Ten człowiek stworzył szybki test na ebolę, za co dostał Travelera w kategorii "Naukowe osiągnięcie roku". Zdradził nam sekrety swojej pracy i opowiedział o perspektywach polskich naukowców.

Widział pan ten słynny film Epidemia?
 

Beznadziejny jest. Polecam lepszy: Epidemia strachu. Zachwycił mnie, bo chociaż w filmie gra cała hollywoodzka śmietanka, jest niesłychanie rzeczywisty. Widziałem tam scenę, w której ktoś pracuje pod laminarem (urządzeniem, w którym panują sterylne warunki, a powietrze nie wydostaje się na zewnątrz - red.), dostaje próbkę do badania, po czym wykonuje wszystkie czynności tak, jak naprawdę się je robi. Zakłada rękawiczki i okleja je taśmą. My też tak robimy! Film pokazuje całe dochodzenie epidemiologiczne i zapobieganie epidemii na przykładzie USA.
 

Wy – biolodzy – też wyglądacie w laboratoriach jak roboty?
 

Mamy w Narodowym Instytucie Zdrowia Publicznego najlepiej izolowane laboratorium BSL-3, o jednym z najwyższych stopni bezpieczeństwa biologicznego (wyżej stoi już tylko BSL-4), gdzie możemy badać tak niebezpieczne patogeny, jak wirus ebola, wąglik, cholera, SARS czy dżuma. Zakładamy wtedy na siebie strój roboczy: lekki, wielowarstwowy, ale niestety jest w nim strasznie duszno. Nakłada się go na bawełnianą bieliznę. Dodatkowe botki wiąże się przed kolanem, potem na to jeszcze zewnętrzne botki, rękawiczki, które się przykleja taśmą do kombinezonu, żeby całościowo chroniły ręce, na to zarękawki, i na koniec niebieskie rękawiczki. W trakcie pracy pod komorą laminarną wkłada się tam tylko ręce i wyjmując, jednocześnie zdejmuje się zarękawki. To strasznie upierdliwe. Do tego gogle, maska, zewnętrzny fartuch. Faktycznie jak na filmach.
 

Kiedy zaczął pan myśleć nad szybkim testem na ebolę?
 

Był sierpień 2014 r., szczyt zachorowań w Afryce Zachodniej. We wrześniu zapytano mnie, czy nie włączyłbym się w pracę zespołu BSL-3. Zgodziłem się. Każdego tygodnia obserwowaliśmy ze zdumieniem, jak się ebola rozwija. We wrześniu zaczęliśmy już całodobowe dyżury. Wcześniej mieliśmy dostęp do naukowego testu, wystarczyło zakupić odczynniki. Ale na wynik potwierdzenia choroby trzeba było czekać prawie godzinę. W przypadku epidemii to bardzo długo.
 

Wirusa trzeba nie tylko stwierdzić, ale i potwierdzić?
 

Dokładnie! I temu służy mój test. Wydanie fałszywie dodatniego wyniku byłoby straszne: długa i skrupulatna kwarantanna, dochodzenie epidemiologiczne, panika w społeczeństwie i ogromne koszty dla systemu ochrony zdrowia. Dlatego też takie organizacje jak WHO, ECDC czy EVNID rekomendują wykonywanie testu potwierdzającego dodatni wynik. Ebola to gorączka krwotoczna, może przypominać zwykłą grypę ze stanem podgorączkowym.
 

Jakieś inne objawy?
 

Osłabienie, bóle głowy, mięśni, biegunka, wymioty. Ważny jest więc u pacjenta link epidemiologiczny: gdzie kto był, w jakim rejonie, z kim się stykał. Gdy mamy pacjenta z podejrzeniem zakażenia ebolą, dyspozytor nie wysyła po niego zwykłej karetki, a specjalną, która różni się chociażby tym, że sanitariusze chodzą w odpowiednich kombinezonach, a pacjent jest izolowany od środowiska. Rok temu jeden z widzów napisał do telewizji, że widział, jak w Łodzi podjeżdża pod szpital karetka i wysiada z niej kierowca w kombinezonie. Źródłem przecieku nie był nikt z nas, bo my milczymy, kiedy pojawia się podejrzana próbka surowicy krwi, żeby nie wzbudzać paniki. Ale telewizja już wiedziała, więc po wyjściu z pracy pisałem do szefa, że chyba zaraz będziemy do niej wracać. I tak też się stało. Nawet nie dojechałem do domu. Próbka do nas dotarła, telewizja już grzała temat, że mamy w kraju ebolę, a okazało się, że pacjent był pijany, naćpany i w ogóle nie opuszczał Polski, tylko gadał głupoty.
 

Wróćmy jednak do testów na ebolę.
 

