„Dzień spędziłem zachwycająco! Zachwyt to jednak słowo zbyt słabe, by wyrazić uczucia przyrodnika, który po raz pierwszy znalazł się sam w brazylijskim lesie” - pisał badacz w lutym 1832 roku.

Podróż młodego badacza na pokładzie Beagle w latach 1831-36, która zainspirowała słynną teorię, to jeden z najpowszechniej znanych, a zarazem silnie zmitologizowanych epizodów w historii nauki. Według tego mitu Darwin wziął udział w wyprawie jako przyrodnik, odwiedził wyspy Galapagos na Pacyfiku i ujrzał tam wielkie żółwie oraz „zięby Darwina”. Poszczególne gatunki tych tzw. zięb różnią się kształtem dziobów, co wskazuje na to, że mają odmienne jadłospisy. Z kolei żółwie z wielu wysp miały różne kształty pancerzy.

Te właśnie dostrzeżone na wyspach Galapagos tropy sprawiły, że Darwin (od razu czy też po jakimś czasie – tu zdania mitotwórców są podzielone) doszedł do wniosku, że różnorodność życia na Ziemi powstała jako organiczny proces dziedziczenia zmian – czyli, jak to później nazwano, ewolucji – a mechanizmem stanowiącym podłoże tego procesu jest dobór naturalny. Potem napisał książkę O powstawaniu gatunków i przekonał wszystkich (prócz hierarchii Kościoła anglikańskiego), że to prawda.

No cóż, uproszczona, wręcz komiksowa wizja podróży na Beagle i jej skutków zawiera ziarno prawdy, lecz poza tym jest myląca, wiele zniekształca i pomija. I tak na przykład Darwin w „ziębach” nie zauważył nic szczególnego, przynajmniej na początku. Bardziej zaciekawiła go inna grupa ptaków zamieszkujących wyspy, przedrzeźniacze. Po powrocie z wyprawy specjalista ornitolog pomógł Darwinowi dostrzec w „ziębach Darwina” coś więcej. Przystanek na Galapagos był drobnym epizodem pod koniec podróży, która poświęcona była przede wszystkim sporządzaniu map linii brzegowej kontynentu południowoamerykańskiego. Darwin wcale nie pełnił na Beagle funkcji przyrodnika. Był 22-letnim absolwentem uniwersytetu w Cambridge, który sądził, że pisana jest mu przyszłość wiejskiego pastora, a na wyprawę został zaproszony w charakterze towarzysza do stołu dla kapitana statku – młodego arystokraty, niejakiego Roberta Fitzroya. Z czasem Darwin zaczął kolekcjonować okazy przyrodnicze i myśleć o sobie jako o przyrodniku.

Teorię, nazwaną potem jego imieniem, tworzył i dopieszczał powoli, w tajemnicy. Swe koronne dzieło zatytułowane "O powstawaniu gatunków drogą naturalnego doboru, czyli o utrzymywaniu się doskonalszych ras istot organicznych w walce o byt" ogłosił w roku 1859. Nie tylko wiktoriańscy duchowni, lecz także wielu naukowców nie chciało przyjąć przedstawionych tam argumentów jeszcze przez wiele następnych dziesięcioleci. Wprawdzie samą ewolucję uznano powszechnie za fakt jeszcze za życia Darwina, ale postulowany przezeń mechanizm tego zjawiska – z pierwszoplanową rolą doboru naturalnego – przyjęto bez zastrzeżeń dopiero w latach 40. XX w., gdy okazało się, że potwierdza go genetyka.

Drobne uściślenia to jedna sprawa. Niemniej jednak ta uproszczona wizja pomija zasadniczą rzecz: tym, co naprawdę naprowadziło Darwina na myślenie o ewolucji, nie były obserwacje na Galapagos, lecz ślady dostrzeżone trzy lata wcześniej na smaganych wichrami plażach północnej Argentyny. Nie chodziło tu o kształty dziobów. Nie chodziło nawet o żadne żywe stworzenie. To były skamieniałości.