wzdłuż Ledo Road ubiegałem się bite trzy lata. Tam ciągle trwały walki między wojskami Kaczinów a wojskami junty. Żadna rozsądna instytucja nie była w stanie wziąć odpowiedzialności i dać mi papier.

Mistrzem w pisaniu o egzotycznych krajach w czasach rewolucji i przemian był Ryszard Kapuściński. Myślisz, że dziś interesowałby się Birmą?

Nie mam pojęcia. Z tego co wiem raczej nie czuł mięty do krajów azjatyckich. W jednej z książek pisze, że przerosły go Chiny, był wtedy młodym człowiekiem. Potem do Azji Południowo-Wschodniej już nie wracał. Robotę miał po prostu gdzieś indziej.

Tę miętę trzeba jednak czuć. Między człowiekiem a miejscem wytwarza się pewna osobista relacja. Niezwykłym doświadczeniem były dla mnie pierwsze spacery po Rangunie po kolejnych powrotach. Późnym wieczorem wychodziłem na miasto i przybijałem piątki z antykwariuszami czy barmanami, bo się już po prostu znaliśmy. Mam do Birmy stosunek wyjątkowy. Myślę, że taki sam miał Kapuściński do Afryki czy Ameryki Południowej. Dziś pewnie pisałby z kolei raczej o arabskiej wiośnie ludów, o dżihadystach.

Zwróć zresztą uwagę na to, jak zmieniła się sytuacja. Kapuściński jeździł po wojnach, ale w żadnym chyba momencie nie był w miejscu tak niebezpiecznym jak Państwo Islamskie, gdzie w zasadzie nie ma przestrzeni dla dziennikarzy. Tam, gdzie jeździł, przebywał na własne ryzyko, mieszkał w hotelu ze świadomością, że może mu urwać głowę. A dziś jedzie się do Państwa Islamskiego i tę głowę dziennikarzowi po prostu urywają.

Wiemy, jak potoczyły się losy krajów i rewolucji, których świadkiem był Kapuściński. A co będzie w niedalekiej przyszłości z Birmą? Stanie się chińską kolonią?

Był nią już przed zmianami demokratycznymi. Chińczycy już wtedy pełnili funkcję parasola ochronnego nad reżimem, posiadali tam ogromne interesy. Dziś zwarli szyki i inwestują jeszcze więcej.

Ale tak naprawdę wszystko wyjaśni się tuż tuż, bo jesienią tego roku, po kolejnych wyborach parlamentarnych. Jeśli będą fair, Aung San Suu Kyi przejmie władzę. Wtedy kraj znajdzie się na równi pochyłej do rzeczywistej demokracji. Ale jeśli wybory będą sfałszowane, to na wiele lat Birma stanie się polityczną hybrydą, demokracją fasadową kontrolowaną przez wojsko, co dziś wpisane jest do konstytucji.

Parę miesięcy temu na ulice wyszli studenci, którzy upominali się o swoje prawa. I co się stało? Tak jak przed 2010 rokiem wszyscy wylądowali w ciupie. Obserwując turystów pod Sule Pagoda trudno sobie wyobrazić, by nagle wszystkie zmiany miały się cofnąć, a na ulicach znów znalazło się wojsko. Ale mimo wszystko ja jestem sobie to w stanie wyobrazić.

Ale zgodzisz się, że pod względem turystycznym Birma nie uniknie bycia drugą Tajlandią?

Nie ma na to najmniejszych szans. Turystyka masowa rzuca się na świeże, a więc atrakcyjne kraje. Jeśli Birmańczycy nie podejmą sensownych kroków, które pozwolą ją okiełznać, to w kilka lat zostaną zadeptani. Na szczęście są pod tym względem zadziwiająco mądrzy. Wydali kilka ustaw, które te inwestycje i turystykę przynajmniej teoretycznie kontrolują.

Ale największym problemem jest w tej chwili wojna religijna, która wybuchła w związku z erupcją wolności. Płoną wioski buddyjskie i muzułmańskie. Jedni boją się drugich. Oficjalnie wszystko jest w porządku, ale w prywatnych rozmowach przy kawie ludzie mówią wprost, że boją się muzułmanów. Wciąż buntują się też armie etniczne. Trwa niby ogólnonarodowy proces pokojowy. Są spotkania, wiece, konferencje, międzynarodowi goście, kolejne drafty finalnego aktu zgody narodowej, i nic z tego nie wynika.

Wielokrotnie wspominałeś, że od reportażu bardziej pociąga Cię dziś proza. Czy "Cyklon" jest więc Twoim pożegnaniem z reportażem?

Pożegnanie to za mocne słowo. Tak, kręci mnie proza, bo mam wrażenie, że jestem za jej pomocą w stanie więcej pokazać, więcej powiedzieć o życiu i świecie. Ale tak się złożyło, że akurat teraz pracuję nad kolejną książką reportażową. Po niej faktycznie zrobię sobie trochę przerwy od tego gatunku.

– rozmawiał Adam Robiński


Andrzej Muszyński (ur. 1984), reportażysta i prozaik, autor zbioru reportaży "Południe" oraz zbioru opowiadań "Miedza” nominowanej do Nagrody Literackiej Gdynia. Pierwszy stypendysta Fundacji "Herodot" im. Ryszarda Kapuścińskiego. Stały współpracownik "National Geographic Polska".