Komercyjne kosztują tak dużo, że szybko zrezygnowaliśmy z zakupu. Za 10 reakcji Instytut miał zapłacić 12,5 tys. złotych. A jeden pacjent to już trzy reakcje. Na początku nie było na to pieniędzy, ale i tak musieliśmy jeden taki test kupić. Od dawna w Polsce zdrowie ludzi jest bezcenne, co oznacza, że nie trzeba za nie płacić. Wniosek: między „bezcenne” a „bezwartościowe” jest bardzo cienka granica. Myślałem: co zrobimy, gdy trafi nam się wynik dodatni, czyli że jest ebola? Przecież będziemy musieli to potwierdzić! Z moim szefem zaczęliśmy kombinować. Po jednej takiej rozmowie siedziałem w domu i przeglądałem genomy różnych gatunków wirusa. Są takie enzymy restrykcyjne, które rozpoznają konkretną sekwencję w łańcuchu DNA i tną w tym miejscu jak nożyczkami. Zawziąłem się, żeby znaleźć enzym tani, powszechnie używany, obecny w wielu laboratoriach, a nie drogi i egzotyczny. Po trzech godzinach znalazłem taki układ enzymów, które mamy na pewno my i każde laboratorium molekularne na świecie, bo wszyscy używają ich do analiz genetycznych. Zadałem sobie jeszcze trud, żeby ten enzym dawał odpowiedź po 10–15 minutach, a nie po całej nocy. Przyszedłem z tym projektem do pracy. Mamy próbki nieaktywnej eboli, na której te enzymy ćwiczyliśmy. Do żywego wirusa potrzebne jest laboratorium najwyższego na świecie bezpieczeństwa – BSL-4 – a takiego w Polsce nie ma. Tam chodzi się już w skafandrach i podłącza wewnątrz pod powietrze. Zaczęliśmy to jednak sprawdzać. I działało.
 

Mógł pan być już bogaty, opatentowując indywidualnie ten test.
 

Nie. Po pierwsze dlatego, że nad ebolą pracowaliśmy w świetnym zespole, stąd patentowaliśmy wszyscy. A poza tym ten test jest tak banalny i prosty, że nie mam szans go upilnować. Każdy go wykona w laboratorium. Przecież patenty są jawne. A po drugie złożyliśmy patent polski, bo potrzebny był nam, naukowcom, oraz Instytutowi. Niektórzy jak słyszą, że nie chcę chronić patentu, myślą, że jestem głupi. A mnie to jest potrzebne tylko do dorobku, żebym w przyszłości mógł opatentować coś, co będzie miało sens i na czym będę chciał zarobić. To dla mnie forma inwestycji. Instytut przy okazji też korzysta. Dorobek jest ważny, bo jak składa się patenty, to recenzenci patrzą, czy dana instytucja w ogóle potrafi patentować. Jeśli ktoś patentów nie ma, pieniędzy na kolejne nie dostanie.
 

Opłaca się w Polsce być naukowcem?
 

Niestety nie. Praca jest ciekawa, zespół w Zakładzie Bakteriologii mamy super, chociaż za mały. Około 14 osób. Ludzie odchodzą, były też redukcje, bo od wielu lat w tym kraju zarzyna się instytuty, czyli państwo z każdym rokiem przeznacza na ich działalność coraz mniej pieniędzy. Wymaga się jednak, by wciąż robić tyle samo. Naukowcy zresztą to specyficzny typ ludzi: jak im każą pracować po 12 godzin, to będą to robić, mimo że nikt nie zapłaci im za nadgodziny. Przecież ja swój test opracowywałem w domu, po godzinach. A zarobki? Nazwanie ich skandalicznymi byłoby komplementem. W ostatnim czasie zarabiałem 1,7 tys. zł na rękę.
 

To z czego taki naukowiec ma się utrzymać?
 

Dobre pytanie. Na kasie w Biedronce zarabia się chyba więcej niż w polskiej nauce. I po powrocie do domu można już zająć się czymś innym. Moja praca w domu różni się tylko tym, że oprócz klikania w komputer mogę też popijać naleweczkę. Jest szansa trochę dorobić z projektów, ale trzeba je mieć. To mnóstwo roboty za w sumie niewielkie pieniądze. Pensja zazwyczaj zwiększa się o kilka tysięcy w skali roku.
 

A stypendia?
 

Złożyłem niedawno wniosek o stypendium ministra, mam nadzieję, że parę groszy z tego dostanę. W ubiegłym roku rozdrażnił nas, naukowców, rządowy program „Polonez”. Są to granty dla osób z zagranicy, by robiły prace badawcze w Polsce. Albo dla Polaków, którzy już przeszło trzy lata pracują za granicą – by ich do Polski ściągnąć. Taki grant to prawie 4 tys. euro miesięcznie plus 300 dodatkowo na rodzinę i 300 na akomodację, czyli zamieszkanie. Szczerze mówiąc, jak to zobaczyłem, to się wściekłem. Bo jeśli polska nauka nie ma funduszy dla swoich i ja zarabiam 2 tys. złotych na rękę, a ktoś z zagranicy ma zarabiać 10 razy tyle, to o czym my mówimy! Nie łudźmy się zresztą, że przyjadą najlepsi, bo tamci zarabiają u siebie więcej albo choćby tyle samo.
 

Zejdźmy z tematu pieniędzy, bo się robi nerwowo. Na świecie ebolą zaraziło się prawie 30 tys. ludzi, jedna trzecia zmarła. Jak dużym zagrożeniem dla świata jest dzisiaj broń biologiczna?
 

Możliwości ataków terrorystycznych taką bronią są niestety ogromne, dlatego nie o wszystkim powiem. Chociażby podczas Euro 2016 pełniliśmy stałe dyżury, również na wypadek ataku bioterrorystycznego. W 2012 r. mieliśmy problem z wyciągnięciem z ministerstwa nauki niewielkich pieniędzy na te dyżury, nie mówiąc o gotowości odczynnikowej. A jak było z ebolą? Pojawiła się, świat o tym mówił, odpowiednie osoby w naszym państwie zadawały pytania instytucjom zajmującym się monitoringiem: Co robić? Czy jesteśmy gotowi? Okazuje się, że nie. Poza nami, czyli Państwowym Zakładem Higieny, nie wiem, czy ktokolwiek był gotowy. Po eboli, kiedy zaczął się wirus mers (powodujący ciężką infekcję dróg oddechowych i niewydolność nerek), też była panika.
 

Wszystko to brzmi mało optymistycznie.
 

Kampania antyszczepionkowa też jest straszna. Gdy słyszę jej zwolenników, to mną trzęsie, bo ci ludzie stwarzają regularne zagrożenie dla innych. W zeszłym roku Amerykanie ocknęli się nagle, że mają odrę. Słyszałem o przypadku dziecka, które w Polsce zachorowało na odrę i od wielu lat bardzo cierpi, bo mózg mu powoli umiera. Uważam, że nieszczepienie dzieci to znęcanie się nad nimi, zwykły sadyzm, nic więcej. Ostatnio dotarły do mnie doniesienia o badaniu (gigantycznym, na próbie ponad 150 tys. ludzi) polegającym na tym, że po szczepieniu robiono statystykę z częstotliwości występowania autyzmu. I w grupie szczepionej ten autyzm był na niższym poziomie. Ruchy antyszczepionkowe są zresztą bardzo podobne do paranoi wywołanej obawami przed GMO. Jeśli ktoś napisałby na opakowaniu, że warzywo czy owoc są modyfikowane genetycznie, to ja je kupię! Naukowcy od dawna mówią, że GMO nie powinno być powodem do paniki, a wręcz przeciwnie. Ale niestety nikt ich nie słucha. Przecież oni nigdy nie wyjdą na ulicę i nie zastrajkują. To nie jest grupa buntowników, więc jak mogą być słyszani?
 

Pan, znawca bakterii, mówi, że GMO jest dobre?
 

Ludzkość od dawna tworzy GMO. Świetnym przykładem jest zwykła pszenica. Poprzez selekcję nasion przez wieki udało się stworzyć zupełnie nowy gatunek. Albo weźmy mak: bardzo ciekawy przykład GMO. Przecież dziki mak nie ma opioidów. Człowiek tak selekcjonował go przez lata, że jakoś ta ilość opioidów wzrastała. Bo przecież GMO to nic innego, jak wybieranie z natury tego, co najlepsze. Umiemy to robić i potrafimy kontrolować. To co w tym złego? Żywność GMO jest przebadana tak jak żadna inna. A jeśli jeszcze pozwala na zmniejszenie stosowania np. pestycydów, to ja jestem za. I wolałbym jeść tę przebadaną i czystszą.
 

Wyjedzie pan z Polski, jak wielu naukowców przed panem?
 

Na razie nie planuję, chociaż po powrocie może zarabiałbym wreszcie sensowne pieniądze w „Polonezie”. Po tym, jak we Wprost ukazał się artykuł o mnie, komentarze czytelników były dwojakiego rodzaju: część osób wysyłała mnie za granicę do pracy („na pewno już wyjedzie”!). Poczułem się wręcz wyganiany z kraju. A reszta utyskiwała, że ebolę, jak na filmie, wymyślili Amerykanie i koncerny farmaceutyczne, żeby wykończyć Afrykanów. Ludzie naprawdę nie czytają ze zrozumieniem. Tylko jeden wpis internauty brzmiał logicznie: brawo, kropka, gratulacje.
 

Rozmawiała: Iza Michalewicz


Obejrzyjcie kolejny odcinek naszego serialu "Warto spróbować"! Tym razem odkrywamy skarby w zatopionym kamieniołomie.